IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Sacrum&Profanum

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Black Rebel
Zaatakowany
Zaatakowany
avatar

Liczba postów : 245
Punkty : 1
Join date : 12/02/2014
Age : 22
Skąd : Fandom

PisanieTemat: Sacrum&Profanum   17/2/2014, 01:51

Black Rebel napisał:
No hej Very Happy. Wiem, że takich decyzji nie powinno podejmować się w środku nocy,i że zazwyczaj powinno je poprzedzać kilka ciężkich chwil spędzonych na zapisywaniu plusów i minusów takiego pomysłu, ale... Jakoś tak wyszło, a co dokładnie to jeszcze nie wiem. Nie mam jakiś wysokich kwalifikacji i moją mantrą jest "im więcej zgubionych i źle postawionych przecinków tym lepiej" Very Happy, ale mam nadzieję, że was to nie zabije i mi wybaczycie.
Akcja dzieje się kilka tygodni po 3x18, Stiles wraca do domu po diagnozie i całej sytuacji z demonem, która się już skończyła(?). Jednak kiedy wiadomo co jest iluzją a co rzeczywistością?

- Stiles?

- Derek?

- Co robisz w szafie?

- Co robisz w moim pokoju? – Odpowiedział pytaniem na pytanie. Nie pierwszy raz budził się w dziwnych miejscach, mogąc przysiąść, że kładł się spać do łóżka. Swego własnego, cieplutkiego łóżka, które właśnie w tym momencie postanowiło zacząć wabić go swoim wyglądem. Rozbebeszona pościel, w połowie leżąca na ziemi, skopane prześcieradła i miękka poduszka, wołały go z drugiego końca pokoju. Niebo na Ziemi.

Co robił w szafie? Lunatykował, nic nowego. Co robił Derek w jego pokoju? Tego chciał się dowiedzieć.

Wygramolił się z szafy z gracją ledwo narodzonego źrebięcia i zamknął za sobą drzwi. Wyminął wciąż wpatrującego się w niego Dereka i zaczął zbierać kartki zajmujące jego cel – łóżko.  Czy tych wszystkich papierów aby wcześniej tu nie było? Zmarszczył czoło i przyjrzał się zapisanym stronicom.

Zabić. My, my, my, my. Oni, oni, oni.  Alfa, alfa, alfa.

Wzdrygnął się, ale szybko pochwycił resztę, tak by sięgający po nie Derek go nie ubiegł. Niestety, nie udało mu się.

- Stiles – głos alfy wibrował nisko i niebezpiecznie.

I oto proszę Państwa nastąpił ten moment! Jego głos zasługiwał na Oscara. Naprawdę, na wielkiego, ogromnego Oscara, który głosiłby wszem i wobec, że to właśnie Derek Hale jest właścicielem głosu, który umie przyprawić cię o ciarki na całym ciele. Nie tylko ze strachu, ale i czystej przyjemności…

- To nic. – Podrapał się niezręcznie po głowie. Dlaczego on tu jest ofiarą? Dlaczego zawsze on coś robi źle? – Ale „niczym” nie nazwałbym twojej obecności. W moim pokoju – dodał dobitniej, próbując subtelnie przekazać Derekowi, że go tu nie chce i przy okazji, odwrócić uwagę od zapisanych kartek.

Właściwie nie chciał nikogo. Czy to było takie trudne do zrozumienia? Od czasu badań w szpitalu preferował długie samotne godziny z pizzą w dłoni i jego ulubionym Star Trekiem, oglądanym w kółko na Netflix. Wolał po szkole od razu wracać do domu, a w szkole przerwy przesiadywać w bibliotece, albo, co było strasznie upokarzające, w toalecie, na której drzwiach wielkimi, czarnymi literami napisane było Scott + Allison i obok narysowane, koślawe serce. Niżej upaść już nie mógł.

A jednak…

Oto stał przed nim dupek nad dupkami, który sadystyczną radość czerpał ze znęcania się nad jego delikatną istotą – Stilesem.  W swej glorii i całej okazałości, na środku jego pokoju z trudem utrzymywał maskę spokoju na swej, pokrytej trzydniowym zarostem twarzy.
Nie chcieli dać mu spokoju. Nie chcieli.

- Zastanawiałem się, dlaczego wszedłeś do szafy w środku nocy – powiedział Derek, jakby było całkowicie normalnym włamywać się do czyjejś sypialni. Przez okno, które Stiles był pewien, że zamykał przed snem. Na pewno…

- Wszedłeś oknem? – Popatrzył na niego, gdy ten kiwał głową. – Przez zamknięte okno? – Chciał się upewnić.

- Otwarte – poprawił go Derek.

- Było zamknięte.

- Nie. – Alfa zmarszczył nos wyczuwając w powietrzu smak paniki. –Stiles? – Podszedł do niego powoli.

Nie, nie, nie.

Strach postawił wszystkie włoski na jego karku. To nie mogło znowu się dziać. Groźby jakie wysnuło jego drugie „ja” się nie sprawiły. Nikt z jego rodziny, czy przyjaciół nie umarł. Wszyscy byli cali i zdrowi, więc co teraz się zmieniło?

Stiles popatrzył na łóżko, później na otwarte okno, a na samym końcu, powoli, bardzo powoli spojrzał na szafę, której drzwi stały otworem, a z lustra wiszącego na jednym skrzydle uśmiechało się do niego upiornie jego odbicie. Puściło mu oczko i patrząc na Dereka, zachichotało jak zakochana idiotka.

- Wynoś się – jego głos drżał, ale był mocny i pewny. – W tej chwili. Wynoś się z mojego pokoju i nie wracaj. Nie chcę cię widzieć, nie chcę widzieć żadnego z was.  - Uniósł głowę i posłał wyzywające spojrzenie Derekowi.  

Jego wilk zawył na wyzwanie rzucone mu przez człowieka. Mierną istotę, którą mógłby zmiażdżyć jednym ruchem. Wystarczyło mocniej przycisnąć ramię do jego gardła, przytrzymać kilka sekund dłużej. Ukazać swoją wyższość, swoją pozycję w tym stadzie…

- Derek – Stiles wycharczał, próbując wyswobodzić się spod przyciskającego go do ściany ciała. Powietrze, nie mógł zaczerpnąć powietrza. Wyrzucił dłonie na oślep, próbując odepchnąć od siebie wściekłego wilkołaka.

Jego czerwone oczy zaszły mgłą , zbyt pochłonięty instynktem, by pojąć co robi. Chciał zmiażdżyć kręgosłup temu szczenięciu.  Bo tak się robiło w stadzie, neutralizowało się niebezpieczeństwo i zawady. A kulące się pod jego ciałem wilczę, było i jednym i drugim.

To było takie łatwe. Poddać się teraz i dać się Derekowi udusić, zabić. Oszczędził by sobie jedynie roboty, a i alfa pewnie byłby zadowolony. Przestał się szamotać i opuścił ręce wzdłuż ciała. Przed oczami zaczęły pojawiać się mu mroczki, więc lekko się uśmiechnął.

Koniec, koniec, koniec.

Jego wnętrze tańczyło z radości, a jego uśmiech się poszerzył.

Stiles nie należy do stada. Na brzeg świadomości wilkołaka wypłynął cichy głos.

- Nie należysz do stada – warknął i odepchnął się od ściany, do której przyciskał szczerzącego się dzieciaka. Derek popatrzył na niego ze zdziwieniem.

- Dobrze – Stiles otrzepał koszulkę i spojrzał na niego. – Nie żebym protestował, czy coś. Jakbyś nie zauważył sam złożyłem wymówienie,  jakieś… - Podrapał się po brodzie w zamyśleniu.  – Kilka tygodni temu, tak mi się wydaje. – Pręgi na jego szyi zaczerwieniły się i napuchły. -  I nie chodzę za wami, nie snuję się po kontach udając, że mnie nie ma. Nie narzucam się wam i tego samego oczekuję od was! – Czy on naprawdę właśnie wciskał swój wskazujący palec w pierś wściekłego alfy? Całkowicie oszalał, a instynkt najwyraźniej postanowił uciec zawczasu – sam, wyrzucając ręce w geście poddania.

Cofnął się i znów spojrzał na szafę. Było w niej coś, co przyciągało go, ale z całej siły próbował tego nie okazywać przy wściekłym Dereku, który stał cały spięty najwyraźniej powstrzymując się od wybuchu.

- Nie potrzebuję ochroniarzy, kryjących się po krzakach pod moim oknem. – Stiles ruszył w stronę zamkniętej szafy i otworzył ją szarpnięciem.

Zamknął oczy. Może… Może mógłby, nie, on musi
Jego dłonie znalazły w stercie ubrań dwa piękne sztylety z rzeźbionymi rękojeściami. Były ciężkie i idealnie wyważone, jakby stworzone dla niego. Uśmiechnął się z czułością.

Wyobraził sobie, że zatapia je w miękkim ciele, przekręca i mocno szarpie, a trucizna ukryta w ostrzach zaczyna rozprzestrzeniać się po organizmie alfy.

Och, jakie te oczy były piękne, gdy błyszczały nie tylko czerwienią, ale bólem i przerażeniem. Stiles smakował to wyobrażenie, pławił się w nim i śmiał radośnie.

A później otworzył oczy i spojrzał w bladą twarz Dereka.

Dereka, który stał przed nim, pokryty krwią i nienaturalnie blady.
Bezradnie patrzył jak upadł przed nim na kolana i próbował zatamować krwawiące rany drżącymi dłońmi. Jego krew była ciemna i gęsta. Derek próbował oderwać ręce od ciała, ale lepka maź nie chciała puścić. Przerażony spojrzał na Stilesa, który oparł się plecami o półki i płytko oddychał.

- Derek, Derek, Derek… - mamrotał niewyraźnie.

Co on zrobił? Dlaczego dźgnął wilkołaka? Powoli odwrócił głowę i spojrzał w lustro. On wciąż tam był. Wpatrywał się w niego z satysfakcją wymalowaną na twarzy.

- Koci koci łapci –zamruczał demon. -  Zabawmy się życiem naszej zabawki.

Derek opadł na podłogę, a kałuża krwi wokół niego rozlała się powoli ciemnym, kleistym szkarłatem.  Zatruta posoka wsiąkała w dywan i między panele tworząc dziwny wzór, który zbliżał się do gołych stóp Stilesa.

-Deus deus…

- Wynoś się! – Zakrył uszy, próbując odciąć się od słów, wyśpiewywanych wciąż i wciąż przez jego drugie „ja”.  – Odejdź! Zostaw mnie w spokoju, nienawidzę cię. Nienawidzę siebie za to kim przez ciebie jestem. Wyjdź z mojej głowy.

- Deus…

- WYNOŚ SIĘ Z MOJEJ GŁOWY! – Stiles złapał się za włosy i szarpnął nimi mocno, próbując odwrócić swoją uwagę od głosu, który rozbrzmiewał w jego głowie.

- Stiles! – Poczuł jak ktoś stara się oderwać jego zaciśnięte dłonie od włosów. – Stiles przestań. – Nie mógł pozwolić wygrać demonowi, nie mógł dać mu tej satysfakcji. Zamachnął się próbując uderzyć i poczuł jak jego pięść ląduje na czymś twardym. Chwilę później doszedł go zdławiony dźwięk. – Cholera. - Jak przez mgłę przebijały się do niego głosy z zewnątrz. – Otwórz oczy, popatrz na mnie. – Znalazł się w mocnym, bezpiecznym uścisku.

Stiles zacisnął powieki i poczuł jak po jego policzkach spływają łzy.  Otaczające go ramiona były silne i ciepłe, jednak chłód paraliżującego go przerażenia wciąż mroził jego ciało. Odetchnął głęboko i podniósł głowę. Napotkał zatroskany wzrok Dereka, który obejmował go ciasno.

- Derek – sapnął i w panice zaczął sprawdzać jego tors i klatkę piersiową w poszukiwaniu ran i krwi.

Położył dłonie na zarośniętych policzkach i z ulgą spojrzał w zielone oczy. Był cały, nic mu się nie stało. To były tylko chore halucynacje. Oparł głowę o czoło alfy i głęboko westchnął.

Chore halucynacje.


Ostatnio zmieniony przez Black Rebel dnia 25/3/2014, 20:26, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://be-my-panda.tumblr.com/
Black Rebel
Zaatakowany
Zaatakowany
avatar

Liczba postów : 245
Punkty : 1
Join date : 12/02/2014
Age : 22
Skąd : Fandom

PisanieTemat: Re: Sacrum&Profanum   21/2/2014, 21:58

Stiles podskoczył i próbował zakryć dłonią gardłowy chichot, który wyrwał się z jego ust. Złamał nos alfie… Złamał nos alfie, którego twarz była teraz pokryta  zaschniętą krwią. Fakt, że nos zrósł się od razu nie zmniejszył paniki, która ogarnęła chłopaka. Zachichotał jeszcze raz, brzmiąc jak cholerny pomylony…

- Stiles – zaczął Derek, niebezpiecznie nisko wibrującym głosem.

- Cholera – mruknął i rozejrzał się wokół, szukając drogi ucieczki. Nie chciał wysłuchiwać tyrady Dereka, którą zapewne zaraz go uraczy. Miał dosyć moralizatorskich gadek, którymi w ostatnich czasach obdarzał go ojciec, który próbował namówić syna by „przestał się wygłupiać”.

Trzy tygodnie wcześniej zdiagnozowano u niego chorobę Picka, co było dosłownie karą śmierci. Ostrze kata zawisło nad jego głową i skutecznie pozbawiło go, jakiejkolwiek radości czy chęci istnienia. Leki, które ładował w siebie non stop otumaniały go, wprawiały w stan na pograniczu melancholii i bawiły się jego zmysłami, neutralizując je, a nawet i czasami ich pozbawiając.

Ta nagła zmiana wyprowadziła go z równowagi. Spokój jaki do tej pory odczuwał zastąpiło poczucie przegranej.

W szkole nie chciał udawać. Leki stępiały jego instynkty, spowalniały myśli i ruchy, a on sam zmagał się z uczuciem dogłębnej paniki, ściskającej jego wnętrze niczym imadło. Nie miał siły grać szczęśliwego, nie chciał widzieć współczucia i litości w oczach przyjaciół. On, ten który zawsze był punktem, do którego wszyscy zwracali się w momencie ich słabości i kłopotów, nagle stał się ofiarą. Był ofiarą, która poległa w walce nie tylko ze swoim umysłem, ale też i ciałem, które obróciło się przeciwko niemu.

To było takie proste, a jednocześnie genialne w swej prostocie. Odchodząc z paczki zmniejszył siłę rażenia, która nastąpiłaby po wybuchy, jakim byłaby jego śmierć. Nie chciał ich ranić, a czuł się jak mina, która odrywa nogi, gdy na nią wejdziesz.

Sytuacja w domu wyglądała inaczej. Dbał o swojego staruszka, ponieważ pamiętał w jakie otępienie wpadł po śmierci mamy.  Z alkoholizmu popadł w pracoholizm i rzucał się między jednym, a drugim nałogiem przez jakiś czas. Stiles chciał by jego ostatnie tygodnie życia, pozostały w pamięci ojca szczęśliwe i pełne roześmianego i normalnego syna. Czuł się jak pusta skorupa, trzymając w ręku pizzę i oglądając seriale, ale przed ojcem udawał, że nic mu się jest. Uśmiechał się, żartował i usilnie próbował być tym starym Stilesem, którym nie umiał już być.

Przez pierwszy tydzień po powrocie ze szpitala, Derek przychodził do niego codziennie. Wieczorem wskakiwał przez okno i stawał w ciemnym kącie pokoju, z założonymi rękami na piersi i twardym spojrzeniem. Próbował przekonać Stilesa do przyjęcia ugryzienia, które uratowałoby jego życie.

Jednak szanse pół na pół jakoś nie przemawiały zbytnio do chłopaka. Taka sama przyszłość czekała go w przypadku choroby – mógł przeżyć lub umrzeć.  Na jedno wychodzi, więc po co robić sobie więcej bałaganu w życiu.

Pomimo tego Derek przychodził dzień w dzień, nie dając mu spokoju. Czasami namawiał go spokojnie, próbując ukazać dobre strony przemiany, innymi czasy stał nad nim i warczał na granicy przemiany.

Stiles odmawiał mu raz po raz, a pewnego wieczoru po prostu zamknął okno i więcej go nie otworzył… Aż do dzisiaj.

Derek siedział na łóżku i trzymał mocno stopy Stilesa, przytrzymując go w miejscu. Próbował wyrwać się kilka razy, ale wreszcie odpuścił i opadł na poduszki.
- Teraz wytłumaczysz mi CO. TO. BYŁO. – Derek poluźnił uchwyt, ale jego dłonie wciąż pewnie spoczywały na kostkach Stilesa.

- Ugh… - sapnął i podparł się na łokciach, by widzieć alfę. – Nie wziąłem tabletek przed snem, dobra? Zapomniałem po prostu, a to – wskazał ręką na pokój – to właśnie tego efekt.

- Mówisz, że te wszystkie kartki pozapisywane bełkotem szaleńca i scena, której byłem przed chwilą świadkiem, to jedynie skutek uboczny braku lekarstw? – Popatrzył na niego z powątpiewaniem. Stiles chciał spytać jaka była to scena, jak to wyglądało z punktu Dereka, ale powstrzymał się.

- Dokładnie. –Pokiwał żarliwie głową. – Wieczorem biorę proszki nasenne, które pozwalają mi się odprężyć. Stary, są tak mocne, że nic mi się nie śni i nie muszę się bać… - Uciął zdanie, łapiąc się na tym, iż prawie wygadał Derekowi coś, co wolałby by zostało nieodkryte. Zakopał ten sekret głęboko w swojej podświadomości, tam gdzie nikt nie mógł go dosięgnąć.

- Czego? – Derek złapał go za łydki i mocno ścisnął. – Czego się boisz Stiles?

- Ja? Hah, niczego. Oczywiście! Mam całą armię małych, kolorowych pigułek, które skutecznie odganiają ode mnie strach i wszystkie złe emocje. Powinieneś spróbować. – Poruszył porozumiewawczo brwiami i szeroko się uśmiechnął.

Wyrwał nogi z uścisku alfy i wstał z łóżka. Podszedł do komody, na której rzędem ustawione stały fiolki z lekarstwami. Stiles wysypał sobie kilka na dłoń i szybko je przełknął, patrząc przez ramię na Dereka.

Oparł się o szafkę i pochylił głowę, próbując powstrzymać zawroty, które wprawiały cały świat w spiralę. Jego czaszka pulsowała od ciśnienia, więc czekał, aż leki zaczną działać. Omijając Dereka, wrócił na łóżko i opatulił się szczelnie kołdrą.

Odetchnął głośno i oparł czoło o kolana, by złapać głęboki oddech. Usłyszał jak alfa wącha powietrze. Doszło go niskie warczenie, więc podniósł głowę i zaskoczony spojrzał w czerwone oczy.

- Śmierdzisz.

-Oh, przepraszam.- Z udawaną urazą ułożył dłoń na piersi i pociągnął nosem. – Wybacz, że nie wypsikałem się perfumami specjalnie na twoje przyjście, ale się ciebie nie spodziewałem.

- Śmierdzisz – powtórzył Derek i nachylił się, w jego stronę smakując powietrze. – Twój zapach się zmienił. Cuchniesz lekami i chorobą, to zły zapach Stiles.

Alfa naprawdę tym się przejął, a wilk w jego wnętrzu zawył niespokojnie.  Woń Stilesa przesycona zawsze piżmem i zapachem deszczu, teraz była całkiem inna. Tabletki wytwarzały gorzki posmak, który osadzał się na języku, a choroba ostro kuła w nozdrza jego nadwrażliwy zmysł powonienia. Derek poczuł jak po jego plecach przebiegają ciarki, a jego brat wilk zaczął głucho powarkiwać.

Stiles przetarł sennie oczy i westchnął przeciągle, jakby nie spał kilka dni. Parę razy otwierał i zamykał usta, nim zebrał siłę by się odezwać.

- To lekarstwa Derek, muszę je brać.

- Nie, nie musisz – warknął coraz bardziej wściekły.

- Pomagają mi, dzięki nim nie muszę martwić się bólem. On znika i nie pozostawia po sobie śladu, wiesz jakie to wspaniałe uczucie? – powiedział gorzko i popatrzył półprzytomnie na alfę.

- Wystarczy, że pozwolisz mi się ugryźć. – Nachylił się nad nim marszcząc nos, gdy do jego nozdrzy znowu doszedł zapach Stilesa.

- A potem co? Mam się modlić, żeby moje ciało przyjęło przemianę? – Zaprzeczył powoli głową. – Wystarczy nadnaturalnych historii w moim życiu.  Wystarczy problemów. – Przeczesał dłonią zmierzwione włosy, które ostatnio zaczęły opadać mu na oczy. – Leki mi pomagają Derek. Nie możesz mieć do mnie o to pretensji. Jeśli nie chcesz się z tym pogodzić po prostu zostaw mnie… Zostaw mnie w spokoju.

Zamknął oczy i zacisnął usta. Był śpiący i ledwo trzymał się w pionie. Jego oddech stał się płytki i równomierny. Oparł głowę o wezgłowie łóżka i spojrzał spod przymrużonych powiek na Dereka, który wciąż pochylony w jego stronę, niezłomnie mu się przyglądał.

- Mogę cię zmusić. – Wszedł na łóżko i zaczął się skradać w stronę Stilesa.

- Niee. – Machnął na niego ręką. – Nie zrobiłbyś tego. – Z powrotem zamknął oczy i głęboko odetchnął. Walczył z opanowującym go snem. Nie potrafił przyjąć odpowiednio groźby alfy, leki stępiły jego wszystkie instynkty i pozostawiły go nagiego i bezbronnego.

Poczuł jak materac koło niego się ugina, a jego odsłoniętą szyję owinął ciepły oddech.
- Mogę to zrobić wbrew twojej woli. Jestem alfą, robię co mi się podoba. – Ostre zęby zazgrzytały tuż przy jego tętnicy.

- Przestań się bawić w wampira, Derek. – Stiles machnął ręką, jakby próbował odgonić natrętną muchę.

Naprawdę próbował utrzymać się świadomości, ale zmęczenie jakie go ogarnęło wygrało.
Ostanie co czuł to ręka zaciskająca się na jego gardle.


~*~

Przewrócił się z jednego boku na drugi i zapatrzył w okno, powoli się rozbudzając. Miał cichą nadzieję, że będzie mógł zostać w łóżku chociaż do południa, ale już po chwili usłyszał wołanie ojca.

- Stiles! – Drzwi się otworzyły i zajrzał do pokoju. – Na dole czeka na ciebie ktoś. – Popatrzył na syna nieodgadnionym wzrokiem. – Ubierz się i zejdź na dół. Ja idę do pracy. Trzymaj się, dzieciaku. – Uśmiechnął się i zniknął.

Stiles wygramolił się z łóżka, naciągnął spodnie i ruszył schodami na dół. Nie zastanawiał się nad tym, kto chciałby go odwiedzać tak wcześnie rano. Była, która… Pewnie przed szóstą, ponieważ ojciec zawsze o tej porze zbierał się do pracy.

Kto, o zdrowych zmysłach nachodził by go o takiej godzinie?

Odpowiedź nadeszła szybko i z pewnością się jej nie spodziewał.

- Stiles – cichy, niepewny głos dotarł do jego uszu w tym samym momencie, gdy wszedł do kuchni.

Na wysokim stołku siedziała przygarbiona postać z włosami w najpiękniejszym odcieniu truskawkowego blondu, jaki w życiu widział. Lydia Martin, dziewczyna, do której wzdychał chyba od zawsze, patrzyła na niego wielkimi oczami, pełnymi łez.

Nie wiedział jak i kiedy, ale w pewnym momencie stał w drzwiach, a w drugim obejmował ją i przyciskał jej głowę do swojej piersi. Usłyszał jak z jej ust wyrywa się cicho szloch, więc pogładził ją drżącą dłonią po włosach.

- Lydia, – mruknął – co się dzieje? Dlaczego tutaj jesteś? Czy coś się stało komuś? – Wzdrygnął się na samą myśl.

Co jeśli demon nie odszedł i znowu zaczął zabijać? Co jeśli Stiles ma już na dłoniach czyjąś krew? Spojrzał na swoje smukłe palce oplecione wokół głowy Lydii.

Przypomniał sobie wczorajsze halucynacje i zaczął się zastanawiać, na ile były prawdziwe, która ich część była tworem jego wyobraźni.

Potrząsnął głową, odganiając natrętne myśli. Powinien wziąć kolejną dawkę leków, ale w tym momencie to nie on był najważniejszy. Musiał zmusić swój mózg  do skupienia się na jednym zadaniu. Na zadaniu, które rozsypywało się w jego ramionach.

- Lyds. – Przykucnął i popatrzył w jej zapłakaną twarz. – Co się stało?

- Nie mogę… - Zapowietrzyła się. – Już nie mogę Stiles, po prostu nie mogę. Moja głowa… – Popukała mocno dwoma palcami w swoją skroń. – Ciągle to samo. W kółko słyszę te krzyki, te dudnienie. Są takie, takie głośne… - Jej głos załamał się, a ona wraz z nim. – To boli, jakby ktoś wbijał raz po raz nóż w mój brzuch. – Przycisnęła jego dłoń do swojego brzucha i uderzyła. – Raz po raz – szepnęła i spojrzała mu w oczy.  – I ty…

Była przerażona i załamana. Jej usta były spękane i pokryte zakrzepniętą krwią. Pod oczami miała ciemne kręgi, wyraźnie odznaczające się na zapadniętej twarzy.

Stiles nie miał pojęcia co mogło doprowadzić ją do takiego stanu. Zawsze uważał Lydię za silną i wytrzymałą dziewczynę, ale teraz siedziała przed nim i wyglądała, jakby miała zaraz się rozsypać na drobne.

- Nie rozumiem. Co to ma wspólnego ze mną?

- Ten krzyk, głośny, przeszywający. – Wplotła palce w włosy i mocno je pociągnęła. Stiles skrzywił się, ale czekał. – Jakby dochodził z głębokiej studni. Ja, ja… - zająknęła się. – Nie mogę go wyłączyć. Trwa i trwa… Woła, prosi o pomoc. Słyszę jak bije pięściami o ściany, jak próbuje się wydostać, ale ja nie wiem co robić. Nie mogę nic zrobić! Mogę tylko krzyczeć razem z nim, ale nie chcę. Tak mu nie pomogę, nie mogę – zachlipała i ukryła twarz za kurtyną splątanych włosów.

- Co to ma wspólnego ze mną? Lydia, o co chodzi? – Coś zaczęło uciskać go w tyłu głowy, jakby strach, jednak odgonił go szybko. Wyrwał drobne dłonie dziewczyny, zaplątane we włosach i mocno je ścisnął. – Kto to jest Lydia, powiedz mi. – Wiedział nim odpowiedziała.

- Ty, Stiles, ty.


Cytat :
Wiem, że to okropne, kończyć w takim momencie, ale nie mogłam się powstrzymać. Fakt, rozdział znowu  nie jest za długi, ale to przez to, że czułam wewnętrzny przymus skończyć w tym miejscu. Asasasasa  . Następny już niedługo :]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://be-my-panda.tumblr.com/
Black Rebel
Zaatakowany
Zaatakowany
avatar

Liczba postów : 245
Punkty : 1
Join date : 12/02/2014
Age : 22
Skąd : Fandom

PisanieTemat: Re: Sacrum&Profanum   30/3/2014, 00:06

(czy aby video o S&P?)
Black Rebel napisał:
Jak to się stało, że o napisanym rozdziale zapomniałam całkowicie i go nie wstawiłam? Nikt tego nie wie. Jednak postanowiłam go podzielić na dwie części i mam nadzieję, że się nie pogniewacie.
Dedykejszyn dla Mandi, która na pewno doceni ten rozdzialik, nawet pomimo jego długości Very Happy
Jeśli chodzi o ten rozdział...
Proszę, nie płaczcie *podaje paczkę chusteczek*

Stiles patrzył na Lydię. Dziewczyna zaczęła się trząść i zanosić głośnym płaczem. Dopadł do niej i mocno objął ją ramionami, przyciągając jej głowę do swojej piersi.

- Nic mi nie jest – powiedział cicho, uspokajając ją. – Jestem cały i zdrowy, na tyle na ile zdrowy być mogę. Jeśli ktoś musi się martwić, to powinienem być to ja. Czy widzisz, żebym się martwił?

- Nie – szepnęła, zagryzając wargę.

- Więc ty, tym bardziej, nie powinnaś się przejmować. Nie chcę, żebyś przeze mnie płakała i czuła się źle. Zignoruj to co słyszysz i nie zwracaj na to uwagi. Te krzyki nie są prawdziwe. – Pogłaskał ją po głowie. – Czuję się dobrze, nic mnie nie boli i jestem szczęśliwy. - Próbował w to kłamstwo włożyć jak najwięcej wiary. – Proszę, przestań płakać.

Nie mógł patrzeć na jej łzy. Właśnie dlatego trzymał się z dala od paczki. Sama świadomość, że mógłby doprowadzić swoich przyjaciół do takiego stanu, dołowała go i niszczyła jego życie.

Poczucie winy i wyrzuty sumienia są w stanie zrobić z człowieka wrak w bardzo krótkim czasie.

- Przestań płakać – szepnął jeszcze raz.- To nic nie da. Nie przywrócisz mi tym życia. Nie zmienisz tym przeszłości.

- Nie, nie mów tak. – Pokręciła gwałtownie głową i odepchnęła się od niego. Patrzyła na niego oczami pełnymi łez, a widok ten po prostu dobijał Stilesa. Jak miał przetrwać to wszystko? Jak miał dać sobie radę z Lydią, Derekiem i wszystkimi innymi? Jak mógł pogodzić się z własną śmiercią?

- Nic nie możesz zrobić, Lyds.

- On błaga o pomoc! – krzyknęła uderzając się w skroń. – Woła mnie i prosi. Jest zrozpaczony i zagubiony. Nie ma nikogo i został sam. Jak mam mu pomóc, jeśli ty nie pozwalasz mi pomóc sobie? Nie pozwalasz nikomu do siebie dojść.

- To nie takie proste.

- Nie takie proste – warknęła, nagle robiąc się wściekła. – Masz stado, masz mnie, masz swojego ojca. Stiles, wiele ludzi o ciebie się martwi, a nawet nigdy z tobą nie rozmawiali. Scott odchodzi od zmysłów, ponieważ twój ojciec po nocach przesiaduje pod twoimi drzwiami z naładowaną strzelbą, ale nie chce nawet słowem powiedzieć mu co u ciebie. Dlaczego nie dopuszczasz nas do siebie? Dlaczego nas odpychasz?! Chcemy ci pomóc. Staramy się…

-Lydia…

- Stiles, nie chcę, żebyś… - skrzywiła się i rozmasowała skronie. – Nie chcę, żebyś skończył jak on. Sam, zrozpaczony i pozbawiony nadziei. Więc pomyśl nad tym, ponieważ…

Stiles wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Jego głowa zaczęła tętnić skoncentrowanym bólem, jakby wciśniętym pod czaszkę. Nie mógł skupić się na słowach Lydii, które przycichły zagłuszone tępym pulsowaniem.

Spojrzał na stół, na którym stały przygotowane już lekarstwa, ale chwilę później wszystko się zatrzymało i rozmyło.

~*~

Jego umysł oderwany od ciała dryfował gdzieś wysoko, ponad dachami Beacon Hills. Na dnie jego świadomości tliła się mała myśl, wspomnienie, że gdzieś właśnie powinien być, z kimś rozmawiać. Jednak widoki zapierały mu dech w piersiach i nie wiedział nawet kiedy znalazł się nad starym domem Hale’ów.

Budynek był doszczętnie zniszczony - nawet bardziej niż pamiętał to Stiles, jednak coś było nie tak.

Przed schodami usypane były dwa świeże kopce, jeden obok drugiego. Stiles zbliżył się by sprawdzić co jest napisane na tablicach, które wyrosły u wezgłowia grobów.

Derek Hale Peter Hale
20.05.2014 20.05.2014
R.I.P. R.I.P.

Nie, nie mogli nie żyć. Przecież dopiero co rozmawiał z Derekiem. To było wczoraj wieczorem, prawda? On nie może być martwy. A Peter? Co się stało. Dlaczego ich daty są takie same. Co im się stało?

- Zginęli ratując ciebie, Stiles. – Lydia położyła dłoń na jego ramieniu i odwróciła go w swoją stronę.

Stali na pogorzelisku, a wokół nich wznosiły się stosy ciał, ułożone jedne na drugie. Dym unosił się ze spalonej ziemi.

Stiles stopą popchnął coś leżącego pod jego nogami. Schylił się i podniósł brudne ostrze.

Zważył je w dłoni i zakręcił między palcami. Wydawało mu się, że już wcześniej gdzieś je widział. Jego dłonie zbyt dobrze znały tę rękojeść.

- To była długa i ciężka walka, Stiles. – Lydia spuściła głowę.

Ziemia na której stali była szkarłatna, zabarwiona krwią, strumieniami omywającymi ich gołe stopy.

-O czym ty mówisz, Lyds. – Złapał ją za ramię i potrząsnął lekko. – Co tu się stało.

- Czasu było mało, musieliśmy polegać na planie B. Jednak i on zawiódł. Nie dałeś nam wyboru, nie dałeś wyboru mi. – Otarła twarz dłonią pokrytą zaschniętą krwią.

- Nic nie rozumiem. Lydia popatrz na mnie! – Szarpnął nią mocno, oczekując aż zwróci twarz w jego stronę.

Popatrzyła na niego tak jak chciał, jednak szybko tego pożałował.

Jej policzki umazane były brudem i krwią. Na skroni miała otwartą ranę, z której ciekła powoli gęsta ropa. Od łuku brwiowego aż po kącik ust ciągnęła się długa, szkarłatna blizna, przecinająca brew i oko, które zaszło bielmem. Jej ubranie było poszarpane, a na szyi widniały podłużne sińce. Nadgarstki miała obtarte aż do mięsa, jakby niedawno była mocno związana – zbyt mocno.

- Lydia… - Chciał przyłożyć doń do jej policzka, ale odskoczyła przerażona. Spojrzał na wyciągniętą rękę i przypomniał sobie o nożu, który wcześniej znalazł.

Teraz celował nim prosto w dziewczynę, jakby zamierzał ją dźgnąć.

- Lydia, to nie tak. – Postąpił krok w jej stronę ale skuliła się ze strachu i osłoniła głowę ramionami. – Nic ci nie zrobię. – Odrzucił ostrzę i uniósł dłonie przed siebie, pokazując, że nie stanowi dla niej zagrożenia. – Obiecuję.

- Obiecywałeś przez cały czas. Mówiłeś, że nic mi nie zrobisz, że potrzebujesz jedynie mojej pomocy. Dlaczego, Stiles? – Popatrzyła na niego załzawionymi oczami. – Dlaczego ja? Co ci zrobiłam? Dlaczego to mnie trzymasz wciąż przy życiu? Myślisz, że to zabawne? Nie ma już nikogo z kim możesz grać w te swoje zagadki. Pamiętasz co ci kiedyś powiedziałam? – Wyprostowała się, a w jej dłoni zabłysło brudne ostrze. Stiles nawet nie widział kiedy podniosłą je z ziemi.

- Nie – szepnął. – Nie pamiętam.

-… Że na koniec zostaniesz sam, Stiles. Nie będzie już nikogo.

Przyłożyła nóż do gardła i powoli po nim przejechała.

~*~

- Co powiedziałaś? – Spojrzał na nią ze złością w oczach.

- … że na koniec zostaniesz sam, Stiles. Nie będzie już nikogo. Nikt ci nie pomoże, a pewnego dnia będziesz potrzebował tej pomocy. Nie jesteś niezniszczalny. Teraz możesz polegać na nas, jednak jeśli dalej będziesz się izolował… - Wzruszyła ramionami.

- Wyjdź – warknął.

- Ale… - Popatrzyła na niego zaskoczona.

- Powiedziałem, żebyś wyszła. – Wskazał na drzwi. – Teraz. Nie potrzebuję niczyjej pomocy i litości, możesz ją zatrzymać dla siebie.

Lydia wstała i powoli przeszła w stronę wyjścia. Trzymając już klamkę w dłoni, odwróciła się i spojrzała na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Będę czekała, Stiles. Będę na ciebie czekała, ponieważ wiem, że będziemy tkwić w tym razem do samego końca. Dłużej niż inni. Dużo dłużej…

Drzwi cicho zamknęły się za nią, a Stiles opadł na krzesło cały się trzęsąc. Twarz schował w dłoniach i cicho zajęczał, nienawidząc się za wszystko.

~*~

Weekend zaczął się wielkim bólem głowy i zawrotami, które nie pozwalały Stilesowi podnieść się z łóżka.

Tępo wpatrując się w ścianę, rozmyślał nad słowami Lydii i jej dziwnym zachowaniem. Bał się tego, co dzięki swoim umiejętnością banshee, potrafi. Stiles zrobił małe poszukiwania na temat tych dziwnych nadnaturalnych istot.

Prawdopodobnie wiedział więcej o Lydii, niż ona sama.

I właśnie z tego powodu czuł przeszywający go strach, który czasami odbierał mu powietrze w płucach. Dusił się wtedy i kulił jak najciaśniej, próbując przetrwać w ciszy napady paniki, wstrząsające nim raz po raz.

Te częste sytuacje pozostawiały po sobie wstyd, nawet jeśli nikt nie był ich świadkiem, i samotność, która psuła mu humor na długie godziny. Zaczynał wtedy wątpić, czy da radę sam. Ciężar na jego plecach z dnia na dzień powiększał się i przytłaczał go, i przychodziły momenty, kiedy desperacko pragnął zwrócić się do kogoś o pomoc.

Jednak nie mógł tego zrobić. Wiedział, że sam nie stanowi dla siebie zagrożenia, ale dla innych tak. Jego stan był tylko i wyłącznie jego sprawą, a dopuszczenie do siebie swoich przyjaciół skończyłoby się klęską.

Dlatego nie rozmawiał ze Scottem od tygodni, nie odpisywał na jego wiadomości i nie dawał znaku życia, gdy ten wystawał nocami pod jego oknem i krzyczał, że wie, iż Stiles tam jest i, żeby przestał się wygłupiać, bo może przecież wyczuć jego obecność.

Z tego samego powodu zamknął okno, by Derek nie mógł wkradać się nocami do jego pokoju. Alfa był jeszcze bardziej uparty i zawzięty niż Scott, który, gdy nie mógł polegać na mocy swych szczenięcych oczu, poddał się i odszedł wylizywać razy wśród przyjaciół. Derek całą swą postawą i zachowaniem dawał Stilesowi do zrozumienia, że nie ważne jak długo będzie musiał go nachodzić, nie da za wygraną. Przekona go do ugryzienia, nawet jeśli musiałby odwiedzać go codziennie… Więc Stiles odciął mu jedyną drogę wejścia, którą było okno.

Lydia była dużym szokiem, kiedy zobaczył ją w swojej kuchni. Gdyby nie ten szok na pewno od razu wyprosiłby ją. Na pewno by to zrobił… Nawet jeśli jej obecność przez chwilę ogrzała jego zziębnięte serce, które pragnęło miłości i zrozumienia. Trzymając ją w ramionach czuł się pełny i szczęście przez chwilę przyćmiło jego myśli, które uparcie krążyły wokół jego marnego życia i leków, które zaraz przytłumią otaczający go świat. Jednak i to było złe. Dopuszczenie jej przez chwilę do siebie… Musiał wyrzucić ją jak najszybciej, wyrzucić tak, żeby nie chciała już wracać. I tak zrobił. Jego dłonie drżały, głos się załamywał, a gardło zacisnęło się, próbując powstrzymać kolejne słowa, jednak to zrobił, i gdy drzwi się zamknęły pozwolił sobie na chwilę załamania.

Trwało to może minutę, ale już po chwili sięgał po tabletki, które pozwoliły mu się uspokoić, zapomnieć, nie odczuwać.

Musiał dać sobie radę nie wplątując nikogo w tę niebezpieczną grę. Nie pozwoli nikogo skrzywdzić, i sam do tego nie chciałby się przyczynić.

~*~

Sobota i niedziela były dniami bez lekarstw. Jego ciało wtedy odpoczywało od ciągłego szprycowania chemikaliami .

Dni te Stiles spędzał zazwyczaj w łóżku targany bólem głowy, zawrotami i czasami omamami, które z czasem się nasilały.

Jego ojciec znowu był na posterunku i nic nie wskazywało na to, by wrócił wcześniej niż przed wieczorem, więc Stiles zaległ w łóżku. Było mu zimno i strasznie się pocił. Głowa pękała mu od samego rana i nie mógł skupić się na niczym konkretnym, więc kontynuował studiowanie ściany i widok za oknem.

Właśnie wtedy do pokoju weszła Claudia, a Stiles głęboko odetchnął. Wyciągnął w jej stronę rękę, a delikatne palce oplotły jego dłoń i lekko ścisnęły.

- I jak się ma mój bohater? – Jej uśmiech był ciepły i rozjaśniał ponury nastrój w pokoju Stilesa.

- Mamo –szepnął, niezdolny do wypowiedzenia dłuższego zdania.

Przyłożyła dłoń do jego czoła i pokręciła głową z niezadowoleniem.

- Jesteś rozgrzany.

- Jest mi zimno – odpowiedział słabo i na potwierdzenie swoich słów, zaklekotał zębami.

- Musisz być silny synku. Musisz nabrać siły i być silny. – Pogłaskała go po rozgrzanym czole. – Zrobisz to dla mamusi? – zapytała poważnie.

- Mamo – jęknął i pokręcił gwałtownie głową.

-Stiles, musisz mi obiecać, że się nie poddasz. Musisz być silny, rozumiesz? – Ścisnęła go za ramiona i potrząsnęła nim.

- Dobrze – wyszeptał.

Zadowolona Claudia nachyliła się nad nim i ucałowała go w czoło. – Odpoczywaj. – Powoli wstała.

- Mamo. – Zatrzymał ją. – Zabierz mnie. – Pokiwała głową, nie zgadzając się. – Zabierz mnie ze sobą. Nie zostawiaj mnie – zachlipał cicho.

- To jeszcze nie twój czas, kochanie. Jeszcze chwilka. – Uśmiechnęła się. – Już niedługo – powiedziała i zniknęła.

Black Rebel napisał:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://be-my-panda.tumblr.com/
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sacrum&Profanum   

Powrót do góry Go down
 
Sacrum&Profanum
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Twórczość :: Opowiadania-
Skocz do: