IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Brave little empath [7/15, przeniesione na AO3]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
ars_amandi
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1063
Punkty : 0
Join date : 17/10/2013
Age : 23

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Stiles Stilinski
Wiek: 17
Rasa: Człowiek

PisanieTemat: Brave little empath [7/15, przeniesione na AO3]   29/5/2014, 02:40

Cytat :
O rany Laughing
Jest jedna sprawa xD. W BaD zostały mi prawdopodobnie jedynie cztery rozdziały, więc zastanawiam się, czy kusiłoby was... opowiadanie o nieco innej tematyce niż TW Embarassed ? I trochę bardziej psychologiczne i mroczne? Na początku zamierzałam napisać trzyczęściową crossoverową miniaturkę (dołączę kawałek pierwszej część w bonusie pod spojlerem na końcu prologu BLE --i tak, omg, ten skrót jest tragiczny Laughing ), ale jakoś dziwnie mi się ją pisało, bo to zderzenie kompletnie innych atmosfer i nastrojów ;/..
A naprawdę, naprawdę chciałabym dokończyć Brave little empath, bo głupio mi, że to kiedyś porzuciłam ;/.. (I just want my Murder Husbands together again Crying or Very sad !)
Także więc... przeczytajcie i dajcie znać, czy bylibyście zainteresowani I love you... Jeśli nie, to usuwam temat i nie ma sprawy Wink

Kwestią wyjaśnienia - nie musicie oglądać Hannibala, żeby się orientować w tej historii, bo zaczynam pisać od początku (nie licząc dzikiego prologu xD. Ale pierwszy rozdział już jest ogarnięty ;p) i wyjaśniam wszystko na bieżąco. A jeśli ktoś ogląda, to... akcja jest umiejscowiona w czasach s1, ale nie pokrywa się z wydarzeniami z serialu: nie ma Hobbsów, nie ma wrabiania Willa w morderstwa.
Jednak sam serial baaardzo polecam, ma dużo nagród i krytycy się nim zachwycają I love you

Kisses ;*******!

P.S. Tutaj macie wygląd głównych bohaterów:
Spoiler:
 



PROLOG


Will gwałtownie odczołgał się od zwłok, ślizgając po zakrwawionej podłodze, przerażony. Jedno z oczu zamordowanej dziewczyny wypłynęło na policzek, spoglądając na niego oskarżycielsko i szum krwi w jego uszach przybrał na sile. Nie, nie, to nie mogło się dziać! To był tylko kolejny sen, to musiał być kolejny sen!
- Will.
Opanowany, wykalkulowany głos z tyłu sprawił, że Will zaczął się niekontrolowanie trząść, szukając chaotycznie rozbieganych słów w głowie.
- N-nie zrobiłem tego, p-przysięgam. Ja - ja - ja…
Doktor Hannibal Lecter uśmiechnął się lekko, spoglądając ze spokojem na ciało ofiary i ściskającego kurczowo nóż Williama Grahama, profilera FBI. Nóż, który sam mu włożył do ręki, gdy Will kilkanaście minut wcześniej pojawił się na progu jego domu podczas jednego ze swoich epizodów, gdzie tracił poczucie czasu i rzeczywistości. Prawdopodobnie zdarzałyby się rzadziej, gdyby Hannibal powiedział mu wreszcie o prawostronnym zapaleniu mózgu i skierował na leczenie. Problem w tym, że nie zamierzał pozbawiać się szansy obserwowania tak wspaniałego przypadku i - tym razem, przykładowo - reakcji w sytuacji, gdy tenże przypadek myślał, że kogoś zabił. Lecter zawsze uważał czyjś upadek w spiralę szaleństwa za fascynujący. Dlatego właśnie został psychiatrą.
Co do ciała, zrobił to on sam, z myślą o jutrzejszej kolacji, oczywiście. Choucroute garnie, może? Dziewczyna była wyjątkowo niegrzeczną kelnerką.
Klęknął ostrożnie - starannie omijając wszelkie plamy krwi, by nie ubrudzić eleganckich spodni - obok drżącego spazmatycznie Willa, chwytając jego twarz w dłonie i zmuszając, by nawiązał kontakt wzrokowy. Szeroko otwarte błękitne oczy były wypełnione czystą paniką i Hannibal uśmiechnął się wewnętrznie, napawając zapachem strachu.
- Jest 1:20 w nocy, jesteś w Baltimore, Maryland i nazywasz się Will Graham - powiedział cierpliwie, czekając, aż Will opanuje się na tyle, by móc powtórzyć. Teoretycznie miało go to "uziemić", pozwalając, by odzyskał poczucie rzeczywistości. W praktyce ułatwiało manipulację nim.
Will przełknął ślinę.
- Jest 1:20 w nocy, jestem w Baltimore, Maryland i nazywam się Will Graham - wyszeptał posłusznie i Hannibal nagrodził go uśmiechem. Graham zacisnął oczy. - Czy… czy ona tam jest? Czy ona naprawdę t-tam jest?
- Co widzisz?
- Trupa! - wybuchnął nagle Will. - Widzę ciało! Co ty widzisz??
Hannibal poczekał, aż jego pacjent odrobinę się uspokoi, zanim odpowiedział:
- Niczego nie widzę. To wszystko jest wyłącznie wytworem twojej wyobraźni.
Will parsknął gorzkim śmiechem, kręcąc desperacko głową.
- Proszę, nie okłamuj mnie, proszę
- Nikogo tu nie ma poza nami.
Chwila ciszy, podczas której drgawki wstrząsające Willem przybrały na sile.
- Nie wierzysz mi? William. Nie ufasz mi?
- W-wierzę… - wymamrotał. - Oczywiście. Nie ma… nikogo.
- Zgadza się - potwierdził Hannibal, wstając i jednocześnie ciągnąc za sobą Willa, który poddał się temu posłusznie jak dziecko, zamykając oczy, by powstrzymać napływające, głupie łzy.
- C-co się ze mną dzieje?… - wyszeptał rozpaczliwie. - Proszę, powiedz mi, co jest ze mną nie tak! - podniósł głos, przyciskając wolną rękę do twarzy. Hannibal poprowadził go łagodnie do kanapy, sadzając na niej.
- Wszystko jest dobrze - powiedział. - Twój umysł po prostu próbuje poradzić sobie z rzeczami, które widzisz w pracy. Nic poza tym - zawiesił lekko głos, udając zamyślenie. - Chociaż może powinniśmy wykluczyć możliwość choroby psychicznej.
Will dosłownie zapadł się pod ciężarem tych słów, kręcąc gorączkowo głową, ignorując spocone, przyklejone do czoła włosy, kręcące się jeszcze bardziej pod wpływem lepkiej wilgoci.
- Nie jestem wariatem. Nie jestem. Nie jestem. Nie…
- Will.
- P-przepraszam. Nawet nie wiem, jak tu dotarłem. Musiałem obudzić cię w środku nocy, tak? Na pewno. Z-za to też przepraszam. Powinienem już iść. - Will faktycznie zrobił ruch, jakby chciał się podnieść, ale Lecter chwycił go delikatnie za ramię, przytrzymując w miejscu.
- Jako twój przyjaciel obawiam się, że niestety, ale nie mogę cię nigdzie puścić w takim stanie - wyjaśnił miękko. - Sypialnia gościnna jest wolna. Nic nie sprawi mi większej przyjemności niż to, że zostaniesz.
- Sprawię ci kłopot. - Graham patrzył wszędzie, tylko nie na psychiatrę. Hannibal uśmiechnął się, obserwując niespokojne ruchy nawiedzonych błękitnych oczu. Zaiste, William był jednym z najbardziej interesujących motyli, jakie miał okazję badać pod swoim szkiełkiem. Nie mógł się doczekać, gdy przebije go szpilką i dołączy do kolekcji.
- Nonsens. To właśnie robią przyjaciele. Zawsze możesz ze wszystkim się do mnie zwrócić, Will, nawet w środku nocy. Od tego tu jestem.
Niepewne spojrzenie spoczęło w okolicach jego nosa, nie śmiejąc ruszyć wyżej. Will przypominał Lecterowi zaszczute zwierzę, unikające kontaktu wzrokowego, by nie sprowokować ataku silniejszego przeciwnika.
- Tak. Dziękuję - odpowiedział cicho, próbując się uśmiechnąć, by okazać wdzięczność. Jednak to, co wyszło, było tak bolesne, że nawet Hannibal odczuł lekki dyskomfort na ten widok.

Will uśmiechał się, jakby był martwy w środku.

Lecter skinął głową, zadowolony.
- Zaprowadzę cię teraz do twojego pokoju.

Gdy przechodzili obok ciała, Will na nie nawet nie spojrzał, nie wzdrygnął się, nie zareagował w żaden sposób, który świadczyłby, że nadal je widział.
Szczeniak właśnie nauczył się chodzić przy nodze.
Will nie widział ciała, bo Hannibal powiedział mu, że ono nigdy nie istniało.

Etap pierwszy został osiągnięty.



--------
BONUS:
Characters: Stiles Stilinski, Will Graham
Timeline: TW - po s3B, Hannibal - po s2.

Spoiler:
 


Ostatnio zmieniony przez ars_amandi dnia 16/9/2014, 10:07, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ars_amandi
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1063
Punkty : 0
Join date : 17/10/2013
Age : 23

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Stiles Stilinski
Wiek: 17
Rasa: Człowiek

PisanieTemat: Re: Brave little empath [7/15, przeniesione na AO3]   3/6/2014, 14:58

Cytat :
Ha Wink.. Czyli jednak rozdział pierwszy xD. W którym poznajemy Ravenstaga, dowiadujemy się, dlaczego Will spotyka się z dr-em Lecterem, jakie są dokładnie jego zdolności i dlaczego he's actual miserable puppy Razz
Jaszka, dziękuję ci, że jesteś I love you ;********



Hannibal uniósł głowę znad przygotowywanego posiłku w momencie, gdy Will pojawił się w kuchni z podkrążonymi oczami, szczelnie otulony szaroniebieskim szlafrokiem, jakby był jego zbroją przeciwko światu. Interesujące, ale nie niespodziewane, uznał Lecter, prostując się i wycierając dłonie w ręcznik.
- Dzień dobry, Will. Usiądź i poczekaj kilka minut, śniadanie zaraz będzie gotowe. Pozwoliłem sobie przyrządzić asperges au jambon, mam nadzieję, że ci zasmakuje.
Grahamowi drgnęły kąciki ust w odpowiedzi na spokojny ton psychiatry, ale zamiast wysunąć sobie krzesło, nie ruszył się nawet o krok z progu pomieszczenia.
- Gdybym nie zszedł tutaj, dostałbym śniadanie do łóżka, doktorze? - zażartował, unosząc niewinnie brwi, ale wciąż unikając kontaktu wzrokowego. - Gotujesz wszystkim swoim pacjentom czy ja jestem specjalnym przypadkiem?
- Jesteś specjalny pod wieloma względami, Will - oświadczył Lecter, wracając do zwijania szynki w eleganckie trójkąty. - Przykładowo, jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś z tak niezwykłą wyobraźnią w połączeniu z czystą empatią. Rozumiesz każdy motyw, każdy tok myślenia zabójcy, potrafisz wczuć się w…
- Wiem, co potrafię. I mówienie mi tego, co już wiem, nie jest zbyt ambitne, doktorze - przerwał Will nieco głośniej, niż powinien, i Hannibal uniósł głowę, posyłając mu twarde spojrzenie. Co prawda, był przyzwyczajony do nerwowych, agresywnych wybuchów Willa, gdy ten czuł się osaczany, ale od kiedy rozpoczął tresurę - etap zwykłego oswajania skończył się jakiś miesiąc temu - nie mógł na coś takiego więcej pozwalać.
- Rozumiem, że jesteś zdenerwowany, ale takie zachowanie nie będzie tolerowane w moim domu, William. Sądziłem, że masz mnie za przyjaciela, nie wroga.
Zwykła niespokojna wędrówka wzrokiem po meblach gwałtownie się urwała, gdy Will zerknął na niego błyskawicznie, a potem utkwił spojrzenie w podłodze, wzruszając ramionami. Lecter był właściwie jego jedynym przyjacielem - Jack go tylko używał, a Alana… Alana wycofała się, bo był "niestabilny umysłowo" - i nie chciał go stracić. Nie chciał mieć znowu jedynie swojej gromady przygarniętych psich przybłęd.

Odstraszasz wszystkich, podpowiedział mu cichy głosik z tyłu umysłu. Jesteś postrzegany jako wariat, jako potencjalny zabójca, który uważa morderstwa za sztukę. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby mieć cię blisko siebie. Gdy przestaniesz być przydatny policji, zamkną cię w zakładzie dla obłąkanych.

- Przepraszam - wymamrotał. - Po prostu… czy moglibyśmy nie zaczynać dnia od psychoanalizy? Mogę być wtedy nieprzyjemny. I nie… nie uważam cię za wroga.
- W porządku. Chcę ci tylko pomóc, Will. Zwłaszcza, że po twoim wczorajszym epizodzie przypuszczam, że możemy założyć, że masz kłopoty z odróżnieniem rzeczywistości od halucynacji. - Jakby to było coś nowego, skomentował zgryźliwie w myślach Will, przypominając sobie jelenia z piórami zamiast futra, którego teraz zaczynał również widzieć na jawie. Oczywiście, nie to, by opuścił sny. - Uważam też, że pozwalasz na to, by osobowości morderców, z jakimi stykasz się na co dzień w pracy, powoli zastępowały twoją własną.


Chłodna rękojeść noża doskonale leży w jego dłoni, gdy przyciska ostrze do szyi bezbronnej, drżącej dziewczyny. Jeleń stoi kilka metrów dalej, potrząsając porożem. Will czuje smak strachu swojej ofiary na języku.
Jest pełen słodyczy.
Nóż przecina krtań z mdlącą łatwością i jeleń zrywa się do biegu, spłoszony.
To moja wizja.



Graham skrzywił się odruchowo, przełykając ślinę.
- Możemy… możemy, nie? Albo chociaż później?
- Jak sobie życzysz. Ale istnieje nagląca konieczność rozmowy o tym, jeśli nie chcemy, by twój stan się pogorszył.
- Mój stan? - roześmiał się chrapliwie Will, przyciskając dłoń do czoła. - Wiem, że badania nic nie wykazały, nie mam guza mózgu, ani… ani nic takiego, ale… Może coś innego? - Spojrzał na Hannibala z rozpaczliwą nadzieją w oczach i Lecter poczuł wewnętrzną satysfakcję. Will ufał mu całkowicie, chociaż, oczywiście, nie powinien. Zwłaszcza, że to Hannibal był tym, który sfałszował wyniki tomografii.
- Przykro mi - odpowiedział z perfekcyjną szczerością w głosie i Graham zamknął oczy z gorzkim uśmiechem, pocierając dłonią twarz coraz szybciej i szybciej. Szybciej i szybciej.
Jakby chciał ją zetrzeć raz na zawsze.
- Will - odezwał się ostrzegawczo psychiatra, wytrącając go z transu. Graham wzdrygnął się, rozkojarzony.
- Uch, tak?
Hannibal podniósł talerze z blatu, wskazując ruchem głowy na szklanki z sokiem. Z Willem należało postępować ostrożnie. Jeden nieostrożny, zbyt pospieszny ruch i jego mangusta rozpadłaby się niczym domek z kart.
W jego oczach William był jak domino. Teraz dopiero w fazie układania w określony kształt, ale już niedługo… Zabawne było manipulowanie jedynym człowiekiem na całym świecie, który byłby w stanie go schwytać.
I może też… może też dlatego, że poniekąd widział w Willu siebie. Obaj mieli niespotykanie rozwiniętą empatię, ale Hannibal używał swojej jako narzędzia pomocnego w chłodnym rozpracowywaniu ludzi. Tymczasem niepozorny profiler pozwolił, by była obosiecznym mieczem, ostrzejszym z jego własnej strony.
- Będziesz uprzejmy mi z tym pomóc?
- Co? Och, tak. Jasne. - Will ruszył w stronę szklanek w niezdarnym pośpiechu, nieświadomy obserwującego go z rozbawieniem Lectera. - Przypomnij mi jeszcze raz, co jemy?
- Asperges au jambon.
Will zmarszczył brwi, pozorując, że wie, o co chodzi, zanim poddał się z westchnięciem i podążył za idącym już do jadalni psychiatrą.
- W porządku, nie będę udawał, że znam francuski - mruknął, przewracając oczami. - Równie dobrze to mogłoby być ludzkie mięso i wciąż nie zdawałbym sobie z tego sprawy.
Głęboki, bogaty dźwięk śmiechu doktora sprawił, że Will również się nerwowo uśmiechnął.

Figurka jelenia w salonie wydawała się z niego kpić.


*-*


Will właśnie starał się odkroić kawałek szynki, gdy zorientował się, że zamiast noża trzyma w ręku czyjeś ramię.
- N-nie - wydusił przez zaciśnięte gardło, puszczając je jak oparzony i gwałtownie się cofając, póki nagle za plecami nie poczuł ściany i nie mógł już zrobić ani kroku więcej. Przechodzące go dreszcze przybrały na sile i zaczął się niekontrolowanie trząść. Skąd się tutaj wziął? Skąd się tutaj wziął, do cholery?!


Jest piękna. Taka piękna, gdy jej głos załamuje się na prostym "Tak". Śnieżnobiały welon zasłania twarz, ale wkrótce - wkrótce go podniesie. Jego piękna, idealna panna młoda.
- Dlaczego to robisz? Wiesz… wiesz, że nie jestem nią.



- Will? Wszystko z tobą w porządku?
- Nie, wybacz, w tym momencie jestem na kompletnie przeciwległym biegunie do "w porządku", nie widać? - wybuchnął, odwracając się do swojego przełożonego, Jacka Crawforda, patrzącego na niego z wyraźnym niepokojem w oczach, ale nie podchodzącego bliżej. Oczywiście, bezpieczna odległość od wariata, pomyślał gorzko Will. Jednak ważniejsze było pytanie, skąd się tu wziął? Przecież jeszcze chwilę temu jadł śniadanie z doktorem Lecterem i… i przecież nie spał, więc nie mógł lunatykować, co pozostawiało tylko jedną opcję. Znowu… znowu stracił poczucie czasu i rzeczywistości, znowu działał na wyłączonej świadomości. Cholera. Faktycznie było z nim źle, jeśli teraz te rzeczy działy się na jawie.
- Will. Potrzebuję, żebyś wziął się w garść. - Jack bezskutecznie próbował utrzymać irytację z dala od tonu głosu, ale w końcu dał sobie z tym spokój i pokonał w dwóch krokach dzielący ich dystans. Chwycił Willa za podbródek, ignorując to, że Graham momentalnie stężał jak przerażone zwierzę, i przekrzywił jego głowę w swoją stronę, drugą ręką ostrożnie przesuwając wyżej okulary, poprawiając je tak, by móc patrzeć Willowi prosto w rozszerzone, przepełnione dyskomfortem oczy. - Mam nadzieję, że rozumiesz, dlaczego cię tutaj ściągnęliśmy. To już trzeci taki przypadek i te dziewczyny będą nadal umierać, jeśli nie zaczniesz się zachowywać jak ktoś świadomy swoich obowiązków. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale…
Will zwilżył wyschnięte nagle wargi, podejmując słabą próbę uwolnienia się ze stalowego uchwytu Jacka.
- Żadnego… żadnego dotykania, proszę - wykrztusił cicho i agent Crawford wreszcie go puścił, cofając z niezadowoleniem. Will nienawidził, gdy ludzie patrzyli na niego w ten sposób. Jakby ich… jakby ich rozczarował. Wystarczyło, że był rozczarowaniem dla samego siebie. - P-przepraszam, Jack. To się więcej nie - nie powtórzy. Cóż, przynajmniej nie... nie dzisiaj.
- W porządku. - Jack skinął krótko głową, posyłając mu lekki uśmiech. - Jestem pewien, że sobie z tym poradzisz. Od tego masz sesje z doktorem Lecterem, by składał cię z powrotem do kupy, tak?
Will uniósł mechanicznie kąciki ust do góry. Nie sądził, by poskładanie go do kupy było w ogóle możliwe, ale jeśli to uspokajało wyrzuty sumienia Jacka, to nie było powodu, by nie pozwolić mu w to wierzyć.
- Okay, ludzie! Odsunąć się! - Jack machnął ze zniecierpliwieniem ręką, odpędzając innych policjantów, by stworzyć Willowi przestrzeń do pracy.

Graham z wahaniem podszedł do leżących kilka metrów dalej zwłok. Dziewczyna była ubrana w biel i miała wyjęte gałki oczne. Zamiast nich w oczodołach widniały dwie złote monety.
Will zamknął oczy.
- To jest moja wizja.


Podnosi welon, chcąc pocałować pannę młodą, jego piękną oblubienicę, ale… ale to nie jest ona. Czegoś brakuje. To nie jest ona!
Will obnaża zęby w grymasie frustracji i furii, gdy zrywa welon z głowy przerażonej dziewczyny i owija wokół jej gardła, zaciskając mocno, odcinając dopływ powietrza. Blondynka upada na ziemię, co pozwala mu nad nią klęknąć. Poluzowuje nieco śnieżnobiały materiał, umożliwia jej cichy płacz i błaganie o litość, o darowanie życia.
Och. Ona nic nie rozumie. Jej życie należy do niego. Zawsze będzie należało do niego. Ona nie jest jego "jedyną", ale on jest jej "jedynym".
To jest jego wizja.
- Shh, ukochana, shh… - Will przesuwa palcem po wilgotnym od łez policzku dziewczyny, a następnie przyciska kciuki do jej oczu. - Nie płacz. Przy mnie nie będziesz mogła płakać. Zadbam o to. - Krew pomieszana z przezroczystą galaretką wypływa mu spod palców. Wyciera jedną rękę o spodnie i sięga do tylnej kieszeni po monety.



- On szuka swojej panny młodej - szepnął Will, otwierając powoli oczy i odwracając się, by znaleźć wzrokiem Jacka.
- Na ciałach nie znaleziono śladów nasienia ani śliny, Will.
- Bo żadna z nich nie była - nie była jego panną młodą! - Graham podniósł nerwowo głos, zaczynając chodzić, nie mogąc ustać w miejscu. - Nie dotrwały do nocy poślubnej! Nie były jej godne. Będzie zabijał, póki nie znajdzie tej właściwej. Prawdopodobnie jego prawdziwa żona go opuściła albo… albo umarła. Teraz jej szuka. Ofiara się nie broniła, znała go. - Wskazał niespokojnie na nienaturalnie białe ciało. - Nie ma śladów walki, żadnych siniaków oprócz tych od d-dławienia jej welonem. Szukajcie wśród jej znajomych mężczyzny, który niedawno o-owdowiał lub…
- A monety? - przerwał mu Jack, obserwując miotającego się Willa. Ciemne loki przykleiły się do spoconego czoła.
- To… to symbol posiadania, własności. Ona… ona nigdy nie będzie już miała nikogo poza nim. To na swój sposób… - Will zdążył przygryźć język, zanim powiedział "piękne", ale zdegustowane wyrazy twarzy otaczających go policjantów były wystarczającym dowodem na to, że się domyślili. Graham spuścił wzrok, milknąc i modląc się, by nikt się nie odezwał, by nikt nie nazwał go świrem. Gdzieś z daleka dobiegł go ryk jelenia i zadrżał mimowolnie.
Nie byli w pobliżu lasu.
- Dobrze się spisałeś, Will - powiedział cicho Jack, podchodząc do niego i kładąc mu ciężką dłoń na ramieniu. Gest, który miał być wspierający, sprawił jedynie, że Will bardziej się w sobie zapadł. - O 17-ej masz wizytę u Hannibala, nie zapomnij o niej. Teraz idź, nakarm psy, odpocznij. Uratowałeś dzisiaj czyjeś życie.
Will nie podniósł głowy, mamrocząc zamiast tego coś niezrozumiałego.


Przyciska wargi do ust dziewczyny, tłumiąc jej krzyk, gdy zadaje precyzyjny cios w krtań.
Odsuwa się, uśmiechając na widok ich sinego koloru i wycierając je chusteczką. Nie były wystarczająco pełne.



*-*


Will uklęknął, drżąc i zanurzył twarz w sierści Winstona, psa, którego niedawno przygarnął, najnowszy nabytek w jego niewielkiej rodzinie. Znalazł go na poboczu drogi, wystraszonego i nieufnego, ale po kilku godzinach oferowania kawałków mięsa, zwierzę wreszcie odważyło się do niego podejść i polizało mu rękę.
Resztę nocy spędził, kąpiąc go i susząc, a potem przedstawiając pozostałym psom.
Tylko dzięki nim czuł się jeszcze potrzebny jako on sam, nie jedynie dla jego zdolności. Psy kochały bezwarunkowo, wdzięczne za dom i jedzenie. Nie oceniały go.

Ocknął się, stojąc na dachu w mokrej od potu koszulce. Winston wyglądał z ciekawością ze strychu przez otwarte okno.
Will przycisnął dłonie do twarzy, czując zbierające się pod powiekami łzy.
Jak się tutaj znalazł?…
Równie dobrze mógł skoczyć.
Powinien skoczyć.


*-*


- Jak się dzisiaj czujesz, Will?
Hannibal obserwował krążącego po zamkniętej przestrzeni gabinetu Willa z naukową fascynacją. Musiał przyznać, że to był jeden z nielicznych razy, gdy był przyzwoicie ubrany - w błękitną koszulę, podkreślającą kolor oczu i czarną, rozpiętą kamizelkę - zamiast którejś z flanelowych, kraciastych koszuli lub wełnianych swetrów. Oczywiście, przy nienagannym, trzyczęściowym garniturze samego Hannibala, Will nadal wyglądał, jakby wyciągnął ubranie z szafy z zamkniętymi oczami.
Graham przystanął koło drabiny wiodącej na górne piętro gabinetu, opierając się o nią z grymasem na ustach i Hannibal wykorzystał ten moment, by spojrzeć na trzymany w dłoniach notes. Poprosił swojego pacjenta na wstępie, by narysował mu tarczę zegara z aktualną godziną.
Liczby i dwie wskazówki skupione były w jednej grupie poza okręgiem.
Zaburzenie percepcji, typowe dla zapalenia mózgu.
- Znowu śniłem o… o zabijaniu - powiedział cicho. - A dzisiaj w - w pracy… gdy myślałem jak - jak on, jak zabójca… czułem się dobrze. Nie chcę się czuć dobrze. Nie chcę - nie chcę stać się taki, jak oni… Boję się, że to mnie przerośnie, że kiedyś - kiedyś wczuję się za bardzo i…
Zabijanie pomogłoby ci odzyskać kontrolę nad swoim życiem, pomyślał Lecter, odchylając się do tyłu na skórzanym fotelu. Dałoby ci poczucie władzy. Ale ty to już wiesz, prawda? Dlatego się boisz. Boisz się pokusy.
- Bóg zabija cały czas - odezwał się, opanowany jak zawsze. - Kilka dni temu pogrzebał swoich wyznawców pod zawalonym dachem jednego z kościołów w Teksasie. Modlili się.
Will spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.
- Czy… czy Bóg czuł się z tym dobrze? - spytał lekko załamującym się głosem.
Hannibal przechylił głowę.
- Czuł się potężny.
Will roześmiał się cicho, pocierając twarz i przyciskając mocniej plecami do drabinki.
- Ja nie czuję się potężny. Czuję się… czuję się winny. Jakbym dzisiaj to ja zabił tę dziewczynę. I… i do tego znowu straciłem poczucie rzeczywistości. Dwukrotnie. Nie wiem, co się dzieje… Mój umysł - on się sypie, nie dam rady… - urwał raptownie, gdy Lecter niespodziewanie zacisnął dłoń na jego gardle, w ułamku sekundy czyniąc oddychanie bolesnym. Nawet nie zauważył, jak się zbliża. Jakim cudem nie zauważył, jak się zbliża?? - Co… d-do diabła… robisz?! Zwariowałeś?! - wycharczał, chwytając rękoma za nadgarstek psychiatry i usiłując go od siebie odepchnąć. Bez powodzenia. Lecter spoglądał na niego spokojnie kasztanowymi oczami, kompletnie niewzruszony, trzymając zaskoczonego, wystraszonego Willa na odległość ramienia.
- Pokonaj mnie, Will. Walcz. Nie jestem silniejszy niż twój umysł.
- To… to chyba n-nie jest… kon-konwencjonalna terapia, p-praw… prawda? - Mówienie stawało się coraz trudniejsze. Hannibal wzmocnił uścisk, teraz całkowicie odcinając dopływ powietrza i przed oczami Willa zaczęły wirować czarne płatki. Coraz więcej i więcej. Szum w uszach przybrał na sile i z bardzo, bardzo daleka dobiegła do niego kolejna zachęta Hannibala do walki. - Nie… nie potrafię..!
- Potrafisz, Will.
Pokój kręcił się coraz szybciej. Nie mógł oddychać.
Nie mógł oddychać, do cholery, jak miał walczyć?!
Szarpnął się gwałtownie, próbując oderwać żelazną dłoń Hannibala, ale słabł coraz bardziej i… W tym samym momencie zrozumiał, że Lecter nie puści z własnej woli. On go zabije.
Zabije.
Jedyna osoba, która kiedykolwiek się o niego troszczyła.
Poczucie zdrady, które osiadło ciężko w jego brzuchu, dodało mu sił. W jednym z ostatnich impulsów instynktownie kopnął w kolano Lectera sprawiając, że ten zatoczył się do tyłu, tracąc równowagę i rozluźniając uścisk.
Will upadł na podłogę, zginając się w pół w ataku kaszlu i rozmasowując obolałe gardło.
Obca dłoń spoczęła na jego plecach i Will omal się nie przewrócił, próbując od niej jak najszybciej odsunąć. Lecter jedynie spojrzał na niego z powagą w oczach, stanowiącą kontrast dla podejrzliwości i strachu jego pacjenta.
- Pokonałeś mnie, Will. Gratuluję. Udowodniłeś, że twój umysł również nie będzie miał nad tobą władzy. Jeśli się rozsypie to tylko dlatego, że ty mu na to pozwoliłeś.
- C-co ty w ogóle m-mówisz?.. - wykrztusił z niedowierzaniem Will, obronnie zakrywając szyję dłońmi. Czy właśnie jego psychiatra przedstawił mu logiczne wyjaśnienie, dlaczego, do cholery, dopiero co próbował go zamordować?!
- Will. - Hannibal teraz uklęknął, znajdując się na poziomie oczu Grahama, który szybko je odwrócił, nie chcąc sprowokować kolejnego ataku, ale jednocześnie na tyle wściekły, że znowu na niego szybko zerknął ze zmarszczonymi brwiami. - To było ćwiczenie. Przyznam, że dosyć… niecodzienne, ale osiągnęło swój cel. Pokazało, że jesteś silny.
Will z wahaniem spojrzał na Hannibala, który wyciągnął rękę i delikatnie odgarnął mu włosy z twarzy.
- To było dla twojego dobra. Przerwałbym, gdyby zaczęło ci grozić prawdziwe niebezpieczeństwo - powiedział, przesuwając powoli dłoń na policzek. Nie było istotne, czy to była prawda, czy nie. Istotne było, czy Will mu wierzył. - Nie zapominaj, że jestem twoim przyjacielem. Możesz mi ufać, Will.
Will zamknął oczy i przechylił głowę w bok, ukrywając twarz w otwartej dłoni Hannibala, łaknąc bezpiecznego dotyku - jakiegokolwiek kontaktu z drugim człowiekiem, który nie chciał go przez to zdominować. Nie miał tego od tak dawna.
Mógł mu ufać. Oczywiście, że mógł mu ufać. Hannibal chciał jedynie jego dobra. Był nierozsądny, myśląc inaczej.

Gdzieś z tyłu jego umysłu poroże jelenia płonęło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ars_amandi
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1063
Punkty : 0
Join date : 17/10/2013
Age : 23

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Stiles Stilinski
Wiek: 17
Rasa: Człowiek

PisanieTemat: Re: Brave little empath [7/15, przeniesione na AO3]   7/6/2014, 16:40

Cytat :
Ech, no dobra, widzę, że to opowiadanie nie wzbudza tutaj żadnego zainteresowania ;/...
Zastanawiam się, że skoro już zaczęłam, to czy opłaca się wrzucać tu systematycznie napisane rozdziały (bo shit, ale akurat bardziej mam wenę na cięższe klimaty psych niż na kończenie BaD ;p), czy sobie w ogóle darować... SadSad
Jeśli jest ktoś, kto to czyta, życzę miłego nowego rozdziału ;*



Will poderwał się na łóżku, gwałtownie łapiąc oddech i ściągnął pospiesznie przepoconą koszulkę przez głowę jedynie po to, by zobaczyć ściekającą mu po brzuchu krew. Poroże jelenia przebiło go na wylot z łatwością noża przechodzącego przez masło. Gardło zacisnęło się w tym samym momencie, gdy płuca wypełniła parząca ciecz. Will wyprężył się na łóżku, czując każdy cal twardych rogów, sięgając do nich drżącymi palcami i jednocześnie skowycząc z paraliżującego bólu…

…obudził się, nie mogąc oddychać. Osiem psów wpatrywało się czujnie w ich pana, gdy tymczasem ten powoli, wręcz mechanicznie przekręcił się na bok, otulając kocem i kierując puste, ciemne oczy na przeciwległą ścianę.
Leżał tak przez długie, długie godziny, ignorując sączący się przez zasłony blask wschodzącego słońca.


*-*


Will otworzył drzwi, wypuszczając rozentuzjazmowane psy na zewnątrz. Crowley i Churchill natychmiast puściły się w pogoń jeden za drugim i Graham powiódł za nimi wzrokiem z rozbawieniem, zanim kucnął przy Winstonie, wplatając palce w jego miodowe futro i korzystając z darmowego ciepła, jako że o tak wczesnej godzinie bokserki i stary T-shirt jednak nie okazywały się wystarczające.
- Zdecydowałeś się dzisiaj przy mnie zostać, co, kolego? - zapytał z uśmiechem, który zaraz zresztą przeszedł w chichot, gdy Winston uznał polizanie go po twarzy za doskonały pomysł. - Doceniam, ale wolałbym nie brać następnego prysznica, w porządku? Zachowaj te czułości dla swojej damy serca, Win - zażartował, tarmosząc psie uszy, gdy Winston przekrzywił z zainteresowaniem łeb. - Wiem, że Lucy ci się podoba - zniżył głos do poufnego szeptu i ignorując fakt, że rozmawia z psem tak, jakby zwierzę miało mu odpowiedzieć. Czy coś. I tak był szalony. - Jeśli chcesz mojej rady, stary, powinieneś dać jej jakąś kość czy coś w tym stylu. Wiesz, prezen--
Graham urwał raptownie, przełykając ślinę i unosząc brwi na widok sinej, całkowicie martwej ręki - bez reszty ciała, gdyby chciał być dokładny - którą położył przed nim Tyrion, pojawiając się dosłownie znikąd, wywieszając z zadowoleniem język i machając ogonem.
- …Jest szósta rano, jestem w Wolf Trap, Virginii i nazywam się Will Graham.
Nie podziałało, więc z wahaniem uszczypnął się w ramię, krzywiąc, ale ręka nie zniknęła, ani nie zamieniła się w gałąź czy cokolwiek tam zwykle psy za sobą włóczą i postanawiają znienacka podarować właścicielowi.
A mówiąc o tej kwestii, to nie był pewien, czy przypadkiem części psów właściwie nie porwał. W sumie Winston błąkał się po poboczu z wciąż przyczepioną smyczą, prawda? Jakaś dziewczynka mogła teraz rozwieszać miliony plakatów ze łzami w oczach… Okay, rany, Graham, weź się w garść, to nie była pora na tego typu rozważania. Chyba mógł spokojnie dodać łatwe rozpraszanie się do długiej listy swoich problemów.
Co do problemów…
- Wow, mózgu, pieprz się - wymamrotał. - Nie ma mowy, bym uwierzył, że na terenie mojej zacisznej posiadłości jest jakaś porzucona ręka. Przepraszam bardzo, ale co mam z nią zrobić? Zgłosić do Biura Rzeczy Zaginionych i Odnalezionych? Hej, nie zgubiła pani ostatnio ręki?
Wyżej wzmiankowana część ciała nadal leżała uparcie na trawie i Will posłał jej wrogie spojrzenie, zupełnie jakby obrażała go samą egzystencją.
- Serio, mam już tego dość… - mruknął, pocierając dłonią czoło. - Nawet nie zdążyłem jeszcze dostać swojego porannego przydziału kofeiny. Nie mogę zacząć dnia w spokoju chociaż raz? Proszę o tak wiele? No dalej, zmień się w tę gałąź… i byłbym wdzięczny, gdybyś się pospieszyła, możliwe, że chce mi się do łazienki.
Tyrion i Winston zastrzygli niespokojnie uszami, słuchając jego wywodu i Will uniósł jedną brew. Miał rozumieć, że teraz również te niewdzięczne zwierzaki uważały go za niespełna rozumu?
- Uhm - powiedział elokwentnie, zdecydowany nie tracić pozytywnego nastawienia. - Tyrion, zechcesz mi pokazać, gdzie to znalazłeś?

Dwie minuty później zdecydowanie pozytywne nastawienie stracił.
To faktycznie była ręka.
Gorzej, było nawet ciało.

Ubrana w kremową sukienkę dziewczyna ze złotymi monetami zamiast oczu wisiała jakieś pół metra nad ziemią, nadziana na poroże jelenia.
Will ukrył twarz w dłoniach, oddychając głęboko i próbując za wszelką cenę nie dopuścić do ataku paniki. Nie mógł dostać teraz ataku paniki.


Szykuje unikatowy prezent, podarunek dla swojej wyjątkowej osoby. Dziewczyna płacze cicho, zakneblowana, ale ignoruje ją, zamiast tego z chirurgiczną dokładnością odcinając rękę na wysokości łokcia. Przystawka, zapowiedź, bilet na przedstawienie. Ciało zaaranżowane w sposób mający przypominać sztukę. To jest jego wizja.
Napiera na wciąż przytomną ofiarę całym ciężarem, nabijając ją na rogi. Dziewczyna miota się jak oszalała, ale to jedynie wywołuje powściągliwy uśmiech na jego twarzy - przeradzający się w coś bardziej szczerego dopiero, gdy zostaje przeszyte serce. Chciałby ją jakoś uhonorować za odwagę, śmierć nie powinna być bezcelowa.
Serce.


Nie. Will gwałtownie poderwał głowę, otwierając oczy i przypadając do zwłok, wodząc rozbieganym wzrokiem po trupiobladej klatce piersiowej.
Podłużny ślad po skalpelu. Graham cofnął się niezdarnie, potykając w szoku o własne stopy.


Wyjmuje ostrożnie jeszcze bijący organ z ciała ofiary, wkładając go do przygotowanego pojemnika z lodem.


- On je zjada… - wykrztusił. - Naśladowca. - Był absolutnie pewien, że to nie był ten sam zabójca. Tamto było… chodziło o coś innego. To… było sztuką, czyjąś artystyczną wizją. I było osobiste.
Ta dziewczyna zginęła przez niego.
Will osunął się na kolana, wpatrując w ciało rozszerzonymi oczami.
Równie dobrze sam mógł ją zamordować. Może nawet tak było. Może lunatykował w nocy, może poroże przebijające jego pierś, tak naprawdę przebijało jej.


*-*


Hannibal zawinął rękawy drogiej koszuli nie chcąc, by się zabrudziła, i zawiązał z tyłu fartuch, osłaniając spodnie. Nachylił się nad blatem, biorąc do ręki nóż, rozcinając serce, napełniając je farszem i ziołami, uważnie owiązując sznurkiem, by zachowało kształt podczas duszenia się razem z ostrym sosem.
Pracował szybko z uniesionymi lekko kącikami wąskich ust, odgarniając opadające na czoło blond włosy. Wszystko musiało zostać przygotowane na czas.
Will Graham był jego gościem na obiedzie. Nie oficjalnym, ale Hannibal wiedział, że i tak przyjdzie. Jego górna warga zawinęła się, odsłaniając zęby w niebezpiecznym uśmiechu.


*-*


Will patrzył na krzątających się wokół ofiary policjantów, samemu jednak trzymając się na uboczu. Wystarczyło na niego spojrzeć, by wiedzieć, że wcale nie chciał tu być. Albo, że gdyby to miało miejsce w jakimś pomieszczeniu, stałby jak najbliżej rogu. Nie skulony w nim, ale jednak z zabezpieczonymi plecami, zupełnie jakby spodziewał się ataku, równocześnie usiłując nie przyciągać do siebie zbędnej uwagi. Nienawidził skupionej na nim uwagi. Nie umiał sobie z nią radzić i nie miał najmniejszej ochoty się uczyć.
Jeśli zaś chodziło o fizyczny stan Willa, to jeszcze nigdy w życiu nie był tak bliski zwymiotowania.
Nie dlatego, że miał słaby żołądek, bo sam fakt, że jakoś przeżył widok porośniętych grzybami ludzi w jednym z dochodzeń, wyraźnie coś o nim mówił.
Po prostu… po prostu do tej pory jeszcze nikt niewinny nie zginął z jego powodu. I to dlaczego?? Bo jakiś cholerny…
- Will. - Głos Crawforda rozległ się niespodziewanie tuż za nim i Graham drgnął, nieprzygotowany. Pogrążony w myślach nie słyszał, jak agent się zbliżał - właśnie z tego powodu chciałby móc stać w tym idiotycznym kącie. Żeby ludzie nie mogli go zachodzić od tyłu. Aw, te drobne przyjemności w życiu…
- Złożyłem już zeznania, Jack - odezwał się spokojnie, nie poznając opanowanego brzmienia własnego głosu. Nie mógł jednak powiedzieć, że nie był z tego powodu zadowolony. Chociaż raz nie czuł się jak ktoś na skraju załamania nerwowego, na które wszyscy czekali z zapartym tchem. - Nie mam nic więcej do dodania. Nie wiem, jak złapać tego zabójcę. Z tego, co wyczułem, gdy… - przerwał na chwilę, próbując znaleźć szybko jakieś wygodne określenie, ale, oczywiście, nie było żadnego, a Jack już zaczynał wyglądać na zniecierpliwionego. - …gdy byłem w jego umyśle, jest sadystą. Ale inteligentnym sadystą, wiedzącym, jak działam. Nie zabije więcej w ten sam sposób. To morderstwo było, uch, było prezentem dla mnie, jakby… w nagrodę za rozwiązaną sprawę? Nie wiem. - Jack nabrał oddechu, chcąc coś powiedzieć. Will poczuł, jakby nagle trafił do bardzo małego pomieszczenia, którego ściany dodatkowo zaczęły zbliżać się do siebie. Och, świetnie, teraz miał też klaustrofobię, co jeszcze? - NIE WIEM! - warknął na cały głos, wybuchając akurat w momencie, gdy większość osób umilkła.
Oblizał nerwowo usta, poruszając się niespokojnie pod ciężarem zaciekawionych spojrzeń. To jak jeden z tych snów, gdzie okazuje się, że stoję nagi przed całą klasą, tak? Wow, tego mi właśnie brakowało, pomyślał uszczypliwie.
Crawford odetchnął ciężko, sprawiając wrażenie osoby, której za mało płacą za zajmowanie się podobnymi przypadkami.
- Nie chodziło mi o twoje zeznania, Will. Chciałem powiedzieć, że nie jesteś tu dłużej potrzebny i możesz gdzieś jechać, dopóki nie skończymy. Jesteś pewny, że wszystko w porządku? - dodał po chwili ciszy, jakby nagle sobie przypomniał, że powinien być zatroskany zdrowiem psychicznym swojego najlepszego profilera. Will posłał mu szybki, wymuszony uśmiech, czerwieniejąc.
- Och. Miło z twojej strony. - Spuścił wzrok, wbijając go w brudne buty, za wszelką cenę próbując uniknąć konfliktu. - Dzięki. Tak myślę. To ja… - przełknął ślinę, wskazując za siebie i jednocześnie zaczynając iść do tyłu. - …skorzystam już z oferty. Dzwoń w razie czego.
- Jasne - zgodził się Jack.
W końcu zawsze dzwonił, gdy potrzebował Grahama. Nie istniały inne powody.


*-*


- Wejdź, Will, właśnie nakrywałem do stołu.
Hannibal otworzył szerzej drzwi i Will przecisnął się koło niego z małym, wdzięcznym uśmiechem. Nie wiedział, gdzie miał jechać, więc zdecydował się pójść do doktora Lectera, pomimo początkowego strachu, że ten będzie miał pacjentów i zawróci go z progu, zirytowany.
Jednak w dziwny sposób Hannibal zawsze sprawiał, że Will czuł się… oczekiwany. Witany. A to było uczucie, którego rzadko doświadczał w życiu. Nie, żeby chciał brzmieć jak żaląca się pięciolatka, ale… Fakty.
- Tłum w poczekalni nie będzie protestował? - zażartował słabo Graham i Lecter roześmiał się cicho, kręcąc głową i zamykając za nim drzwi.
- Następną wizytę mam umówioną dopiero na piętnastą, nie musisz się tym martwić. Co cię sprowadza, jeśli mogę zapytać, oczywiście?
Will odwrócił wzrok, opierając dłonie na biodrach i wzruszając ramionami.
- Od kiedy wpraszam się do ciebie bez zapowiedzi, podejrzewam, że raczej masz do tego prawo - westchnął. - Dzisiaj koło mojego… mojego domu została znaleziona martwa dziewczyna. A właściwie to Tyrion ją znalazł. - Na widok nierozumiejącego spojrzenia Hannibala, dodał: - Mój pies. Jeden z nich, w sumie.
- Czemu w takim razie żaden z twoich psów nie przyłapał zabójcy? - Lecter uniósł brew, znając z góry odpowiedź. Will bał się spędzać noce sam, a zwierzęta dawały mu pewnego rodzaju psychiczny komfort, nawet jeśli nie powstrzymywały koszmarów. Jednak nawet, gdyby były wypuszczone… cóż, znały go. Lubiły. Nie stanowiły żadnego zagrożenia. Co prawda, w ten sposób nieco zawęziłoby to krąg poszukiwanych, więc mimo wszystko zmuszony byłby z przykrością je zabić. Dobrze wytresowane zwierzęta nie zasługiwały na taki los. Oczywiście, patrząc na plusy sytuacji, ich śmierć zdewastowałaby Willa. Niewiele osób dostrzegało, że prawdziwe piękno obrazu kryło się w tym, jak bardzo był zniszczony.
Graham machnął ręką w nieokreślonym kierunku, odrobinę czerwieniejąc.
- Uch, pozwalam im… pozwalam spać w domu.
- Rozumiem.
Lecter ruszył w stronę jadalni i po chwili wahania Will za nim podążył, dla odmiany nie mogąc przestać mówić:
- Ten morderca był swojego rodzaju artystą. Zabójstwo było brutalne, fakt, ale jego szczegóły i sam pomysł były starannie wykonane, przemyślane… jak sztuka, jak obraz. Jakby… chciał mi coś przekazać. Jakby wierzył, że jestem tak bystry jak on i będę potrafił to odczytać.
Hannibal uśmiechnął się, odwrócony plecami do agenta, dziwnie zadowolony z pochwały i wykorzystując to, by rozlać wino do kieliszków. Dymiące serce stało już pośrodku stołu, dwa talerze przygotowane. Wątpił jednak, by Graham zwrócił uwagę na dodatkowe nakrycie.
- A potrafisz, Will?
- Co? Nie wiem... - Graham ledwie powstrzymał się przed przewróceniem oczami. - Gratulacje z powodu rozwiązania poprzedniej sprawy, tej, którą naśladuję? Jestem twoim cichym wielbicielem? Zamknęli sklep z czekoladkami i zamiast tego postanowiłem podesłać ci trupa?
Lecter spojrzał na niego, zaciskając usta i gestem zapraszając do odsunięcia krzesła.
- Czyli uważasz, że to było osobiste. Czujesz się w takim razie winny z powodu śmierci tej dziewczyny?
Blady uśmiech natychmiast zniknął z twarzy Willa, jakby nigdy go tam nie było. Praktycznie upadł na krzesło, apatycznie biorąc do ręki sztućce.
- W nocy śniłem o przebijającym mnie porożu jelenia. I ona… ona była nabita na rogi.
- Więc dopuszczasz możliwość, że to mogłeś być ty, a jedynie tego nie pamiętasz - stwierdził spokojnie Hannibal, siadając z gracją i sięgając przez stół, by nałożyć sobie porcję przygotowanej potrawy. - Nie sądzę jednak, by faktycznie miało to miejsce. Uwierz mi, zapamiętasz swoje pierwsze morderstwo, Will. Tymczasem musisz nauczyć się walczyć ze swoim strachem. Należy do ciebie, jest wytworem twojego umysłu - kontroluj go więc.
- Łatwo powiedzieć - prychnął cicho Graham i Lecter uśmiechnął się, odnotowując, że nie dostrzegł subtelnej różnicy pomiędzy "zapamiętałbyś" a "zapamiętasz". Gdy Will zabije z premedytacją i żądzą krwi po raz pierwszy, będzie to pod jego czujnym okiem. - Co jemy? - dorzucił detektyw, próbując zmienić temat na lżejszy i już będąc w trakcie odkrawania kawałka czegoś, co, jak dla niego, wyglądało jak duszona szynka. Z farszem. No cóż.
- Duszone serce jagnięcia w sosie z papryki - odparł płynnie Hannibal z lekkim drgnięciem kącików ust. - Bon appétit.
Will gwałtownie upuścił sztućce razem z nadzianą na nie porcją.
- O Boże - wydusił, blednąc. - Chyba na jakiś czas postanowiłem zostać wegetarianinem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ars_amandi
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1063
Punkty : 0
Join date : 17/10/2013
Age : 23

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Stiles Stilinski
Wiek: 17
Rasa: Człowiek

PisanieTemat: Re: Brave little empath [7/15, przeniesione na AO3]   14/6/2014, 20:24

Cytat :
Zwalania życia Willowi ciąg dalszy... Wink
Struktura tego rozdziału jest nieco inna, na początku teoretycznie nie wiadomo, co dzieje się z naszym puppy, ale we flashbackach wszystko się stopniowo wyjaśnia.



Will po raz pierwszy był w stresogennej sytuacji i się nie trząsł. Prawdopodobnie mógłby uznać to za osiągnięcie, gdyby nie fakt, że został potraktowany kuraryną.
Leżał nieruchomo z zamkniętymi oczami, nie będąc zdolny do poruszenia nawet jednym mięśniem, wsłuchując się w rytmiczne uderzenia kolejnych grud ziemi o wieko trumny.
Może i dobrze, że to się wreszcie zakończy, że ktoś zrobił to, na co on nigdy nie miał odwagi. Za parę godzin skończy się powietrze i Will Graham przestanie istnieć na zawsze.


*-*


- On chce, by się przemienili! Są dla niego niczym… niczym motyle. Nie, nie teraz, teraz to zaledwie gąsienice, poczwarki. Zamyka ich w trumnach, by rozpoczęli proces przemiany, by stali się kimś… kimś innym - nowym, potężniejszym, nie wiem! Dostrzega w nich potencjał, którego sami w sobie nie widzą, możliwości, którym mogą sprostać. Tylko, że… że, uch, myli się. Gdy wraca za kilka godzin, oni są już martwi. Uduszeni. Dlatego wywleka ofiary na środek, rozpruwa nożem, pokazuje światu, jacy są niedoskonali. Nie podołali wyzwaniu, które przed nimi postawił, nie zasługują na pochówek.


*-*


Will nie był pewien, ile czasu już upłynęło. Jego świadomość powracała i odpływała, gdy stopniowo słabł coraz bardziej. Wspomnienia wszystkich morderców, jakich emocje kiedykolwiek przejął, zlewały się z jego własnymi, stając nie do odróżnienia.
Już nie wiedział, kim był.
Parząca krew wypełniała powoli trumnę, przesiąkając przez przyciasne ubranie, zalewając go. Na policzku czuł ciepły oddech jelenia.
Uśmiechnął się. Środek zwiotczający mięśnie przestawał działać - przynajmniej będzie mógł umrzeć, mając kontrolę nad swoim ciałem. Może nawet i nad śmiercią. Może wbije sobie palce w klatkę piersiową, wydzierając z niej serce, zanurzy zęby w gorącym organie, wciąż bijącym szaleńczo i…


*-*


Kolejna trumna zawierała poszarpane ciało, które oblepiały setki ciem. Will przełknął ślinę, klękając przy zwłokach i jednocześnie płosząc owady. Nocne motyle. To była wiadomość. Nie, nie groźba… Nieśmiała karteczka, niczym do pierwszej miłości w szkolnej ławce. "Widziałem cię", mówiła, "Obserwowałem, jak chodziłeś po lesie, zagubiony w czasie i rzeczywistości, wciąż śniąc pod pełnią księżyca. Jesteś moim nocnym motylem. Jesteś następny".
Nie zdawał sobie sprawy z tego, że mówił to na głos, dopóki nie przerwał mu gniewny, basowy głos Jacka, wytrącając z myśli. Will drgnął gwałtownie, wodząc chaotycznie wzrokiem po otoczeniu, zanim nie trafił nim na Crawforda i natychmiast nie spuścił na ziemię.
- Dostaniesz naszych najlepszych ludzi, Will - zapewnił go Jack, zaciskając usta i spoglądając z furią na trupa. - Ten sukinsyn cię nie dorwie, możesz być tego pewien.
Graham spojrzał na nos Jacka, bezpieczne miejsce, dzięki któremu mógł udawać, że patrzy mu w oczy, nie robiąc tego naprawdę.
- Jest mną zainteresowany, Jack - powiedział wolno, ważąc każde słowo. - Jeśli to zignorujemy, nadal będzie zabijał niewinnych ludzi. Użyj… użyj mnie jako przynęty.
- Oszalałeś?!
- Nie bardziej niż zazwyczaj - stwierdził z gorzkim uśmiechem, zwijając dłonie w pięści. - Ale to dobry pomysł. Daj mi obstawę, niech się ukryją w lesie koło domu. Dzisiaj jest ostatnia noc pełni. Dzisiaj jest nasza szansa, by go dorwać. Wiem, że tego chcesz.
Jack przykucnął koło niego, zmuszając do nawiązania prawdziwego kontaktu wzrokowego, nie zwracając uwagi na niespokojne poruszenie się Willa.
- A ty tego chcesz? Obiecałem Alanie, że nie pozwolę ci się zanadto zaangażować…
- Na to już chyba za późno, nie sądzisz? - warknął mimowolnie Graham, zirytowany. Spróbował się odwrócić, ale Crawford złapał go za brodę, przytrzymując na miejscu.
- Strach czyni cię niegrzecznym, Will.
Graham zamknął oczy.



*-*


Dwie godziny później wieko trumny skrzypnęło i uśmiech Willa poszerzył się, teraz przypominając grymas Jokera. Jego oczy błyszczały chorobliwie w ciemnościach, czujne nawet mimo tego, że umysł profilera już dawno przestał odróżniać rzeczywistość od fantazji, półprzytomny z niedostatku tlenu.
- To jest moja wizja.
Will obnażył zęby w ledwie słyszalnym warkocie.


*-*


Nie miał pojęcia, skąd się tu wziął. W jednej chwili leżał w swoim łóżku, pocąc się i drżąc pod cienkim kocem, w drugiej coś wkłuło mu się w ramię, paraliżując, a w trzeciej czyjeś głodne ręce błądziły po jego nieruchomym ciele, przebierając w ubranie bardziej odpowiednie na pogrzeb.
Gdzie byli ci najlepsi ludzi Jacka, gdy ich potrzebował, hm? O ile pamiętał, chciał być przynętą, nie ofiarą. Może zaraz się pojawią. Może…
- Twoja ludzka forma jest słaba i bezbronna, agencie Graham. Ale potencjał, który jest w niej ukryty… Rozumiesz to, prawda? Inni nie rozumieli, ale ty rozumiesz, rozumiesz mnie, bo jesteś empatą, bo jesteś taki, jak ja, jesteś mordercą w środku, słodki Willy, wiesz o tym.
…może dostrzegli szansę łatwego pozbycia się go i postanowili ją wykorzystać. Powiedzą Jackowi, że zabójca ich przechytrzył, że nie zdążyli. Wiedział przecież, co o nim mówili za plecami. Wariat. Szaleniec. Tylko czekać, aż czyjeś ciało będzie podłożone przez niego. Powinni go zamknąć u czubków i trzymać, póki tam nie zdechnie. Dziwak na to zasługuje.
- Słodki, śliczny Willy, mój piękny nocny motyl ze skrzydłami koloru krwi.
Węzeł krawata wpijał mu się boleśnie w gardło, przywodząc na myśl zbyt ciasną obrożę. Chciał krzyczeć, gryźć, walczyć, skręcić temu bydlakowi kark, ale nie mógł się nawet ruszyć i nie było nikogo, kto by mu pomógł. Życie zaiste było cudowne, zwłaszcza jego.
Dwa ostatnie guziki zostały zapięte i porywacz sięgnął po spodnie, przysuwając je bliżej. Podłożył jedną rękę pod biodra Grahama, drugą zsuwając mu błękitne bokserki i umysł Willa został oślepiony jaskrawobiałą paniką. Chyba nie… chyba nie… O Boże, nie, proszę, nie, nienienie, tylko nie to!
Mężczyzna roześmiał się, widząc rozszerzone z przerażenia źrenice swojej ofiary i poruszającą się szybko klatkę piersiową. Odrzucił bokserki na bok i uniósł mu nogi do góry, by móc łatwiej założyć spodnie.
- Dziś nie mamy czasu na drobne przyjemności, słodki Willy - powiedział szyderczo, wyraźnie smakując strach profilera. - Może kiedy indziej. Może po tym, jak się przemienisz, jak rozłożysz skrzydła.  - Sięgnął dłonią wyżej, wciąż z kpiącą obietnicą na ustach, i zamknął Willowi oczy.



*-*


Will stał kilkanaście metrów przed domem Hannibala Lectera, wstrząsany niekontrolowanymi dreszczami, z dłonią kurczowo przyciśniętą do płytkiej rany w boku. Garnitur zwisał z niego w strzępach, przemoczony krwią.
Znowu stracił poczucie czasu i rzeczywistości.
Ale to nie znaczyło, że nie wiedział… że nie…


*-*


Hannibal metodycznie ugniatał ludzkie płuca, wyciskając z nich powietrze. Tak, racja, dochodziła druga w nocy i faktycznie było dość późno, ale jutro była niedziela i nie miał umówionych żadnych wizyt. Mógł poświęcić cały dzień na przygotowanie z nich nadzienia do francuskich naleśników podanych z kremem z świeżych truskawek. Na kolację mieli przyjść jego znajomi z opery, więc oczywiste było, że powinien podać im coś wykwintnego na pocieszenie po stracie jednego z flecistów.
On, z drugiej strony, wcale nie uważał tego za stratę. Podczas ostatniego występu mężczyzna psuł grę innym, gubiąc nuty i dźwięki. Był bezużyteczny za życia, wręcz szkodliwy. Teraz już przestał się marnować.
Resztki powietrza zaświszczały, gdy nagniótł nowe miejsce i w tym samym momencie rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. Hannibal uniósł głowę, lekko zdumiony. Gość o tej porze? Wyprostował się, wycierając dłonie w ręcznik i idąc do wejścia.
Gdy otworzył drzwi, przywitał go udręczony uśmiech zakrwawionego Willa Grahama.
- Przepraszam, j-ja… nie wiedziałem, gdzie mógłbym… przenocować.
Lecter zrobił krok w tył, pozwalając Willowi wejść do środka.
- Nigdy nie przepraszaj za przyjście do mnie, mój drogi Willu - powiedział spokojnie. - Jesteś w stanie mi powiedzieć, co się stało?
- Och - roześmiał się drżąco Graham, pocierając ręką po twarzy i rozmazując na niej smugę krwi. Lecter przesunął po nim wzrokiem, obejmując całą skurczoną w sobie sylwetkę profilera FBI i nietypowe dla niego, porwane eleganckie ubranie. Skrzywił się odrobinę na widok śladów, jakie zostawiły na dywanie brudne stopy Willa. Prawdopodobnie przeszedł boso całą drogę z Wolf Trap tutaj.
Will zauważył zdegustowane spojrzenie Lectera i sam zerknął szybko w dół, czerwieniąc się, gdy zobaczył, co było tego powodem.
- Och… - powtórzył cicho. - Przepraszam.
Hannibal potrząsnął głową z uśmiechem i położył dłoń w dole pleców Willa, prowadząc go do jednego z foteli.
- Zapewniam cię, że to żaden problem - oznajmił. - Usiądź, a ja przyniosę ci coś do picia.
Graham posłusznie usiadł, kryjąc twarz w rękach.
- Zabiłem go - wymamrotał. Lecter przystanął w połowie drogi do barku, zaintrygowany. - W samoobronie. Chyba. I nawet nie panikuję. Czy to sprawia, że jestem złym człowiekiem?
- Jesteś w szoku, Will. To normalne po takim zdarzeniu. Mogę wiedzieć, kogo zabiłeś?
- Pamiętasz, jak opowiadałem ci o tej sprawie z ludźmi grzebanymi w trumnach? - Graham wciąż mówił do swoich dłoni. - Więc… wiedziałem, że… że będę następny. Zgłosiłem się na ochotnika na przynętę - zaśmiał się głucho. - Tylko że… nie wszystko przebiegło zgodnie z planem. Byłem w tej trumnie, doktorze - wyszeptał, nagle cichnąc. - I nie potrafiłem myśleć o niczym innym, niż jak bardzo chciałbym rozerwać mu gardło zębami. Myślałem, że umrę i… i to było jak… jakbym stał się każdym zabójcą, którego… którego k-kiedykolwiek ścigałem. Gdy przyszedł po mnie… jeszcze żyłem. Tlen się kończył, ale… ale był i ja…
- Zaatakowałeś go. Zabiłeś - dokończył za niego Hannibal z pociemniałymi z gniewu oczami, mimo to wciąż utrzymując opanowany głos. Ktoś ośmielił się dotknąć jego Willa. Nikt nie miał prawa do Williama Grahama poza nim. Gdy Will się złamie, to na jego warunkach, niczyich innych. Lecter zacisnął szczękę, sięgając po whisky i jedną z kryształowych szklanek. Po części był zaciekawiony niespodziewanym napływem zaborczych uczuć. Z drugiej strony, z ich powodu nie mógł należycie docenić milowego kroku, jakim było to zabójstwo. Will chciał zabić. Will zabił. Motyl zaczął rozwijać skrzydła.
- Tak - potwierdził ledwie słyszalnie Will, zapadając się w sobie jeszcze bardziej. - Tak. Nie miałem w-wyboru. On zamierzał zrobić mi to samo. I… - urwał, przełykając ślinę. - Chciał mnie… z-zgw… - Zamiast słowa z jego zaciśniętego gardła wyrwał się stłumiony szloch.
Brązowe oczy Lectera stały się prawie czarne.
Zaiste szkoda, że dobry Will już zajął się swoim porywaczem.
- Jacy policjanci cię pilnowali, Will? - zapytał łagodnie, kładąc mu uspokajająco rękę na ramieniu i wręczając szklankę z alkoholem. - Weź, to pomoże ci się opanować.
- Dzi-dziękuję. - Will chwycił ją ostrożnie obiema rękami jak dziecko, unosząc do ust i biorąc pierwszy łyk. Ogień rozlał się w jego gardle i powitał go z ulgą. - Weltz, Derrick, Harris.
Hannibal przejrzał w myślach spis potraw, które z nich zrobi. Zapłacą za to. Skoro nie potrafili przysłużyć się Willowi w sposób, w jaki powinni, przynajmniej go nakarmią. Pozwolił sobie na lekkie drgnięcie kącików ust ku górze, gdy wyobraził sobie ich przyszłe krzyki.
Upewni się, że nikt nigdy więcej nie tknie Willa. Poza nim, oczywiście. Tylko on go złamie, zniszczy i uformuje na nowo. Nikt inny. Ten piękny umysł należał do Lectera. Nawet Will nie miał do niego prawa.
Moment później jego uwagę przykuł Graham, wstający niepewnie z fotela z pustą szklanką. Lecter uśmiechnął się mrocznie.
Will wykonał chwiejny ruch w kierunku stolika, chcąc ją odstawić, ale w ostatniej chwili szkło rozprysnęło się na podłodze, pozostawiając zaskoczonego, oszołomionego profilera wpatrzonego w jego odłamki.
- Nie chciałem - wymamrotał, mrugając, by pozbyć się sprzed oczu dziwnej mgły. Pokój wirował coraz szybciej naokół niego. - Zaraz posprzątam. - Potarł dłonią czoło, opadając na kolana i podnosząc niezdarnie pierwszy kawałek stłuczonego kieliszka. Syknął, gdy przeciął mu skórę. Uniósł odrobinę głowę, rzucając zażenowane spojrzenie obserwującemu go z uwagą Hannibalowi. - Czemu… - Nie mógł znaleźć słów, zupełnie jakby mgła przeniosła się również do jego umysłu i czyniła myślenie ciężkim i prawie niewykonalnym. Gdyby nie to, że był u Hannibala, uznałby, że ktoś mu czegoś dosypał do drinka. - Czemu tak na mnie patrzysz?
- Jak, Will? - zapytał spokojnie Lecter, opierając się o biurko. Graham ściągnął brwi, przygryzając wargę i z powrotem odkładając zakrwawiony odłamek.
- Jak wilk.
- Utożsamiasz się z Czerwonym Kapturkiem? - Kąciki ust psychiatry drgnęły ledwo dostrzegalnie, prawie jakby chciał odsłonić zęby. - Chyba nie sądzisz, że stanowię dla ciebie zagrożenie, mój drogi Willu.
Graham spróbował się roześmiać, ale jego język nie pracował dokładnie tak, jak powinien, wydając się za duży w ustach.
- Dwa… dwa razy w j-jeden dzień, miałbym… mia-miałbym pecha. Więc nie… N-nie, to byłoby niedorzecz… niedorz…
Hannibal złapał nieprzytomnego Willa dosłownie ułamek sekundy przed upadkiem twarzą prosto na potłuczone szkło, następnie odwrócił go, chwytając pod ramiona, i zaciągnął na kanapę.
Wyprostował się, odgarniając mu ciemne loki z czoła w zamyśleniu.
Musiał lepiej pilnować swojej własności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ars_amandi
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1063
Punkty : 0
Join date : 17/10/2013
Age : 23

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Stiles Stilinski
Wiek: 17
Rasa: Człowiek

PisanieTemat: Re: Brave little empath [7/15, przeniesione na AO3]   19/6/2014, 19:05

Cytat :
W tym rozdziale zostaje nieco zmieniona dynamika relacji pomiędzy dobrym doktorem a jego nie do końca oficjalnym pacjentem.



Niezwykły chłopcze…
Will dryfował w miękkich, aksamitnych ciemnościach, zagubiony w czasie i przestrzeni.
…podziwiam twoją odwagę.
Po raz pierwszy od dawna czuł się bezpiecznie. Po raz pierwszy od… od kiedy Jack zmusił go do powrotu do FBI nie miał koszmarów, mimo że czuł języki ognia liżące jego szyję i nadgarstki, zmuszające go do uległości, do otworzenia umysłu na mrok. Dlaczego miał się im nie poddać?
Sądzę, że najpierw spożyję twoje serce.
Problem tkwił w tym, że czucie się bezpiecznie, a bycie bezpiecznym niekoniecznie oznaczało to samo.


*-*


Minęły dwa tygodnie od śmierci agenta specjalnego Grahama. Część jego psów została oddana do schroniska, część wzięła pod opiekę Alana Bloom, a jednego - Winstona - zabrał Hannibal. Ciało profilera znaleziono w trumnie pełnej jego DNA w lasach Wolf Trap, pozbawione zębów i spalone. Mimo niemożności rozpoznania na podstawie dokumentacji stomatologicznej, było jasne, że zwłoki należały do Willa Grahama. Dlaczego? Po pierwsze, w jego domu widoczne były ślady porwania, natknięto się również na porzuconą strzykawkę z kuraryną i zaschniętą krwią Grahama. Po drugie, pilnujący go policjanci również zniknęli bez śladu, aczkolwiek w ich przypadku ciał nigdy nie odnaleziono. Po trzecie, było powszechnie wiadome, że agent specjalny stanowił następny cel szukanego mordercy, który po tym zabójstwie jakby rozpłynął się w powietrzu.
Trzy dni później odbył się pogrzeb. Skromna, cicha ceremonia z kilkoma przyjaciółmi: Jackiem Crawfordem i jego żoną, Bellą, Alaną Bloom, Beverly Katz, Jimmy'm Price'm, Brianem Zellerem, a także, oczywiście, Hannibalem Lecterem.
Alanie łzy spływały cicho po policzkach, kiedy Beverly ją objęła, sama zagryzając wargi. Hannibal również miał lekko szkliste oczy, ale nie zaciskał szczęki równie silnie, co Jack, zmagający się z poczuciem winy. Lecter nie miał powodu, by czuć się winny.
Will być może i był martwy dla świata…
…jeśli za taki stan uznać śpiączkę farmakologiczną, w jakiej był utrzymywany od dwóch tygodni w jednym z pokoi swojego psychiatry.


*-*


Will stoi po kolana w wodzie, ignorując lodowate, spienione fale uderzające o jego nogi. Jeleń za nim parska niecierpliwie, ale Will również i go ignoruje. Zamiast tego nie odrywa wzroku od przebitej porożem dziewczyny z głową jagnięcia. Unoszące się na powierzchni ciało jest przepasane kremową wstążką, zapakowane niczym prezent.
Jeleń wysuwa się nieco do przodu, trzymając w pysku zarówno jej brakującą rękę, jak i wciąż dymiące serce. Bon appétit. Will podnosi do oczu własne ręce i bez większego zaskoczenia zauważa na nich czarne łańcuchy. Dotyka palcami szyi - i tak, jest tam obroża.
Zamiast jelenia teraz stoi przed nim Hannibal, z końcem smyczy oplecionym wokół jednej z dłoni i parującym sercem w drugiej. Uśmiecha się, gdy unosi je do ust i wgryza w ociekający krwią organ, wciąż nie przerywając kontaktu wzrokowego.
Ostry, niespodziewany ból przeszywa klatkę piersiową Willa, przez co gwałtownie zatacza się do przodu, wpadając do wody, dusząc i szamocząc, gdy ta zalewa jego oczy, gardło, płuca, jest wszędzie, wszędzie, wszędzie - umiera, właśnie teraz - i w ostatnim przebłysku świadomości Will zastanawia się, dlaczego serce mu nie wali w panice.
Dopiero wtedy rozumie.
W tej samej sekundzie, w której otacza go ciemność, wpycha palce między rozwarte żebra w ranie na piersiach, rozpaczliwie szukając, ale natrafiając nimi jedynie na pustkę.
To nie serce dziewczyny rozdzierał zębami Hannibal, tylko jego własne.



*-*


Will wygiął się w łuk na łóżku, nie mogąc złapać oddechu, z własnymi dłońmi zaciśniętymi wokół szyi. Zerwany przewód kroplówki uderzył o podłogę w tym samym momencie, w którym błękitnoszare oczy rozszerzyły się w przerażeniu; umysł profilera połączył wszystkie kawałki puzzli ze sobą - jedynie Hannibal wiedział o prześladującym go w snach jeleniu i poprzedniej sprawie, co wyjaśniałoby nabicie parodii panny młodej na jego poroże. Serce ofiary zostało wycięte i podane na stole. Duszone serce jagnięcia w sosie z papryki. Bon appétit. Narkotyki w whisky.
To wszystko było kłamstwem, naiwny Willy. On nigdy o ciebie nie dbał. Nikt nigdy o ciebie nie dbał. Interesujący okaz. Eksperyment. Zabawka. Nakręć go i patrz, jak idzie. Nakręć go i…


*-*


Hannibal uniósł lekko głowę, słysząc hałas na górze i wykrzywił wargi z satysfakcją. Will się wreszcie obudził - i tak za późno, patrząc po tym, że Lecter odłączył od niego wenflon razem z dawkującą propofol pompą infuzyjną już całą godzinę temu, a wybudzenie następowało zwykle po maksymalnie kilkunastu minutach.
Spoglądając na nieruchomego, bladego Grahama rozważał nawet przez chwilę możliwość uszkodzenia objętego zapaleniem mózgu, ale zaledwie kilkadziesiąt sekund później jego cenny empata wyprężył się boleśnie, pocąc i miotając na łóżku.
Psychiatra wycofał się wolno z pokoju z cieniem uśmiechu na ustach, zamykając drzwi w akompaniamencie krzyków uwięzionego w koszmarze Willa.
Teraz zaś pochylił się nad stołem, doprawiając do smaku leczniczą zupę z kurczaka silkie, robioną według starego, chińskiego przepisu. Prawdziwa szkoda, że osobom z chorobami autoimmunologicznymi mogła wręcz pogorszyć stan.


*-*


Will wyplątał się z rurek i pościeli, prawie spadając na podłogę w panicznym pośpiechu, z jakim próbował wydostać się z łóżka.
- To się nie dzieje naprawdę - wymamrotał, przypadając do okna i uderzając bezsilnie w szybę na widok zamontowanych w nim krat. - To się nie dzieje naprawdę!
Hannibal nie mógł go zdradzić. Jedna, jedyna osoba zainteresowana na tyle, by chcieć przełamać wznoszone od wielu lat mury obronne i wejść do jego świata… Nie, nienienienienienie.
Równie dobrze nasze śniadanie mogłoby być zrobione z ludzkiego mięsa i wciąż nie zdawałbym sobie z tego sprawy.
- Ha - mruknął ponuro, przypominając sobie własne słowa sprzed jakiegoś czasu i oparł czoło o zimne szkło. - Zawsze mnie zastanawiało, czemu różne rodzaje mięsa bez wyjątku smakowały tak samo.
Jak już zostało wielokrotnie potwierdzone, miło jest mieć starego przyjaciela na kolację.
- I jeszcze te jego żarciki - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Doprawdy dziwne, że nie sprawił sobie fartuszka z napisem "Kanibal Hannibal". To się nawet rymuje, cholera jasna.
Smakowało ci, Will, prawda? Z tyłu jego umysłu rozległ się mały, uporczywy syk węża. Zawsze zjadałeś wszystko z talerza. Do ostatniego kęsa. Gdybyś miał odwagę, prawdopodobnie żebrałbyś o dokładkę jak kundel, który raz spróbował ludzkiej krwi i…
Graham zadławił się, wymiotując samą śliną i kwasem, póki nie zostało w nim już nic, oprócz mdlącej pustki.
Ciekawe, którym z dań było jego serce.


*-*


Dwie godziny później Will siedział na łóżku, trzymając luźno w dłoniach pręt ze stojaka na kroplówkę i wpatrując się wypranym z emocji wzrokiem w wejście do pokoju. Przelotnie zastanowił się, dlaczego Lecter jeszcze się nie pojawił, by nad nim triumfować, zaciskając dłonie na gardle i stopniowo odcinając dopływ powietrza.
Nie łudził się ani co do tego, że Hannibal był nieświadomy jego odkrycia, ani że zostanie oszczędzony. Ciekawe, co z niego przyrządzi. Stek? Nie, chyba był na to zbyt szczupły. Sałatkę z kurczęcia?
Drzwi uchyliły się z ledwie słyszalnym szelestem i Will równie cicho wstał, przechodząc za nie tak, by nie być widzianym.
- Nie robiłbym tego na twoim miejscu, Will - ostrzegł spokojnie Lecter, wchodząc do środka z tacą i odkładając ją na stolik w rogu ściany. Nawet nie zadał sobie trudu, by się odwrócić.
Will zaczął drżeć, zaciskając szczękę, a także palce na pręcie na tyle mocno, że pobielały mu kłykcie.
- Jest pan mordercą, doktorze? - zapytał z przekąsem, usiłując zapanować nad łamiącym się głosem.
- Jestem? - Hannibal obrócił się, przechylając z zachęcającym uśmiechem głowę. - Wiemy, że ty nim jesteś, mój drogi Willu.
Graham parsknął.
- Możemy pójść na policję, trzymając się za ręce i przyznać jednocześnie, co pan na to? - zakpił.
- Myślę… - powiedział powoli Hannibal, ważąc każde słowo. - …że byłoby niezmiernie trudno spisać zeznania kogoś martwego.
- W tym momencie jestem jedyną osobą z bronią, doktorze. - Will wzruszył ramionami, starając się nie okazać strachu. Kropla potu spłynęła mu wzdłuż kręgosłupa i zmarszczył brwi. - Chyba, że chce pan mnie obezwładnić jakąś magiczną mocą umysłu, w takim razie czekam.
- Dlaczego nie możemy zachować się jak dorośli, William? Czemu nie usiądziesz, nie zjesz i dopiero wtedy nie porozmawiamy?
- Chcę rozmawiać teraz. Może przynajmniej w tej sprawie dostanę możliwość wyboru, jako że najwyraźniej jestem tu więźniem - syknął ironicznie, wskazując ruchem głowy na kraty w oknie. - Dlaczego… - urwał, zamykając na chwilę oczy, nie mogąc znieść uprzejmie zainteresowanego spojrzenia Hannibala. Wciąż jesteś dla niego okazem badawczym. - Dlaczego ja?
Psychiatra zrobił krok do przodu w tym samym momencie, w którym Graham gwałtownie się cofnął, potykając.
- Ty mi powiedz, dlaczego.
- Był pan… ciekaw, co zrobię. Jak się zachowa ktoś taki, jak ja. Ktoś, kto myśli jak ja. Nakręcił mnie pan i patrzył, co zrobię.
- Oraz?
- Widzę cię - rzucił drżąco Will. - Chcesz mnie, bo cię widzę, bo potrafię zrozumieć i przyjąć twój punkt widzenia. Jesteś równie samotny, co ja, ale z wyboru. Ludzie nie są ciebie godni, nie… pozwalasz im się zbliżyć… tak naprawdę… ale… ale ja… zwróciłem twoją uwagę - dokończył szeptem, mimo bijącego szaleńczo serca. - Myślisz, że mógłbym stać się tobą.
- Czułbyś się dobrze zabijając mnie teraz, Will? - zapytał spokojnie Lecter, nie spuszczając z niego uważnych, miedzianych oczu.
Nie wahał się.
- Tak.


Ostatnio zmieniony przez ars_amandi dnia 26/6/2014, 07:33, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ars_amandi
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1063
Punkty : 0
Join date : 17/10/2013
Age : 23

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Stiles Stilinski
Wiek: 17
Rasa: Człowiek

PisanieTemat: Re: Brave little empath [7/15, przeniesione na AO3]   26/6/2014, 07:23

Cytat :
Minął już kolejny tydzień, więc, um... wstawiam kolejny rozdział, I guess?



Will miał piękne oczy.
Duże, kolorem przypominające niebo w pochmurny dzień, pełne wyrazu i kłębiących się emocji.
Prawdziwe okna duszy. Jednak jeszcze bardziej interesująca była ich zdolność zamiany zwykłej szyby na zwierciadło dusz innych ludzi - srebrne wahadło w jego wyjątkowym umyśle stawało i Will Graham przeistaczał się w dowolnie wybraną osobę. Mógł to być zabójca, mógł być przypadkowy przechodzień na ulicy, doświadczający niezwykle silnego smutku czy gniewu.
Przekleństwo czystej empatii, nienaturalnie dużej ilości neuronów lustrzanych. Dlatego Will najczęściej chował się za okularami, tworząc swego rodzaju barierę ochronną - nie zaś z powodu wyimaginowanej wady wzroku. Dlatego unikał patrzenia w oczy, zamiast tego spuszczając własne i odpowiadając częściej do klatki piersiowej czy szyi rozmówcy, niż do jego twarzy. A najczęściej do ściany za nim.

Will miał piękne oczy.
Hannibal chciał ułożyć się do snu, trzymając po jednym w każdej dłoni.


*-*


- Bardzo dobrze, Will. - Zrobił następny krok do przodu, póki drżący w zaciśniętych dłoniach detektywa pręt nie dotknął ostrzejszym końcem środka jego klatki piersiowej. - Jesteśmy podobni bardziej, niż się do tego przyznajesz. Powiedz, Will, widzisz sztukę w morderstwach? Finezję? Artyzm? Podoba ci się ich smak? Podobało ci się zabicie twojego porywacza? Odtwarzanie zbrodni za pomocą wyobraźni? Podobałoby się ci zabicie mnie.
- W obronie własnej - wycedził Graham, potrząsając głową w zaprzeczeniu. Wiedział, kim był. Wiedział. I nie był mordercą. Co nie znaczy, że nie jesteś materiałem na jednego, dodał cichy głos z urągliwym śmiechem, ale postanowił go zignorować. Miał w tym wprawę. - A co do reszty… Czy to nie jest przypadkiem przykład projekcji twoich własnych cech na mnie, doktorze?
- Znamy się już ponad rok. Hannibal, proszę - powiedział miękko Lecter, zupełnie jakby przemawiał do wystraszonego, osaczonego zwierzęcia. Nawet uniósł lekko ręce do góry, pokazując, że nie ma złych zamiarów. A czym innym dla niego jestem?, pomyślał gorzko Will. Zachowuje się tak samo, jak ja, gdy spotykam bezdomnego psa na poboczu.
- Dziękuję, ale nie skorzystam - syknął ironicznie. - Ojciec zabronił mi się spoufalać z kanibalami i seryjnymi zabójcami.
Ostatnie słowa praktycznie musiał przepchnąć na siłę przez zaciśnięte gardło.
- Will. Nie bądź dziecinny.
- W porządku. Mówię po imieniu jedynie do moich przyjaciół.
- W takim razie jestem zaskoczony, że w ogóle udało ci się z kimś przejść na "ty". - Przez oczy Willa przemknął cień bólu, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił. Hannibal jedynie skinął głową w jego stronę. - Biorąc pod uwagę twoją niechęć do kontaktów towarzyskich, oczywiście.
- Och. Oczywiście. - Will odwrócił wzrok. - Czy… czy my… Dlaczego tyle czasu…
- Tak?
- Dlaczego tyle czasu się mną bawiłeś?! - wybuchnął. - Biedny, niezrozumiany Will Graham! Wszyscy go wykorzystują! Czemu się więc nie przyłączyć? Hej, to wygląda jak świetna zabawa! Ale nie, zróbmy to sprytnie. Dajmy mu poczucie, że jesteśmy jedyną stabilną i bezpieczną rzeczą w jego małym, kruchym świecie. Pozwólmy, by nam zaufał, by nabrał wrażenia, że będziemy tą jedną, jedyną osobą, która go nie porzuci złamanego jeszcze bardziej niż wcześniej. I racja! Bo my go zniszczymy ostatecznie!
Nawet nie zdawał sobie sprawy, że gdzieś w trakcie pełnych gniewu i żalu krzyków po policzkach zaczęły mu spływać parzące łzy, dopóki nie poczuł na twarzy delikatnych palców Hannibala, ścierających je. Pręt spoczywał bezpiecznie w drugiej ręce psychiatry. Tego, jak został mu zabrany, też nie pamiętał.
- Masz gorączkę, Will - odezwał się łagodnie Lecter, odgarniając spocone loki, by móc dotknąć rozpalonego czoła. - Jestem zmuszony nalegać, byś się z powrotem położył.
- Nie zostawiaj mnie… - szepnął, od razu żałując tych słów, jak tylko opuściły jego usta. Zaczerwienił się, spuszczając głowę i opierając ją o pierś Hannibala, by nie musieć na niego patrzeć. By on nie musiał patrzeć na tę żałosną, nieszczęśliwą rzecz, pozbawioną jakiejkolwiek godności i wstydu, wciąż domagającą się uwagi, wciąż…
- To teraz najmniejsze z twoich zmartwień. - W głosie Lectera było słychać zadowolony uśmiech i Will zacisnął mocno powieki, chcąc powstrzymać ciągle napływające łzy. Myślenie przychodziło mu z trudnością, zupełnie jakby szedł po rozżarzonym piasku w upalny dzień. Brakowało mu powietrza i zaczął się trząść.
- Zabijesz mnie, prawda? - powiedział cicho. Znał jego sekret. Mało prawdopodobne, by Hannibal pozwolił mu żyć. - Mam tylko jedną prośbę - czy mógłbyś - proszę - moje psy… Mógłbyś im znaleźć dobre domy? Proszę.
- Część z nich przygarnęła Alana - poinformował go spokojnie Hannibal, przesuwając dłonią po ciemnych włosach w uspokajającym rytmie, niczym jak małemu dziecku. - Trzy są tymczasowo w schronisku, ale masz moje słowo, że się nimi zajmę.
Will zmarszczył brwi, zaskoczony.
- Zdążyłeś już wszystko przygotować?
Poczuł wzruszenie ramionami.
- Znaleziono twoje spalone ciało w trumnie w lesie. Odbył się pogrzeb. Sam przyznasz, że okazji takiej, jak ta nie można było nie wykorzystać.
- Pewnie tak - mruknął Will w materiał drogiego garnituru, którego wciąż nie chciał puścić, wiedząc, że wtedy rozwieje się to złudne poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Nie był jeszcze na to gotowy. - Jak dawno temu?
- Dwa tygodnie. - Pomimo gorączki Willa przeszedł zimny dreszcz. Dwa tygodnie. Spędził dwa tygodnie w śpiączce farmakologicznej. - Jest w takim razie coś innego, o co chciałbyś poprosić?
Zacisnął zęby.
- Coś mi podpowiada, że raczej byś nie przystał na pójście na policję i przyznanie się, prawda? Ani na wypuszczenie mnie?
- Co do pierwszego, faktycznie nie. Jeśli chodzi o drugie… Pomyśl sam, Will. Jack znajdzie sobie wkrótce nowego profilera, oczywiście mniej skutecznego, ale za to również mniej kłopotliwego. Zaś Alanie będzie lepiej bez ciebie. Tak, była twoją przyjaciółką i odczuwa teraz głęboki żal, ale prawdą również jest to, że ta śmierć uwolniła ją od ciężaru, jakim byłeś. Niestabilny adorator. Ile razy musiała odtrącić twoje romantyczne zapędy, wynikające z chęci znalezienia czegoś stałego, byś w końcu przestał? A inni… innym ulżyło, wiesz o tym. Bali się ciebie. Brzydzili.
Will bezwładnie osunął się na podłogę, wstrząsany gorzkim śmiechem mimo łez, wiedząc, że to prawda, i Hannibal uklęknął z gracją obok, wciąż go obejmując.
- M-moje psy…?
- Przyzwyczają się do nowych właścicieli.
- Och.
Przez chwilę siedzieli w ciszy, zanim Will w końcu zebrał się w sobie, odsuwając i uśmiechając martwo. Lecter spojrzał na niego z zainteresowaniem, gdy ten wskazał na pręt sztucznie nonszalanckim ruchem ręki i zamknął oczy, wciąż jednak z tym dziwnym, pustym uśmiechem na wargach.
- Po prostu… zrób to szybko.

Will Graham miał piękne wnętrze.
I chociaż Hannibal nie mógł się doczekać, by zrobić mu podłużne cięcie skalpelem na brzuchu, wsuwając w niego palce, dotykając żywych, pulsujących organów, to jednak był bardziej zainteresowany umysłem Willa. Wydobyciem na wierzch mrocznych, krwawych potrzeb, tak podobnych do jego własnych.
Dlatego właśnie wstał bezszelestnie, rzucając nieodgadnione spojrzenie klęczącemu i czekającemu na śmiertelny cios profilerowi, a potem podszedł do drzwi i je uchylił, wpuszczając do środka niespokojne zwierzę, które natychmiast rozszczekało się entuzjastycznie na widok swojego pana.
Will szarpnął się gwałtownie, otwierając szeroko zaszokowane oczy. Winston wykorzystał okazję, by go dopaść i polizać po twarzy mokrym językiem.
- H-Hannibal? - spytał prawie niedosłyszalnie, unosząc na niego niedowierzający wzrok i wciąż nie robiąc żadnego ruchu, by przywitać psa. Lecter uśmiechnął się i niedowierzanie błyskawicznie przeszło w lęk. - Chyba nie… nie chcesz zrobić mu… k-krzywdy? Nie chcesz mnie zmusić, ż-żebym na to pa-patrzył? Boże, nie, proszę. Nie to. - Trzeba przyznać, że niewiele rzeczy potrafiło zaskoczyć Hannibala, ale taki obrót spraw był jedną z nich. Will przyciągnął do siebie psa, obejmując go ciasno i nadal nie przestając się błagalnie wpatrywać w swojego psychiatrę. - To byłoby o-okrutne, nawet jak na ciebie.
Wcale nie.
- Oczekuję cię na dole za pół godziny - powiedział Hannibal spokojnie. - O ile nadal cenisz towarzystwo Winstona, oczywiście.
Will skinął niemo głową.


*-*


Gdy Will równe trzydzieści minut później zszedł po schodach, obejmując się ramieniem i drżąc z zimna przez przybierającą na sile gorączkę, nikogo nie było.
Och, nienienie, spóźnił się. Hannibal zabije Winstona przez jego błąd.
- Doktorze Lecter? - zawołał cicho, próbując nie pozwolić zalać się nadciągającej fali paniki. - H-Hannibal?
Winston zaskamlał tuż przy jego bosych nogach i Graham posłał mu naprężony uśmiech.
- Nie dostanie cię, piesku. Przysięgam. Ukarze mnie, nie ciebie.
Tak jakbyś miał na to jakiś wpływ. Otwarcie mu się sprzeciwiłeś, ignorując proste polecenie. Otworzy Winstona na twoich oczach, wyleje jelita na podłogę, zmusi cię, byś je zjadł…
- Proszę… - wyszeptał rozpaczliwie, ruszając do kolejnych pokoi. W żadnym go nie było. W panice zajrzał nawet do biura i kuchni, ale tam też powitała go jedynie pustka. Cholera.
Gdzieś z tyłu usłyszał ryk jelenia, brzmiący podejrzanie podobnie do szyderczego śmiechu i skulił się przy ścianie, zatykając uszy. Golden retriever zaszczekał z niepokojem i Will jęknął, przyciskając dłonie mocniej do głowy. Hałas ją rozsadzał. Nie mógł się skupić, jak miał znaleźć Lectera, skoro nie mógł się skupić?! Nienienie, skrzywdzi przez niego Winstona, nie może zranić Winstona, nie, cholera, nie, czuje dotykające go poroże, przesuwające się w górę i w dół po klatce piersiowej, zaraz zostanie przebity, nadciąga przypływ, topi się, woda zalała mu już nogi…
- Nie! - Will rzucił się przed siebie na oślep, dopadając do drzwi wyjściowych, otwierając je i wybiegając na zewnątrz. Rażące słońce na ułamek sekundy zbiło go z tropu, tak samo, jak to, czemu drzwi nie były zamknięte na klucz, ale wszystkie myśli zaraz roztopiły się na rozpalonym asfalcie, jakim stał się jego umysł. Została tylko jedna. Gdzieś za nim biegł pies.
Znaleźć pomoc. Znaleźć pomoc. Znaleźć pomoc…
Pierwsze dwa domy w sąsiedztwie okazały się ślepą uliczką. Nikt do niego nie wyszedł, nie odpowiedział na histeryczne pukanie. Gdyby był bardziej przytomny, pewnie nawet nie byłby tym zbytnio zaskoczony, zważywszy na widok, jaki przedstawiał: spocony mężczyzna w bokserkach i koszuli, z dzikimi, nawiedzonymi oczami, miotający się jak oszalałe zwierzę i potencjalnie niebezpieczny.
W trzecim domu dobiegły go sprzeczające się głosy, ale w końcu i one ucichły. Drzwi pozostały zamknięte.
Łzy zaczęły mu się zbierać pod powiekami. Był tak blisko wolności - musiał tylko zdążyć przed powrotem Hannibala… Nie mógł iść na piechotę z Baltimore do Wolf Trap, nie dałby rady. Ktoś… ktokolwiek…
Niech mi ktoś pomoże, błagam.
Odwrócił się, oddychając urywanie i właśnie wtedy zobaczył po drugiej stronie ulicy sklep. Otwarty.

Zatoczył się w tamtą stronę, potykając zarówno o siebie, jak i o Winstona, próbując zmazać z twarzy maniacki wyraz radości, by przynajmniej z zachowania wydać się normalnym.
Wśliznął się nieśmiało do środka, od razu spostrzegając za ladą dwudziestokilkuletnią blondynkę, która na jego widok przestała piłować paznokcie i otworzyła szerzej oczy.
Och. Faktycznie nigdy nie był mistrzem pierwszego wrażenia.
Ani drugiego, jeśli już o tym mowa.
Dopadł do lady, spoglądając na nią z czystą desperacją.
- Musisz mi pomóc. Zosta-zostałem porwany. Proszę, po-pomóż mi.
Zmierzyła go wzrokiem, wyprostowała się i sięgnęła po telefon. Will prawie osunął się na ziemię z napływu ulgi i wdzięczności.
- Dziękuję - wyszeptał cicho. Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Gdyby to przydarzyło się mi i zdołałabym się wydostać, też chciałabym, żeby ktoś mi pomógł, nie? - odparła, wzruszając ramionami. Widać było, że nie czuje się komfortowo w jego towarzystwie, ale jednocześnie miała w sobie wystarczająco dużo współczucia, by to zrównoważyć. - Zadzwonię na policję, dobrze?
- Nie! - Will szarpnął głowę do góry, wbijając w nią przerażone spojrzenie. - On się dowie. Zadzwoń prosto do Jacka Crawforda. Podam ci numer.
- Jacka Crawforda… - Dziewczyna powtórzyła powoli, podczas gdy przez jej twarz przemknęło coś na kształt rozpoznania. Jakby sobie coś właśnie uświadomiła. Cofnęła się o krok i Will zmarszczył brwi, zdezorientowany. - Jak się nazywasz?
- Will Graham, ale… - urwał, pocierając dłonią oczy i śmiejąc się gorzko. - …ale chyba nie żyję, więc…
Nawet nie zauważył, że ona już zadzwoniła. Gdy uniósł wzrok, było już za późno.
- Przecież nie znasz numeru, jak…
- Doktorze Lecter. Tak, pański pacjent jest tutaj. Uciekł pod pańską nieobecność, tak, jak pan ostrzegał, czy mam…
Przyjdzie po ciebie. Przyjdzie po ciebie i Winstona. Zostaniesz ukarany, niegrzeczny Willy.
Na ramieniu poczuł gorący oddech jelenia.
Zanim zdążyła dokończyć, Will obnażył zęby i dopadł do przerażonej dziewczyny, z całej siły uderzając jej głową o ladę. Słuchawka upadła z głuchym stukiem o podłogę, tak jak ciało moment później. Kropla krwi spłynęła z blatu, rozpryskując się na ziemi i Will raptownie oprzytomniał, gwałtownie cofając w panice do tyłu, nie mogąc oderwać spojrzenia od nieruchomego kształtu.
- Nie… Ja… nie… O Boże.
Jeden z rogów jelenia przebił mu zaciskające się konwulsyjnie gardło i nagle cały świat spowiła ciemność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ars_amandi
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1063
Punkty : 0
Join date : 17/10/2013
Age : 23

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Stiles Stilinski
Wiek: 17
Rasa: Człowiek

PisanieTemat: Re: Brave little empath [7/15, przeniesione na AO3]   2/7/2014, 18:58

Cytat :
Bon appétit, Will, mon chéri...
Spoiler:
 
Edit.: Tutaj jest całość opowiadania, bo raczej nie będę tu wrzucać reszty: http://archiveofourown.org/works/1812724?view_full_work=true



Jeleń stoi na samym środku polany, obmyty światłem księżyca, uderzając przednim kopytem o ziemię niecierpliwie. Przed nim leżą zwłoki dziewczyny z jasnymi włosami i Will marszczy brwi, spoglądając na nie przez chwilę, a potem znów podnosząc wzrok na majestatyczne, piękne zwierzę.
Krew na jego rozłożystych rogach lśni na czarno.
Jeleń rusza w stronę profilera, pochylając głowę, ale zamiast zaatakować, parska delikatnie, trącając go miękkimi, również zakrwawionymi chrapami.
Will uśmiecha się i wplątuje palce w futro bestii w pieszczocie.



*-*


Hannibal wszedł równym krokiem do pozbawionej okien piwnicy, trzymając w ramionach bezwładne ciało swojego więźnia, i skierował się do metalowego stołu na środku pomieszczenia, ostrożnie go na nim układając.
Wyprostował się, przez chwilę patrząc w milczeniu na nieprzytomny kształt. Wiedział, że właśnie tego powinien oczekiwać, gdy wyszedł, zostawiając za sobą zarówno otwarte drzwi, jak i Willa z gorączką i pod presją wykonania polecenia.
Wiedział, ale mimo to był rozczarowany. Jego mały projekt. Wyciągnął rękę, czule przeczesując palcami ciemne kosmyki, pocierając kciukiem kości policzkowe i szorstki zarost, obserwując niespokojne, gwałtowne ruchy gałek ocznych pod powiekami - jego mały projekt nie zdał testu…
Pochylił się, przykładając usta do ucha nieposłusznego pacjenta i owiewając je ciepłym oddechem.
- Ucieczka była niegrzeczna, Will - szepnął delikatnie. - Każdy czyn zaś pociąga za sobą konsekwencje. Co więc z tym zrobimy, hm?

De rognons à l'ananas.
Doskonały wybór.

Odsunął się, sięgając po rękawiczki ze stolika z narzędziami obok. Założył je, uśmiechając się lekko i rozpiął koszulę Willa, rozsuwając ją na boki, by odsłonić płaski, drżący brzuch.
Starannie ogolił go maszynką jednorazową. Środki uspokajające, których użył w sklepie, powinny działać jeszcze przez kilka godzin. Był pewien, że się nie obudzi.
…co nie znaczyło, że - wprowadzony w stan podobny do śpiączki - nie czuł bólu. A przynajmniej jego echa.
- Wybacz, Will, ale to twoja decyzja mnie do tego zmusiła - oznajmił, jednocześnie robiąc podłużne cięcie skalpelem pomiędzy łukiem żebrowym a grzebieniem talerza kości biodrowej, następnie zaś otwierając powięź Gerota i odpreparowując moczowód. Graham jęknął cicho, odrzucając głowę na bok i Lecter zerknął na niego ze średnim zainteresowaniem, upewniając się, że wciąż nie odzyskał przytomności. Spływająca swobodnie ze stołu krew tworzyła na podłodze coraz większą kałużę, zbliżając się już do czubków butów byłego chirurga. Do Hannibala znowu dobiegł miękki, bolesny dźwięk i odwrócił się, kładąc dłoń na spierzchniętych ustach nienaturalnie bladego Willa.
- Shh, wiesz, że nigdy bym cię nie skrzywdził... - zawiesił głos jedynie po to, by uśmiechnąć się okrutnie. - Nie bardziej, niż na to zasłużyłeś, oczywiście.
Od pierwszego spotkania w biurze Jacka Crawforda zastanawiał się, jak smakowałoby to niespotykane, zadziwiające stworzenie, jakim był Will Graham. Czy słodycz soczystego mięsa mieszałaby się z odrobiną cierpkiej goryczy? Przez jego umysł błyskawicznie przemknął obraz Willa rozciągniętego na stole w jadalni - szamoczącego się w więzach, zakneblowanego i z elegancką, skórzaną obrożą wokół gardła - zostawionego wyłącznie na łasce Lectera.
Problem w tym, że Hannibal nie uważał się za szczególnie łaskawą osobę.
Rozciągnął ponownie wargi w chłodnym uśmiechu, skupiając z powrotem na pracy i założył klemy na tętnicę oraz żyłę nerkową, sprawnie je przecinając. Na resztę jeszcze nadejdzie czas. Will musi sam przyjść do ręki, która go karmi. Sięgnął po nerkę, wyjmując ją ostrożnie i podnosząc do uważnych, rdzawobrązowych oczu.
W zakrwawionej dłoni trzymał część Willa. Należała do niego tak samo, jak reszta jego małego empaty.
Przebiegł w myślach listę win pasujących do cynaderek. Czekała ich dzisiaj wyjątkowa kolacja.


*-*
~trzy godziny później~


Will wspinał się powoli po schodach, opierając o ścianę jedną ręką, a drugą kurczowo przyciskając do pulsującego bólem boku. Otoczenie nadal się rozmazywało, wirując mu przed oczami, ale nie zamierzał siedzieć na dole wśród własnej krwi niczym cholerne jagnię przeznaczone na rzeź. Domyślił się, co zrobił mu Hannibal, ale, szczerze mówiąc, był po prostu wdzięczny, że gniew Lectera skupił się na nim, a nie na Winstonie. Poza tym… poza tym… to była słuszna kara. Nie, nie za ucieczkę, bo w tym przypadku Will żałował jedynie, że się nie udała, ale…
Morderca.
W tym samym momencie pośliznął się na stopniu i upadł z gardłowym jękiem, bezskutecznie próbując osłonić ranę. Zagryzł wargi, spoglądając na coraz szybciej powiększającą się plamę krwi na nowej, szarej koszulce.
Zerwał szwy.
Głowa dziewczyny uderzyła o ladę z mdlącym dźwiękiem pękającej czaszki.
Na to też zasłużył.
Zacisnął z całej siły powieki, kuląc się na schodach i próbując odpędzić niechciane, parzące łzy. Nie chciał jej zabijać. Nie myślał trzeźwo, nie myślał… nie myślał w ogóle, działał pod wpływem impulsu, instynktu, nie był winien, nie mógł być!
Usprawiedliwiasz się instynktownym działaniem, Willy? A wziąłeś pod uwagę, że to instynkt mordercy? Wziąłeś?!
- Jest… nie wiem, która… Jestem w Baltimore, Maryland i nazywam się Will Graham - wykrztusił, przyciskając dłonie do uszu i usiłując zagłuszyć drwiący śmiech z tyłu umysłu. Krew przesączyła się już przez ubranie i teraz skapywała na drewno. Przed oczami tańczyły mu czarne płatki.
Kręci się zabijanie, ty mały świrze?!
- JESTEM W BALTIMORE --
- Will.
Graham obrócił się gwałtownie na dźwięk głosu Lectera. Hannibal stał u szczytu schodów, wycierając dłonie w ręcznik, z przewiązanym w pasie fartuchem kucharskim, zabezpieczającym drogi, grafitowy garnitur. Tym razem nie miał marynarki, jedynie samą kamizelkę na turkusowej koszuli.
- Zerwałeś szwy - stwierdził spokojnie fakt.
- Wiem.
- Mam nadzieję, że to nie było celowe.
Will jedynie pokręcił przecząco głową i Hannibal skinął, zadowolony.
- Dobrze. Musimy założyć nowe. - Obrócił się, robiąc dwa wymierzone kroki do przodu i spojrzał przez ramię na wciąż nieruchomego profilera, skulonego przy ścianie ze wzrokiem utkwionym w krwi na własnych rękach. - Jesteś w stanie sam iść?
Ograniczył się do ponownego potrząśnięcia głową.
Hannibal westchnął i zszedł szybko, pochylając się, by złapać go pod ramiona, ale Will szarpnął się, przywierając do ściany.
- Nie rób sobie kłopotu - wycedził, nie podnosząc pociemniałych oczu. - Już zapomniałeś, że to przez ciebie jestem w tym stanie?
- Nie przeze mnie, Will. To nie ja nie wykonałem prostego polecenia…
- Nie było cię! - wybuchnął Will, gwałtownie podrywając głowę i wbijając w Hannibala rozgorączkowany wzrok. - Zrobiłem, jak kazałeś, ale cię nie było!
- To nie znaczyło, że masz pozwolenie, by uciec - powiedział cicho Hannibal, odpowiadając spokojnym spojrzeniem rdzawych oczu. Willowi przypominały barwą zaschniętą krew. - Wiedziałeś, czym ryzykujesz w momencie złapania.
Graham zacisnął szczękę, odwracając wzrok.
- Było warto.
- Było, Will?
Hannibal w ułamku sekundy wbił palce w ranę na boku - Will zadławił się powietrzem, blednąc z bólu i rozszerzając w panice oczy.
Zgiął je i tym razem profiler nie potrafił powstrzymać krzyku.
- Wierzę, że ignorowanie zadanych pytań jest niegrzeczne.
W błękitnych oczach pojawiły się pierwsze łzy przeszywającego bólu. Na równi z poczuciem zdrady i nienawiścią.
- …n-nie… - wykrztusił drżącym głosem, nie mogąc prawidłowo zaczerpnąć powietrza.
- Co "nie", William?
- N-nie by-było… w-warto…
- Dobrze. - Palący nacisk zniknął tak samo szybko, jak się pojawił i teraz Hannibal wycierał zakrwawioną rękę w jasny ręcznik. Will opadł bezwładnie na stopień, zupełnie jakby ktoś przeciął mu sznurki. Przełknął nerwowo ślinę, spoglądając gdzieś w okolice butów obserwującego go z zainteresowaniem psychiatry.
- Czy…
- Tak?
- Czy Winston… N-nie przyszedł tu z tobą… Myślałem, że jest z - z tobą. - Will odważył się zaryzykować szybki kontakt wzrokowy przed kolejnym spuszczeniem oczu. - Ukarałeś mnie - dodał szeptem, przygryzając wargę, by powstrzymać dreszcze. Był pewien, że Winston był na górze z Hannibalem. Był pewien! Ale jeśli… co jeśli Hannibal uznał, że nerka nie była… wystarczająca? Posunął się przed chwilą do przemocy - naprawdę nie był zadowolony z postępku Willa, więc… mógł również… Nie, błagam, nie.
- Wypuściłem go na zewnątrz przed kolacją - odparł Lecter z lekkim uśmiechem, jednocześnie wyciągając do Willa rękę, którą ten z wahaniem ujął. - Teraz chodź, proszę, naprawdę musimy założyć te szwy.
Uśmiech, który Will posłał mu w odpowiedzi, był równie prawdziwy, co ten namalowany na białej twarzyczce porcelanowej lalki.


*-*


Hannibal ostrożnie ujął oba talerze, z przyjemnością wdychając unoszący się w powietrzu zapach tymianku przemieszany z świeżością ananasa, i z gracją ominął jedzącego własną kolację Winstona, przechodząc z kuchni do salonu.
Will siedział na krześle z opuszczonymi ramionami, wpatrzony gdzieś przed siebie pustym wzrokiem. Na jego szyi widniał jaskrawoczerwony ślad po kablu, pamiątka po tym, jak spróbował dopaść do telefonu i zadzwonić na policję, podczas gdy Hannibal poszedł do łazienki, by wyjąć z apteczki igłę i nici chirurgiczne.
Lecter uśmiechnął się, zauważając, jak bardzo przypominał on obrożę. Widoczny dla wszystkich znak, do kogo należał Will Graham.
Nachylił się, kładąc przed nim talerz tak, by jednocześnie dotknąć ramienia. Will momentalnie wyprostował się jak rażony prądem, tym samym  poszerzając rozbawiony uśmiech Hannibala.
Odsunął się, zapalając dwie długie świece.
- Mam nadzieję, że wybaczysz mi brak odpowiednich sztućców, Will - powiedział lekko, nie patrząc na niego. - Nie jestem pewien, czy mogę ufać ci na tyle, byś dostał nóż.
- Widelcem również mógłbym sobie poradzić - odparł prawie niesłyszalnie Graham, zaciskając palce na wspomnianej rzeczy. Hannibal przeszedł naokół, odkorkowując wino i nalewając im obu po kieliszku. Nie odezwał się, póki z zamkniętymi oczami nie spróbował bukietu.
- W takim wypadku byłbym zmuszony kazać ci posługiwać się palcami przy jedzeniu.
- Gołymi rękami również da się kogoś zaatakować.
- Planujesz atak na mnie? - Hannibal wydawał się szczerze rozbawiony i Will niczego nie pragnął w życiu bardziej, niż zetrzeć mu z twarzy ten uśmieszek. - Jeśli zwiążę ci ręce, zostaną dwie opcje. Albo będę musiał cię własnoręcznie karmić, albo będziesz jadł na podłodze w kuchni razem z Winstonem. Co wybierasz?
Will przechylił głowę, przyglądając się apatycznie widelcowi.
- To świetny widelec.
Hannibal roześmiał się lekko, wręczając mu kieliszek i Graham podziękował skinieniem głowy. Lekarz zasiadł na swoim miejscu i odkroił mały kęs cynaderki, wkładając go do ust.
- Co jemy? - Will odezwał się wypranym z emocji głosem, wpatrując martwo we własną porcję. - A może powinienem raczej zapytać… kogo?
Lecter ledwo dostrzegalnie ściągnął z dezaprobatą brwi.
- Nie bądź niegrzeczny, Will.
Profiler wzruszył ramionami, bawiąc się widelcem.
- Przepraszam. Kogo więc jemy? Tę dziewczynę ze sklepu?
- Nie. - Hannibal powstrzymał chcący wypełznąć na wargi uśmiech. - Jesteś chory. Pomyślałem, że dopóki nie wyzdrowiejesz, ograniczymy się tym razem do czysto zwierzęcych posiłków. To królik - dodał, udając, że nie zauważa zaskoczonego wzroku Grahama. - Spróbuj.
Will spojrzał na talerz, a potem znowu na Hannibala i uśmiechnął nieśmiało, niezdarnie posługując się widelcem, by odkroić kawałek.
- Dziękuję - wyszeptał, czerwieniejąc. - Naprawdę.
- Może w tym momencie w to nie wierzysz, Will, ale zależy mi na tobie - powiedział gładko Hannibal, upijając łyk wina. Lśniło w świetle świec niczym krew. - Przy okazji, chciałem cię też o czymś powiadomić.
- Tak? - Will uniósł brwi, zaciekawiony. Gdyby tylko mógł na chwilę zamknąć oczy i wmówić sobie, że to jedna z ich zwykłych kolacji, że wciąż są przyjaciółmi i że nie jest tu przetrzymywany wbrew woli…
- Od jutra zaczynam z powrotem przyjmować pacjentów. Byłbym niezmiernie wdzięczny, gdybyś tym razem nie sprawiał żadnych kłopotów… - zawiesił głos, pozwalając, by do Willa dotarło niewypowiedziane ostrzeżenie. - Oczywiście, dostaniesz książki do swojego pokoju na górze dla zabicia czasu.
- A… a Winston? Czy mógłbym… Czy on mógłby ze - ze mną zostać?
- Jeśli postara się nigdzie nie nabrudzić - odpowiedział Hannibal, obserwując rozjaśnione wdzięcznością oczy Willa, gdy ten wsunął do ust kawałek samego siebie i przymknął je, oszołomiony słodko-gorzkim smakiem własnej nerki, dosłownie rozpływającej się na języku.
- Smakuje ci?
- …tak. Tak, bardzo. - Sięgnął po kolejny kęs, zawstydzony tym, jak był wygłodniały. - Naprawdę dziękuję za tego królika. Nie dałbym rady, gdyby… nie potrafiłbym.
- Wiem. A teraz jedz.

Will Graham smakował jeszcze lepiej, niż Hannibal Lecter to sobie wyobrażał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Brave little empath [7/15, przeniesione na AO3]   Today at 21:22

Powrót do góry Go down
 
Brave little empath [7/15, przeniesione na AO3]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Twórczość :: Opowiadania-
Skocz do: