IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

  The Disir

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Akayoru
Wtajemniczony
Wtajemniczony


Liczba postów : 125
Punkty : 4
Join date : 25/10/2013
Age : 22
Skąd : okolice Krakowa

PisanieTemat: The Disir   13/1/2014, 18:13

Embarassed Dość długo mnie nie było, ponieważ musiałam przygotować się do dwóch konkursów, więc ... Embarassed Myślę, że dobrze mnie rozumiecie Smile
Miałam wstawić pierwszą część miniaturki, lecz pomyślałam, że lepiej jest wstawić opowiadanie. Mniej więcej mam wszystko poukładane. Wszystko zależy od kaprysu weny xD
Rozdział dedykuje ars_amandi I love you
Może troszkę umilę Ci wieczór.   

Prolog

Nathan obudził się z krzykiem, zrywając się z łóżka do pozycji półsiedzącej. Jego oddech był przyśpieszony, a ciało wciąż trzęsło się ze strachu i zimna, towarzyszącego mu, gdy tonął na środku jeziora. Przeczesał ręką włosy, które pod wpływem potu przykleiły się mu do czoła. Próbował uspokoić się i przywrócić sercu normalny rytm, ponieważ wydawało mu się, że bije jak szalone i już dawno przekroczyło granicę, dzielącą go od spędzenia kilku dni w szpitalu. Kiedy spojrzał na zegarek, w końcu zrozumiał, że jest bezpieczny, a wcześniejsze doświadczenia były tylko senną marą. To był tylko sen. Nie powinien się nim przejmować. Przynajmniej starał sobie to wmówić. Niepokoił go fakt, że śnił mu się nieprzerwalnie od kilku tygodni. Za każdym razem wpadał do wody, by już nie ujrzeć światła, które dawał księżyc, oświetlając mroczny las. Ten koszmar był jego tajemnicą, którą ukrywał przed członkami rodziny. Nie chciał ich martwić i psuć radość swoim podłym samopoczuciem i lękiem? W tym śnie towarzyszyło mu uczucie strachu, kiedy niewidzialna masywna dłoń zaciskała się na jego szyi, nie dopuszczając do zaczerpnięcia oddechu. Czuł się bezradny, w obliczu tragedii, której nie potrafił zapobiec. Oprócz tego przepełniała go gorycz, złość, żal i cierpienie, ponieważ tracił coś, co było dla niego ważne i nadawało cel w życiu. Nie potrafił tego nazwać, ale w głębi podejrzewał, że stanowi to swego rodzaju klucz. Kiedy stracił wszystkie siły i wolę do dalszej walki o życie, pogodził się ze śmiercią. Nie oczekiwał ratunku i współczucia. Nie był tego wart, ponieważ dopuścił się straszliwej zbrodni. Jako ostatnie dane mu było zobaczyć zniekształcony obraz świetlistej tarczy księżyca. W tamtej chwili nie był sam. Podświadomie o tym wiedział.

***

Następnego ranka, jakby nigdy nic, Nathan zszedł do kuchni by przygotować śniadanie sobie i swojej młodszej siostrze. W czasie, kiedy rodziców nie było w domu, on przejmował ich obowiązki i opiekował się o trzy lata młodszą Lucy. Smarując masłem kanapki i nucąc znaną melodyjkę, próbował odgonić negatywne myśli. Z powodu źle przespanej nocy bolała go głowa, a ból sam w sobie był nie do zniesienia. Od dziecka był na niego wrażliwy, dlatego chodził zamroczony od samego rana. Nie był przesądny, ani też nie wierzył we wróżby, w przeznaczenie, ani działanie magicznych zaklęć. Starał się myśleć trzeźwo i realistycznie, zwłaszcza teraz, gdy coś nad nim wisiało. Spodziewał się jakiegoś nieszczęścia, dlatego, aż nazbyt reagował, gdy któreś z jego przyjaciół wspomniało o śmierci, czy żartowało z przesądów. Nie potrafił nazwać swojego strachu, choć długo się nad nim zastanawiał. Przez bardzo długi okres czasu myślał, że bał się śmierci. Najprostsza myśl, która przychodzi do głowy. Jesteśmy bardzo przywiązani do naszego życia, widoków za oknem, twarzy bliskich nam osób, uczuć, które do siebie żywimy. W gardle pojawiała się ogromna gula, na myśl, że nagle to wszystko miałoby zniknąć razem z nami. Była kwaśna jak żółć. Potem zastanawiał się jak wygląda życie po drugiej stronie. Czy rzeczywiście istnieje niebo, o którym się tyle słyszy, czy może inny świat, w którym będziemy kontynuować naszą egzystencję, lecz w innym celu. A może śmierć jest definitywnym końcem. Co jeśli jest pustką? Nicością, którą tak bardzo obawia się dusza?
Ona jest zła. Przyszło mu do głowy. Pustka. Myślał dalej, czuł, że to może być ważne. Powtarzał sobie te słowa. Pustka i towarzysząca jej... Ciemność. Dokładnie tak. Zgadzał się z tym. Ciemność jest zła.

***

Nie mógł uwierzyć własnym oczom.  
Dziewczyna, której o mało nie pozbawił życia kilka godzin temu stała nad jego siostrą, trzymając w swej dłoni sztylet. Jego rękojeść pokrywały pozłacane wzory, a po niegdyś czystym metalu skapywały strużki szkarłatnej krwi. Lucy. Nie mógł tego pojąć. Moja Lucy. Nie potrafił uwierzyć, że patrzy na martwe ciało młodszej siostry. O Boże. Po jego policzkach płynęły słone łzy, a kolana same się pod nim ugięły. Siostrzyczko. Błagał w myślach. Jej strata ściskała go mocno za serce. Z jego gardła wydostał się niemy krzyk. To moja wina. To przeze mnie nie żyje. Cały dygotał. Przed oczami wciąż widział jej sylwetkę, lecz tym razem bez życia. To moja wina. Powinien temu zapobiec, powinien przewidzieć, że coś podobnego się wydarzy, ale to ON umierał w snach, nie ONA. Spojrzał w stronę morderczyni. Jej oczy błyszczały się, kiedy padało na nie światło.
Kpiący uśmiech, który mu posłała przelał szalę. Wyszedł z ukrycia i zaczął biec w jej stronę, dopóki nie został odepchnięty. Najbardziej na upadku ucierpiało jego ramię, lecz nie zwracał na to uwagi. Zakapturzona postać stanęła pomiędzy nim, a dziewczyną. W jednej dłoni dzierżyła nóż myśliwski, a w drugiej kuszę.

W następnym rozdziale:

Przyspieszony oddech piekł go w płucach i gardle żywym ogniem. Trwało to zaledwie kilka sekund. Następne co pamiętał to pisk opon i trzymanie nogi na hamulcu do oporu, dopóki pojazd się nie zatrzymał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Akayoru
Wtajemniczony
Wtajemniczony


Liczba postów : 125
Punkty : 4
Join date : 25/10/2013
Age : 22
Skąd : okolice Krakowa

PisanieTemat: Re: The Disir   7/2/2014, 17:50

Nie jestem wcale zadowolona z tego rozdziału.
Prolog pisało mi się o wiele lepiej, być może, dlatego, że nie było porównania z poprzednimi notkami Embarassed

Dedykacja: merllo xD
Powodzenia na egzaminach

Rozdział 1

Dni polegające na ściganiu groźnych legendarnych stworzeń minęły, natomiast pojawiło się światełko w tunelu, zmierzającego ku normalności. Można było zapomnieć o krwi, zabijaniu i wilkołakach. Stiles bardziej jak wody, pragnął przerwy. Mdliło go, gdy widział kałuże krwi, czy rozszarpane członki. Nie znosił martwych ciał leżących bez ruchu, patrzących na niego pustymi oczami, bez duszy. To były jego najbardziej szkaradne wspomnienia w ciągu tak krótkiego życia.
Właśnie dlatego, dzisiejszego wieczora wybierał się ze Scottem do klubu. Po raz kolejny, w ramach terapii jego własnego pomysłu. Martwiło go zachowanie przyjaciela, który w ostatnich dniach nie należał do grona dusz towarzystwa. A wszystko przez dziewczynę.

***

Dochodziło południe, a Stiles ani myślał wstawać. Zamiast tego, wylegiwał się w wygodnym łóżku, pod ciepłą kołdrą. Gdyby mógł zatopiłby się w niej na cały dzień. Słońce wysoko górowało na niebie, próbując zmusić nastolatka do jakiejkolwiek aktywności, zachęcając go swoimi ciepłymi promieniami i jasnością. Nikt nie pomyślałby, że zaledwie parę dni temu był o krok od śmierci z rąk Jacksona.
- Stiles! – Krzyk ojca wyrwał go z odrętwienia. W ustach czuł nieprzyjemny posmak. Mlasnął, zaspany, parę razy, a następnie obrócił się przodem do ściany i zamknął oczy. - Stiles! - Kolejny krzyk rozległ się po domu. Był głośniejszy od poprzedniego, co musiało oznaczać, że jego ojciec musiał wychodzić po schodach na górę. Nasłuchiwał kolejnych kroków, by potem zakryć się szczelniej kołdrą.Nie ma mowy, żebym wstał. - Stiles! Już trzeci raz cię wołam! - Szeryf pojawił się w drzwiach. Pokręcił z pobłażaniem głową na widok ogromnego kłębka pościeli, w której chował się jego syn. - Najwyższy czas wstać – powiedział ze spokojem.
- Ychhh, tato... - zaczął.
- Proszę cię, wstawaj.
- Przypuszczałeś, że w czasie snu, nasze ciała się regenerują, a mózg odpoczywa, by później efektywniej pracować i przyswajać wiedzę? Dasz radę wygrać partię szachów po kilku nie przespanych nocach? - John zobaczył rękę swojego syna spod pościeli, która próbowała oskarżycielsko na niego wskazać. - Nie, ponieważ należycie nie wypoczywałeś po całym dniu pracy, a siedzenie przez większość dyżuru przy biurku, również nie jest zdrowe. Szkodzi na kręgosłup i nie pomaga w pozbyciu się złego cholesterolu. Oprócz tego zużywasz więcej energii, niż powinieneś, na proste czynności. Jedną z solidnych podstaw budujących nasze zdrowie jest porządny sen, ruch i zdrowe odżywianie. Szczególnie powinniśmy codziennie spożywać do kilograma warzyw i owoców bogatych w karotenoidy, dlatego...
- Boże Stiles, nie wątpię, że masz rację, ale wstawaj. - John podparł się pod boki by dodać sobie stanowczości. - Dochodzi dwunasta.
- Nie zmieniaj tematu. Scott widział cię wczoraj z hamburgerem. Co się stało ze śniadaniem do pracy, które ci przygotowałem? - Stiles z determinacją w oczach spojrzał na Szeryfa, czekając na wyjaśnienia.
- Przygotowałeś mi za małą porcję. Mężczyzna powinien jeść więcej.
- Ty powinieneś zdrowiej się odżywiać.

***

To była najgorsza decyzja jaką kiedykolwiek podjął. W tej chwili pluł sobie w brodę, że nie posłuchał staruszka. Przynajmniej oszczędziłby sobie potwornej migreny.
Głowa w okolicy skroni pulsowała tępym bólem, który był wręcz irytująco nie do zniesienia. Żadne, nawet najsilniejsze tabletki mu nie pomagały. Jedyne co mógł zrobić to zacisnąć wargi i jakoś przeżyć resztę dnia, choć nie wyobrażał sobie dzisiejszego wyjścia. W takim stanie mógł pomarzyć o głośnej, dudniącej w uszach muzyce i kolorowych światłach.Nie mogę zostawić Scotta samego, w takim czasie. Dłonie trzymał mocno i pewnie na kierownicy. Nie zwracał uwagi na mijane domostwa i przyrodę za oknem. Myślami czuwał przy swoim przyjacielu, który dzielnie próbował znieść rozłąkę z Allison. Póki co mógł mu pogratulować rezultatów, bo od trzech dni nic o niej nie wspomniał. Jednak Stiles swoje wiedział. Mógł jedynie domyślać się jakie emocje targają wilkołakiem, lecz mimo to postanowił nie zostawiać go samego i z całych sił wspierać. Kiedy Derek nic nie kombinuje to strasznie tu nudno, pomyślał. Od pamiętnych wydarzeń z Kanimą, w mieście nic się nie działo. Nie było żadnych morderstw i niewyjaśnionych zniknięć. Oprócz Eriki, Boyda i Isaaca.
Nagle ból się nasilił, rosnąc do rozmiarów bomby eksplodującej mu w czaszce. Dłonią masował okrężnymi ruchami najbardziej odczuwalne miejsce, aby przynajmniej choć trochę go złagodzić. Zacisnął zęby, żeby nie krzyknąć. Najbardziej, w tej chwili, obawiał się, że straci panowanie nad pojazdem. Jakby tego było mało, jeep przysunął się niebezpiecznie blisko krawędzi chodnika. Dyskomfort, który odczuwał Stiles, gdy był sparaliżowany jadem Kanimy był niczym w porównaniu z katuszami jakie teraz doznawał. Świat zakręcił się wokół niego i spowiła go ciemność. Przyspieszony oddech piekł go w płucach i gardle żywym ogniem. Trwało to zaledwie kilka sekund. Następne co pamiętał to pisk opon i trzymanie nogi na hamulcu do oporu, dopóki pojazd się nie zatrzymał. Ręce bardzo mu się trzęsły, puls niebezpiecznie przyspieszył ze strachu i wciąż rosnącego poziomu adrenaliny we krwi. Krople potu spływały po czole, oczy były szeroko otwarte, źrenice maksymalnie rozszerzone, a policzki purpurowe. Udało mu się zatrzymać pojazd na przejściu dla pieszych, na którym leżała równie zszokowana dziewczyna. Kiedy się w pełni ocknął, zerwał się z siedzenia i uklęknął przy niej. W uszach wciąż mu dzwoniło, a dźwięki mieszały się ze sobą, utrudniając koncentrację. Tak strasznie się o nią bał. Przez głowę przechodziły mu same najgorsze scenariusze. Jego serce zabiło mocniej kiedy ujrzał jej oczy. Ona jest przerażona. - Nic ci nie jest?! Błagam powiedz coś. Zrób coś. Cokolwiek. Odepchnij mnie, zacznij krzyczeć. Może wezwę pogotowie? - spytał, a po chwili się poprawił. - Nad czym się zastanawiam?! Muszę zadzwonić po pogotowie. O Boże, o Boże, o Boże, o Boże. – Podniósł głos.- O mało nie zabiłem człowieka. Ej, proszę, powiedz coś, odezwij się do mnie. Nic cię nie boli? Czujesz, że masz coś złamane, a może mokre od krwi. Jesteś strasznie blada...
- Nic – wzięła głęboki wdech – mi nie jest – rzekła. Zamarł z komórką w dłoni, gdy usłyszał jej głos i spojrzał na nią. Pasmo kruczoczarnych włosów opadło jej wzdłuż czoła. Wyglądała na drobną i zlęknioną. Wciąż musi być w szoku. Zaoferował jej dłoń i pomógł wstać.
- Więcej już nie wsiadaj za kierownicą. - Jej słowa sprawiły, że poczuł się głupio. Było mu tak strasznie wstyd.

***

Biegł ile tylko miał sił w nogach, nie oglądając się za siebie. W dniu, kiedy jego siostra została zamordowana wszystko się zmieniło. Nathan trzymał się za bolące ramię. Ubranie zakrywające tę część ciała całkowicie przesiąkło krwią i przykleiło się do rany. Jedynie dzięki sile woli i obietnicy złożonej Lucy jeszcze się nie poddał. Snuł się pomiędzy drzewami, starając się ignorować zmęczenie. Był głodny, zmarznięty, obolały i przerażony. Na nieszczęście wciąż miał złe przeczucia, że zdarzy się coś strasznego, co jeszcze bardziej zmniejszało jego i tak niską pewność siebie. Domyślał się, że mężczyzna podąża za nim. Może nie goni go bezpośrednio, ale na pewno jest na właściwym tropie by go znaleźć. Jak wcześniej. Od kilku tygodni. A teraz dotrze tutaj. Do Beacon Hills.
Nathan czuł jak mięśnie go rwały przy każdym postawionym kroku, lecz biegł dalej. Bał się, że jeżeli się zatrzyma to już nie będzie mógł się poruszać. Często wracał myślami do przeszłości. Do czasów, kiedy żyła jego siostra i nie musiał uciekać z domu. Teraz przemieszcza się z miasta do miasta w poszukiwaniu chwilowego spokoju i czasu na odpoczynek, albo ustalenie jako takiego planu działania. Praktycznie nie wiedział nic. Nie wiedział przez kogo i przede wszystkim dlaczego jest ścigany. Los ogromnie go zaskoczył, sprawiając, że ucieka przed oprawcą morderczyni jego siostry. W dodatku, cholernie bolało go ramię. Chciał się zaśmiać. Szaleńczo, aż wyprułby sobie płuca. Chciał zapomnieć o bólu, odciąć się od grozy. Czuł jej obecność wiszącą nad nim.
Tylko jedna myśl nie dawała mu spokoju. Nie był samotny. A powinien być, prawda?
Po jego policzkach spłynęły łzy. Rozpacz i bezradność w końcu wzięły górę i objęły całe jego ciało oraz umysł. Nie było drogi powrotu, nie było także wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji. Biegł cały czas przed siebie, automatycznie, jakby został zaprogramowany na tą konkretną funkcję. Dość. Dłużej tak nie mogę.

***

Stiles niemrawo przyglądał się sali wypełnionej nastolatkami podrygującymi w rytm muzyki. W pomieszczeniu panował półmrok, gdzie nie gdzie unosiły się niegęste kłęby dymu dyskotekowego zabarwionego przez różnokolorowe światła lamp i reflektorów. Światła odbijały się od błyszczących dodatków sukienek, zapach przesycony był potem, podnieceniem i perfumami. Było lekko tłoczno. Stiles siedział przy barze i powoli sączył colę, czekając na pojawienie się Scotta, który spóźniał się tylko piętnaście minut. Nic wielkiego. Na pewno niedługo się pojawi.

***

Nogi poniosły go na parking przed klubem muzycznym. W oknach można było dostrzec płynnie poruszające się cienie. Nathan cofnął się na ich widok, w każdej chwili gotowy do ucieczki. Nadmierny wysiłek sprawił, że obraz przed nim zaczął się rozmazywać, a otoczenie niebezpiecznie chwiać. Próbował przyjrzeć się im jeszcze dokładniej. Po chwili odetchnął, a ciało się rozluźniło. To nie była sztuczka. W tym momencie potrzebował snu, potrzebował odpocząć i spokojnie pomyśleć co dalej. Przecierając nos, coś zauważył. Był to niebieski jeep, który był najbardziej oddalony od budynku, więc ryzyko, że ktoś weźmie go za złodzieja drastycznie zmalało.

***

Scott, ty dupku. Twarz Stilesa była czerwona z powodu złości. Nerwy mocno nim szarpały. Chciał tylko pomóc. Scotty mógł od razu powiedzieć, że nie ma ochoty iść na imprezę, a nie wystawiać go do wiatru. Przecież Stiles by się nie narzucał. Doskonale wiedział kiedy powinien milczeć, a także umiał odpowiednio dobierać słowa, by nikogo nie zranić. Tak samo jak rozmawiał z Lydią. We wspomnieniach, szczególnie rozpamiętywał to jedno, kiedy mówił jej... Nie jestem bohaterem. Z rezygnacją wsiadł do swojego auta i włożył kluczyk do stacyjki. Oparł się wygodnie o fotel by uspokoić myśli, które teraz płynęły niczym rwąca rzeka. Ich natłok znowu przyprawił go o ból głowy. Sięgnął do schowka po tabletki, gdy kątem oka zauważył plamę krwi na siedzeniu. Spanikowany chciał wysiąść i zadzwonić do taty, lecz odwiodła go od tego stal znajdująca się tuż przy gardle. Była ostra... i zimna.
- Nie waż się nawet drgnąć – usłyszał za sobą. Z jakiegoś powodu głos wydał mu się straszniejszy niż nóż.

W następnym rozdziale:

Od kiedy to jego jeep jest przytułkiem dla zbiegłych, wyjętych spod prawa, bandziorów, uzbrojonych w bardzo ostre noże? O Boże, a jak mu poderżnie gardło? A on bardzo lubił swoje gardło. I samochód.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
The Disir
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Twórczość :: Opowiadania-
Skocz do: