IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 By Your Side

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: By Your Side   12/1/2014, 04:10

Cytat :
Witajcie ponownie! Chyba... wracam do pisania. Brakowało mi tego a jednak pisanie ff jest, było i zawsze będzie ważną części mojej egzystencji. Smile
Główna bohaterka do Daphne Wood, łowczyni, od dziecka szkolona na morderczynię. Gdy po jednej z misji i druzgoczącej klęsce trafia pod 'skrzydła' swoich wrogów, jej życie się odmienia. Wszystko dzieje się w Londynie, więc może spotkamy kogoś znajomego. Smile

Dla Lyn, Morgan, która dla mnie zawsze pozostanie Luccą i ars_amandi

1.


- Wypuść ją, Bastian. Ona ma tylko szesnaście lat!
- Jakoś nie przeszkadza jej to w polowaniu na wilkołaki.
Nie otwieram oczu, za bardzo się boję tego, co mogłabym zobaczyć. Nie mam pojęcia gdzie jestem ani co się stało, ale podświadomie czuję, że znajduję się w ogromnych tarapatach. Ani drgnę, choć przez moje ciało właśnie przeszła fala bólu, który skupia się na niemal każdej kości z osobna. Nie mogę powstrzymać odruchowego skrzywienia się, mocno też zaciskam zęby, ale wtedy zatrzaskują się drzwi. Zdobywam się na to, by otworzyć oczy i pierwsze, co napotykam to chłodne spojrzenie błękitnych tęczówek, spoglądających na mnie niezwykle czujnie. Właściciel tych oczu podskakuje, zaskoczony moim przebudzeniem i w mgnieniu oka znajduje się przy mnie. Klęka na podłodze i ostrożnie wyciąga w moim kierunku rękę.
– Po co ci to było?– mówi miękko i głaszcze mnie po włosach delikatnie. Chłopak patrzy na mnie z mieszanką złości i czułości, co jest dla mnie zbyt absurdalne, by było prawdziwe. Kompletnie szokuje mnie jego zachowanie, ale nawet gdybym chciała się odsunąć, nie jestem w stanie. Ledwo udaje mi się utrzymać otwarte oczy.
Jestem zbyt wycieńczona, by odpowiadać na to i tak retoryczne pytanie. Mrugam kilkakrotnie i próbuję wziąć głębszy oddech, ale natychmiast orientuje się, że to nie taka łatwa sprawa. Z trudem nabieram powietrza. Na pewno mam połamane żebra i kilka innych wewnętrznych uszkodzeń ciała, o których nawet nie chcę myśleć. Czuję się osłabiona, rozgorączkowana a ból w krzyżach jest tak niemiłosierny, że wydaje mi się, że zaraz eksplodują mi plecy. Mimo to rozglądam się. Wszystko jest rozmazane i przez dłuższą chwilę świat wiruje, ale udaje mi się ustalić, że znajduję się w przyczepie kampingowej. Co prawda nadal nie mogę złapać dokładnej ostrość, to pewnie przez to, że gdzieś po drodze zgubiłam soczewki kontaktowe, ale wydaje mi się, że zaledwie kilka metrów od mojego położenia jest wyjście. Zbyteczna informacja. Na chwilę obecną i tak nie zdołam tam dobiec.
Próbuję unieść ręce i wtedy dociera do mnie, że są one mocno zakute w łańcuchy. Do tego stopnia, że mam już zdarte do krwi nadgarstki. Zdumiona spoglądam w stronę chłopaka, ale on tylko kręci głową przecząco, jak gdyby mówił mi, że właśnie na to sobie zasłużyłam. Wtedy drzwi przyczepy otwierają się z głośnym skrzypieniem a do środka wchodzi wysoki, barczysty szatyn. Uśmiecha się do mnie pogardliwie a jego zielone oczy patrzą na mnie z wyższością. Na jego widok momentalnie wraca mi trzeźwe myślenie. Rozpoznaje go i już wiem, że jestem w pułapce bez wyjścia. Leżę na podłodze campera jako zakładniczka i jak mniemam znajduję się po przeciwnej stronie rzeki, w tej części lasu, która według paktu należy tylko i wyłącznie do watahy wilkołaków. Stąd już nie ma ucieczki, jeśli mnie sami nie wypuszczą, nikt nie zdoła mnie uratować. Drżę z niepokoju, który mną nagle zawładnął. Co oni mi zrobią? To jedno pytanie nie może wyjść z mojej głowy. Otwieram usta i próbuję krzyknąć, ale nic się z nich nie wydobywa. W tym czasie rosły szatyn podchodzi bliżej i nagle zza paska wyjmuje sztylet. Broń dobrze mi znaną. Ba! To mój sztylet. Na jego widok moje oczy gwałtownie się rozszerzają, czuję ból w sercu, jak gdyby zabrano mi cząstkę mnie samej a nie zwykły przedmiot. Tyle, że… To nie jest zwykły przedmiot. Zaciskam mocno usta i wlepiam mordercze spojrzenie w szatyna.
- Nie jestem pewien czy kiedykolwiek zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni – mówi spokojnym tonem mężczyzna i z westchnieniem, i udawanym znudzeniem przygląda się mojemu sztyletowi. Dotyka jego ostrza, które jest tak ostre, że niemal natychmiast na jego palcu pojawia się kilka kropli krwi. Spogląda na mnie od niechcenia a ja w jego oczach dostrzegam tylko złośliwe iskry. – Adam Black.
- Wiem. – To jedyne słowo jakie zdołało mi przejść przez gardło, cedzę je w najbardziej możliwy sposób, po czym piorunuje wzrokiem Blacka. Nasze rodziny mają ze sobą wspólną przeszłość sięgającą kilku pokoleń. Nasi prapradziadkowie w sporze o las i o ziemię toczyli ze sobą walki, doszli jednak do porozumienia w formie paktu. Podzielili się ziemiami i zadecydowali, że będą omijać się szerokim łukiem i nie wchodzić sobie w drogę. Przymierze zostało jednak złamane, czego przecież można było się spodziewać prędzej czy później. Kieruje swoje spojrzenie w stronę drugiego chłopaka i nagle dociera do mnie, że kojarzę go ze swojej szkoły. Tylko za nic nie mogę sobie przypomnieć jak się nazywa. Wiem tylko, że jest ode mnie o trzy lata starszy.
- Oczywiście – odpowiada mi Adam, przez co mój wzrok znów na nim spoczywa. Szatyn uśmiecha się pod nosem i spogląda na mnie z błyskiem w oku. – Mam nadzieję, że słyszałaś o mnie same dobre rzeczy, Daphne.
Drgam nieznacznie na dźwięk mojego imienia, ale udaje mi się zachować kamienną twarz. Nie odpowiadam. Słyszałam o Blacku bardzo dużo i nic z tego nie było ani odrobinę pozytywne. Nagle do przyczepy wpada wysoki brunet. Jest wyraźnie zdenerwowany i spogląda na mnie z nienawiścią, czemu w zasadzie się nie dziwię. Ma swoje powody.
- Co z nią zrobimy? – pyta, wskazując na mnie ruchem głowy. Zupełnie jakby mogło chodzić o kogoś innego, myślę ironicznie. Black nie odpowiada mu od razu, co skłania mnie do tego, by na niego spojrzeć i wystarczy mi tylko jedno spojrzenie w jego zielone, przenikliwe oczy, by wiedzieć, co zamierza ze mną zrobić. Czuję jak serce momentalnie mi przyśpiesza i głośno bije, mam jednak nadzieję, że się mylę, że moje założenia są błędne.
- Jak to co? – odpowiada pytaniem na pytanie Adam i podnosi się z podłogi. Zarówno brunet jak i blondyn spoglądają na niego z zaintrygowaniem, ciekawi pomysłu swojego Alfy. Szatyn obdarza jednego i drugiego wymownym spojrzeniem i śmieje się złowieszczo. – Jak myślicie chłopcy, co najbardziej zaboli starego, poczciwego Wooda?
- Śmierć jego córki? – podrzuca brunet i rzuca mi krótkie spojrzenie. Rozumiem, że to właśnie on dokonałby egzekucji, daje mi to zbyt wyraźnie do zrozumienia. Odwzajemniam jego spojrzenie, ale nic nie mówię.
- Nie – odpowiada radośnie Black i zaciera ręce. – Przemienimy ją.
Wraz z wypowiedzeniem tych słów, zaczynam się przeraźliwie miotać na wszystkie strony, kopać nogami w powietrzu i wrzeszczeć. Czuję, że wróciły mi siły.


Dopiero nad ranem, cicho łkając, przypominam sobie jak tutaj trafiłam.
Złota, ostra strzała przeszyła bezgłośnie powietrze. Nawet z tej odległości dostrzegłam, że trafiłam prosto w obojczyk dobrze zbudowanego blondyna, który zawył z bólu i upadł na kolana. Napięłam swój łuk ponownie i wycelowałam w jego towarzysza, ciemnowłosego chuderlaka, który stał nad leżącym na ziemi człowiekiem i szykował się do zadania mu ostatecznego ciosu swoimi ostrymi pazurami. Tym razem moja strzała przeszyła jego ramię na wskroś. Brunet również zawył i padł jak długi na ziemię, co zdecydowanie dało przewagę jego przeciwnikowi, który, jak na zawołanie, gwałtownie się podniósł i zaatakował bruneta. Rozejrzałam się wokół, ale nie dostrzegłam już zagrożenia z żadnej strony. Natychmiast zawiesiłam sobie łuk na plecach i pobiegłam w stronę blondyna. Kątem oka dostrzegłam, że mój brat został odrzucony o kilka metrów przez chuderlaka, ale szybko zastosował kontratak, rzucając się na niego z nożem. Sama wyjęłam swój sztylet. Przedmiot posiadał idealnie zdobioną złotą rękojeść i był przekazywany z pokolenia na pokolenie. Czekał na mnie całe szesnaście lat, starannie zapakowany w papier i złożony na dnie skrzyni mojego ojca.
Nogą pchnęłam klatkę piersiową blondyna, sprawiając, że chłopak natychmiast przewrócił się na plecy, nawet się nie bronił a ja usiadłam na nim okrakiem i wzniosłam wysoko nóż, trzymając go oburącz tuż nad sercem chłopaka. Coś jednak powstrzymywało mnie przed wbiciem mu sztyletu w klatkę piersiową.
- No dalej, zrób to – wycedził chłopak przez zęby, a ja dopiero wtedy zdołałam mu spojrzeć w oczy. Rzucał mi twarde spojrzenie niebieskich tęczówek, wpatrując mi się przez cały czas bezczelnie, prosto w oczy. Przełknęłam ślinę a moja determinacja gwałtownie zmalała, moje spojrzenie złagodniało a dłonie nieznacznie zadrżały. Blondyn rzucił mi drwiący uśmieszek. Oddech nerwowo mi przyśpieszył, przez co klatka piersiowa zaczęła gwałtownie wznosić się i opadać, mój wzrok napotkał lodowate spojrzenie niebieskich oczu. – Co cię powstrzymuje? – Prowokował mnie a ja stałam się rozdrażniona jak nigdy i na moment przymknęłam oczy, choć przecież nie powinnam. Chłopak mógł w każdej chwili odwrócić nasze role, wystarczyła sekunda, bym to ja leżała pod nim. Jednak nie zrobił nic, co stawiałoby mnie w tej gorszej sytuacji, prawdę mówiąc, blondyn ani drgnął. Zablokowałam jego ręce nogami, co nawet nie było potrzebne, ale wciąż wahałam się przed wbiciem mu sztyletu w serce. Zauważyłam, że po jego skroni ścieka strużka potu, strzała była nasączona trującym jadem a jego najwyraźniej już powoli dopadała gorączka.
- Miłość do drugiego człowieka to twoja słabość – warknął mi prosto w twarz. Z niemałą złością wbiłam mu sztylet w brzuch, na tyle głęboko, by nie zagoiło mu się to w przeciągu przynajmniej trzech dni. Zawył boleśnie i zamknął oczy, gdy je otworzył, był zszokowany. Nie spodziewał się, że jestem w stanie to zrobić. Uśmiechnęłam się z satysfakcją, ale już po chwili poczułam ogromne wyrzuty sumienia, nie miałam jednak ani chwili dłużej, by się nad tym zastanawiać, gdyż nagle poczułam ogromny ból w okolicach kręgosłupa a głowa zaczęła mi ciążyć. Jęknęłam boleśnie i przewróciłam się na bok, tuż obok chłopaka, zamykając oczy. Ból był niemal nie do zniesienia. Ziemia się trzęsła.



http://teenwolf.forumpolish.com/t496-by-your-side-komentarze#9461
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: By Your Side   12/2/2014, 20:50

Cytat :
Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze  Embarassed . Nawet nie wiecie jak to motywuje! Trochę poczekaliście, ale oto kolejny rozdział. I uwaga, nie sugerujcie się uczuciami bohaterów, nic tutaj nie można brać za pewnik.  Smile





2.


Gdy byłam małą dziewczynką biegałam po ogrodzie za motylkami i łapałam je w siatkę, podczas gdy mój starszy o cztery lata brat Joshua walczył z ojcem, czasem nawet do upadłego, w naszej sali ćwiczeń, która mieści się na parterze naszego domu. Zawsze ilekroć wcześnie rano przybiegałam do jego pokoju, skacząc po nim i prosząc, by się ze mną pobawił, on mnie odpychał i wyganiał z pokoju a ja się złościłam i skarżyłam mamie, mówiąc, że Josh jest głupi i nie chce się ze mną bawić. Często odchodziłam z płaczem z jego pokoju. Nie rozumiałam, że Josh najzwyczajniej w świecie nie ma już siły na zabawy, bo ojciec przyprawiał go codziennie o ból pleców, o kilka nowych siniaków i porządną migrenę. Mama zawsze tłumaczyła mi, że Josh jest zmęczony, chory, niewyspany. Z czasem przestałam go prosić, przestałam do niego przychodzić, nauczyłam się bawić samodzielnie i nawet nie zwracałam uwagi na to, czy brat jest aktualnie w domu, czy też go nie ma. Pewnego razu Joshua sam przyszedł do mojego pokoju i usiadł po turecku na frędzlowatym, okrągłym, różowym dywanie. Miałam może osiem lat i wciąż gniewałam się o to, że nigdy nie chciał się ze mną bawić. Dzieci pamiętają takie urazy dłużej niżby się mogło wydawać. 
- Co robisz? – spytał mnie brat.
- Nie widzisz? Piję herbatę z panem Misiem, lalką Dorotką i jej siostrą Margaret, Żabą i Prosiaczkiem – oznajmiłam dumny głosem, spoglądając na mój okrągły stolik i plastikowy zestaw filiżanek i talerzyków. Nawet na niego nie patrząc, uniosłam do ust jedną z różowo-białych filiżanek w różyczki i udałam, że piję z niej aromatyczną herbatkę, nie omieszkując przy tym głośno siorbać. Josh uśmiechnął się do mnie serdecznie. 
- Damy nie siorbią – zaśmiał się głośno, gdy odkładałam filiżankę na talerzyk. Skrzyżowałam ręce na piersi i posłałam mu złowrogie spojrzenie.
- Niby skąd wiesz? – rzuciłam gniewnie, ale i wyniośle. Chłopiec ponownie się zaśmiał i podniósł się z podłogi.
- Chodź, pobawimy się razem – oznajmił pogodnie, machając na mnie zachęcająco ręką i posłał mi wesołe spojrzenie. 
- A w co? – spytałam podejrzliwie, wciąż nie wstając i patrząc na niego szeroko otwartymi oczyma. 
- Nauczę cię grać w piłkę nożną. 
Zaciekawiona natychmiast wstałam i ubierając po drodze buty, pobiegłam za nim na dwór, do naszego ogródka za domem. Mój brat wyjął z garażu twardą czarno-białą piłkę i kopnął w nią mocno w moim kierunku. Piłka uderzyła mnie w kolana, na co jęknęłam głośno i wydęłam wargę w podkówkę.
- Hej! Nie rycz. Musisz ją kopnąć – nakazał mi brat i podbiegł do mnie. Stanął obok mnie i zgiął nogą pokazując mi jak wycelować w ową rzecz. To odwróciło moją uwagę od płaczu. Kopnął piłkę, tym razem delikatnie i posłał mi lekki uśmiech. – Widzisz? O właśnie tak. Spróbuj sama.
Spróbowałam. I spodobało mi się. Jednak, gdy chłopak próbował nauczyć mnie kiwania, zaplątały mi się nogi i upadłam. Zbierało mi się na płacz, tym bardziej, że sukienka mi się podwinęła i poharatałam sobie kolano. Krew sączyła mi się strużką po nodze i już miałam z płaczem pobiec do mamy, gdy nagle Josh do mnie podszedł, stanowczym ruchem mnie podniósł i zaczął dmuchać na ranę. Po chwili przyniósł z domu wodę utlenioną i plaster, po czym szybko zdezynfekował mi ranę. Powiedział, żebym nie płakała, bo przecież jestem dzielną dziewczynką i pogłaskał mnie po włosach. Obiecał też, że jeśli zostanę to pokaże mi kilka sztuczek. Po dwóch godzinach nauczyłam się już jak kiwać przeciwnika i strzelać celnie do bramki. Brat był ze mnie dumny, bo potrafiłam tak samo dobrze oddać strzał zarówno z lewej, jak i prawej nogi. Równie dobrze przyswoiłam prawidłowe kiwanie. To było pierwsze takie popołudnie z moim bratem, kiedy przekonałam się jaki jest wspaniały. Od tamtej pory zawsze trzymałam się blisko niego a on robił wszystko, by uchronić mnie przed złem całego świata. 



Po przebudzeniu zastanawiam się, co się stało z Joshem. Jestem pod wpływem gorączki, pot spływa mi po karku i niekiedy tracę ostrość widzenia. Wiem, że jakaś dziewczyna przychodzi do mnie co jakiś czas i robi mi zimny okład na czoło, wiem też, że starannie przykrywa mnie kocem, gdy mam drgawki, wiem, że do mnie mówi, ale ja nie jestem w stanie odpowiedzieć ani słowem, ponieważ wciąż nie odróżniam snu od jawy. Nie mogę też zapamiętać jak wygląda, bo zawsze ilekroć słyszę głos, widzę tylko rozmazany obraz jej osoby. Martwię się, że Black już mnie podrapał i przechodzę przez transformację. Mam jednak nadzieję, że tak się jeszcze nie stało, że mam jeszcze czas. Karcę się w myślach, po co mi więcej czasu skoro nie mam żadnych szans na ucieczkę?
Czasem rozpoznaję wyraźnie głos blondyna. Rozpoznaję lecz nie rozumiem jego słów. Czuję się tak jakbym traciła zmysły i tego obawiam się najbardziej. Mam świadomość, że to wszystko minie. Czekała mnie albo śmierć, albo egzystencja wilkołaka, co w zasadzie oznaczało dla mnie tyle samo, co pierwsza opcja. Co się stanie jeśli przemiana się powiedzie a ja skazana będę na życie, którego nie chcę? Czego chce ode mnie Black? Bo na pewno nie przyjmie mnie do swojej watahy. Jeśli natomiast wyśle mnie na spotkanie z rodzicami to zginę. I najważniejsze co powie Josh? Tego obawiam się najbardziej. Boję się, że zawiodę mojego brata, któremu to, obiecałam być silna. Obiecałam, że nigdy się nie poddam. A teraz? Czuję się już pokonana.


Budzę się, oddychając płytko. Jednak nie otwieram oczu, ponieważ w oddali słyszę dwa głosy, które z początku zlewają się w jedno, ale już po chwili jestem w stanie je odróżnić. Męski i damski, chyba się spierają ze sobą. Nadstawiam uszu, skupiając się na słowach jakie padają.
- Nie możesz jej tak więzić, Adam! To jeszcze dziecko – mówi wyraźnie damski głos. Należy do młodej dziewczyny, jest piskliwy, ale niezwykle melodyjny, jestem prawie pewna, że ten właśnie głos przemawiał do mnie kojąco, gdy opanowała mnie gorączka.
- Nora, kochanie, ona zabija takich jak my – wzdycha Black, którego również od razu rozpoznaję. 
- Nie ona a jej rodzina! – warczy dziewczyna nazwana Norą. Słyszę jak z hukiem odkłada naczynia, chyba do zlewu i odpuszcza na moment wodę. Zakręca ją równie gwałtownie. – Musisz ją wypuścić.
- Nie – mówi stanowczo i ostro Adam. Jego krótka odpowiedź zwiastuje tylko porządną kłótnię. Chciałabym otworzyć oczy i ich zobaczyć, ale boję się, że w każdej chwili mogłabym przykuć ich uwagę, a tego nie chcę. Lepiej niech myślą, że wciąż jestem nieprzytomna. 
- Zabijasz ją! – krzyczy dziewczyna. Nagle ktoś wali mocno pięścią w stół, mogłabym się założyć, że to Adam, jednak jego spokojny głos, który rozlega się po chwili, sprawia, że powątpiewam, by to był faktycznie on.
- Raczej daję jej nowe życie – prycha przy tym niesamowicie opryskliwie. 
- Ona jest tylko twoim królikiem doświadczalnym – mruczy zupełnie inny głos a ja z miejsca rozpoznaję, że to głos blondyna. Serce mi drga, nie wiedzieć czemu. Chłopak prycha gniewnie. Słyszę też gwałtowne szuranie krzesła. – Potrzebujesz jej do tych cholernych badań.
- Właściwie to potrzebuję jej do pierwszej próby a że przy okazji zranię potomka Wooda to tylko taki bonus – mówi jadowicie i jakby zadowolony z siebie Black. Wyobrażam sobie jak zaciera ręce z diabelskim błyskiem w oku. – Milczy przez chwilę, ale coś a raczej te dwie osoby, z którymi rozmawia sprawiają, że wybucha ze wściekłością. – Robię to dla was, pamiętacie?!
- Ach tak?! – odzywa się ponownie dziewczyna z ironią. Słyszę jak chodzi po małej powierzchni kuchni w przyczepie. Jestem ciekawa co takiego Black robi dla nich, ale Nora, niestety, mi wcale nie pomaga. – Co ta biedna dziewczyna zrobi po przemianie? Wróci do rodziny? Dobrze wiesz, że stary Wood pierwsze, co zrobi to weźmie strzelbę i bez mrugnięcia oka ją zastrzeli!
Nie do końca zgadzam się ze słowami owej dziewczyny. Mój ojciec nigdy by mnie nie skrzywdził. Jestem jego córką. Mimo swojej pewności, czuję nieprzyjemny ucisk w żołądku i niepewność w sercu. A co jeśli się nie myli? Mój ojciec jest bardzo surowy, honorowy, ale i mocno związany ze swoimi zasadami. To jasne, że mnie kocha, ale czy to nie on zawsze mi powtarzał, że lepsza jest śmierć niż żywot jako wilkołak? Jestem pewna, że nie zawahałby się przed zabiciem Josha, ale czy to samo tyczy się mnie? W tej chwili mam ochotę gorzko zapłakać. 


Zasypiam. Śni mi się, że zamieniam się w krwi żądnego wilkołaka i zabijam swojego brata. Wtedy z mgły wyłania się mój ojciec i strzela do mnie kilkakrotnie. Gdy skowycząc konam, podchodzi do mnie i dobija mnie sztyletem. Moim własnym sztyletem. Dziwne, podświadomie wiem, że to sen, ale mimo to nie mogę powstrzymać się przed krzykiem. Co gorsze, nie mogę się obudzić, więc zaczynam się szamotać i rzucać. 
Gwałtownie zaczerpuję powietrza i otwieram oczy, które do tej pory zaciskałam z całych sił. Oddycham szybko a z moich oczu płyną gorzkie łzy.  
- Ciii – słyszę czyjś szept, podążam za głosem i widzę blondyna, który klęczy mnie i przyciska palec do ust. Drugą ręką ściska kurczowo moje ramię. Przełykam ślinę i podnoszę się na łokciach. Znów jestem przykryta grubym kocem, moje ręce wciąż uwięzione są w kajdankach a ja czuję nikły ból w kręgosłupie. Spoglądam nieco zdezorientowana na chłopaka i mrużę oczy. Nagle przypominam sobie jak się nazywa. 
- Ty… ty jesteś Jackson – mówię z wysiłkiem, drżącym głosem. Nieco zdziwiony chłopak kiwa przytakująco głową. Oblizuję zeschnięte wargi i ponownie przełykam ślinę. Zaczyna mi wracać trzeźwe myślenie, to znak. Wodzę rękami po swoim ciele i nagle natrafiam na sporej długości zadrapanie na brzuchu. Opuszkami palców przebiegam po szramie i czuję, że zaraz się załamię. Drgam, wpatrując się w twarz chłopaka czujnie i ze smutkiem w oczach. Z obrzydzeniem zakrywam brzuch koszulką. 
- Zabij mnie – błagam rozpaczliwie, siląc się na pewny siebie i stanowczy ton, ale znów drży mi głos. Czuję jak po policzkach spływają mi łzy, wywołane już nie tyle snem, co okropną rzeczywistością, z której właśnie zdałam sobie sprawę. 
- Masz gorączkę – odpowiada chłopak i próbuję się odsunąć, ale ja uparcie ściskam jego rękę, nie pozwalając mu na to. Może to i prawda, ale nie majaczę. Doskonale zdaję sobie sprawę z sytuacji, w której się znalazłam. Jackson rzuca mi pytające spojrzenie, ale nie odchodzi, wręcz przeciwnie, przysuwa się do mnie. Widzę, że targają nim sprzeczne uczucia. 
- Nie chcę być wilkołakiem – mówię szybko, korzystając z tego, że mnie słucha. – Nie mogę… Ja… Proszę, pomóż mi. – Cała się trzęsę, ale nie dbam o to. Niech sobie myśli, co chcę; że jestem słaba, że jestem tchórzem i błagam o litość. Obojętne, byle tylko spełnił moją prośbę. Zaczynam szlochać i kompletnie nad tym nie panuję.
- Uspokój się – mówi mi chłodnym głosem, ale nawet to nie pomaga. – Daphne. Daphne. Daphne! – Dopiero wtedy głośno wydaję z siebie ostatni szloch i zaciskając mocno usta, patrzę mu w oczy, w których odnajduję chłodny spokój. Spoglądam na niego wyczekująco. – Nie możesz walczyć z genem wilkołaka, dobrze? Umierasz. Poddaj się temu. 
- Nie! Ja nie chcę. – Po tych słowach szarpie mną mocno, a ja zamieram, czując ucisk na moich ramionach. Gdy mną szarpnął, znów przejechałam nadgarstkiem po metalowych kajdankach, narażając ranę na otwarcie. Szczypie mnie i dlatego syczę boleśnie. Jackson patrzy na mnie ze złością, ale po chwili poluźnia uścisk a jego spojrzenie łagodnieje. Bierze głęboki oddech. 
- Jeśli przetrwasz tę noc, nie pozwolę żebyś później umarła. Obiecuję – mówiąc to wstaje. Przez cały czas patrzy mi uważnie w oczy, odwzajemniam jego spojrzenie i czuję dziwną więź porozumienia między nami. – Jutro będzie już po wszystkim. Tylko nie broń się przed tym. 
Po tych słowach wychodzi z przyczepy a ja znów zostaję sama, pogrążona w egipskich ciemnościach. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że mam wolną rękę. Mój organizm broni się przed wilczym genem, co nie jest dla mnie niczym dziwnym, przez cały czas myślałam tylko o tym, że nie mogę stać się wilkołakiem, że nie mogę na to pozwolić. Zawiodłabym wszystkich. Ale jeśli nie przestanę, to umrę teraz, a tak naprawdę chcę żyć. Mam tylko marne szesnaście lat, chcę zobaczyć jeszcze świat, chcę ponownie zobaczyć rodziców i Josha, chcę mieć chłopaka i chodzić do szkoły, chcę się bawić, chodzić do klubów, mieć koleżanki, chcę po prostu jeszcze żyć. Biorę głęboki oddech i próbuję się rozluźnić i uspokoić. Sama do końca nie mam pojęcia jak przestać walczyć, ale pozwalam, by opanował mnie spokój. Odprężam się i zasypiam. W głowie wciąż pozostaje mi tylko jedno pytanie, nad którym gorączkowo się zastanawiam, czy ja naprawdę chcę żyć w taki sposób?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
By Your Side
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Twórczość :: Opowiadania-
Skocz do: