IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Mrok sprzed wieków

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Mrok sprzed wieków   27/11/2013, 23:12

To moje pierwsze opowiadanie wiec mam nadzieje że wam się spodoba.  
Szczególne podziękowania przesyłam  do  ars_amandi która zgodziła się być moją  betą I love you  



PROLOG

Biegł przez nieoświetlony ciemny korytarz, który wydawał się nie mieć końca. Biegł, choć jego nogi sprzeciwiały się temu coraz bardziej.
Biegł, bo coś w głębi serca mówiło mu że musi tam być. Dotrzeć tam, by  to zobaczyć, uwierzyć, pamiętać.
Więc biegł.

W oddali dostrzegł lekkie światło – swój cel podróży. Wreszcie tam był! Radość w jego oczach zgasła jednak tak szybko, jak się w nich pojawiła, bo  to, co tam zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach.
Stiles nie miał pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi - nie rozumiał sensu i przyczyny .
Dlaczego? Po co to wszystko?
Nie wiedział, lecz jednego był w stu procentach pewny - był świadkiem straszliwych zajść.
Stiles widział rzeź.
Hałas, jaki panował w ogromniej sali, był nie do opisania.
Wszędzie leżały rozczłonkowane ciała poległych ofiar, a na marmurowej posadzce nie było nawet jednego miejsca niepokrytego lepką, szkarłatną krwią.
Co ja tu robię?, pomyślał, kompletnie zdezorientowany, nie mogąc oderwać wzroku od tego, co działo się tuż przed nim.
Nagle ni stąd ni z owąd w stronę Stilesa poszybowała z ogromną prędkością jasnoniebieska kula energii.
O mój Boże!
Dosłownie w ostatnim momencie odskoczył w bok.
Co to ma być?! Szlag, szlag, po co ja się tu pchałem? Muszę uciekać!
I tak, wiedział, że dopiero co tu się pojawił, ale jeśli miał wybierać pomiędzy zostaniem tu i byciem rozczłonkowanym na ileś tam kawałków przez jakiś psycholi a zwianiem w bezpieczne miejsce, to cóż, chyba tylko idiota wybrałby pierwszą opcję. A bądź co bądź, mimo niepochlebnej opinii Harrisa na jego temat, Stiles idiotą nie był.
W momencie, w którym się odwrócił, powietrze przeszył przeraźliwy dźwięk. Dźwięk tak ujmujący i zrozpaczony, że serce Stilinskiego ścisnęło się odruchowo.
Nie odwracaj się, nie patrz, uciekaj, krzyczał do niego jego rozum, ale serce rwało się w stronę tego głosu.
Szlag - on i jego ciekawość!
Zawrócił.
Pośród walczącego tłumu, w samym jego centrum, klęczał młody, elegancko ubrany blondyn ze łzami w błękitnych oczach. To właśnie on zawodził, trzymając w ramionach rudowłosą dziewczynę. Przez materiał pięknej  lawendowej sukni sączyła się krew.
- Nie odchodź, nie opuszczaj mnie… - szeptał załamującym się głosem, przyciskając ją do piersi i Stiles zagryzł wargi. Chciał tam podejść, pomóc , pocieszyć, lecz….
Raptownie pociemniało mu w oczach. Kształty zaczęły się zamazywać, a dźwięki cichły. Wśród coraz cichszych głosów zdołał jeszcze usłyszeć nawoływanie:
-Wróć do mnie. Kocham cię…





ROZDZIAŁ 1

Stiles poderwał się nagle na łóżku, spocony i zdyszany - i nadal zmęczony, jakby te kilka godzin snu nic dla niego nie znaczyło.
- Rany, znowu ten koszmar - mruknął do siebie. Od pewnego czasu miewał dziwaczne sny, a wszystkie dotyczyły tej pary kochanków. - Proszę o tylko jeden spokojny sen. Jeden. Czy to tak dużo? - burknął, przecierając zaspane oczy.
Według zegarka stojącego obok na nocnej szafce była już 7.30.
- Jeszcze lepiej - westchnął, odrzucając kołdrę i zeskakując boso na podłogę. Był słoneczny, przyjemny dzień. Poniedziałek. Początek tygodnia i nowych rozterek w życiu Stilinskiego. Choć odkąd rozwiązała się sprawa z kanimą ,a Boyd i Erica byli bezpieczni pod opieką Dereka, życie syna szeryfa stało się odrobinę spokojniejsze.
Co prawda, nie można było go nazywać stuprocentową sielanką, jako że pozostawała ciągle jeszcze sprawa wilkołaków. Ale na razie o tym nie myślał. Też miał prawo do zasłużonego odpoczynku, prawda?
Więc dziś żadnego Dereka, Petera i reszty watahy Hale'a. W skrócie: zero wilczych akcji. Dziś jest dzień Stilesa.
Postanowiwszy to, wziął szybki prysznic, zarzucił na siebie pierwsze lepsze ciuchy i ruszył do kuchni na śniadanie.
-Tato?
Nikogo nie było.
- No cóż, kto by się tego spodziewał? - Stiles wywrócił teatralnie oczami. Szeryf  zawsze na posterunku.

******

W szkole mimo usilnych starań Stiles i Scott ciągle wpadali na trzech muszkieterów Dereka.
- Okay, mam dość! - wrzasnął w końcu Stiles, tracąc cierpliwość. Scott uniósł jedynie brew, patrząc na niego z lekkim powątpiewaniem.
- To tylko przypadek.
- Jasne - odmruknął Stiles, odwracając się w stronę szafki.
Scott przechylił głowę na bok, a jemu znowu mignęła w tłumie, chyba setny raz z kolei, charakterystyczna burza loków Eriki.
Rany.
Scotta może nabrali, ale mnie nie, coś tu nie gra. Na kilometr czymś tu cuchnie.
- Daj spokój Stiles. Wszędzie widzisz jakieś zło, którego nikt inny nie dostrzega - westchnął Scott, klepiąc go pokrzepiająco po plecach.
Tak, ale zazwyczaj mam rację.
I coś mówiło Stilesowi, że trzeba się temu było dogłębnie przyjrzeć. Więc szlag trafił jego wakacje z dala od kłopotów.

******

-Stiles już coś podejrzewa - powiedziała Erica, wchodząc do kryjówki swojego stada.
Derek zmroził ją spojrzeniem godnym rodziny Hale'ów.
- To nie moja wina! A tak poza tym, po co mamy ich chronić? McCall jest jednym z nas, niech zaostrza pazurki i do boju, a Stilinski to człowiek. Nie ruszą go.
Alpha w odpowiedzi westchnął znacząco. Z drugiego końca pokoju dało się słyszeć głośne prychnięcie i z cienia wyłonił się Peter razem ze swoim nieodłącznym szyderczym uśmiechem.
-Nastolatki… Ile razy byś im coś tłumaczył, to i tak nic z tego nie pojmą. Ale czego więcej można się spodziewać po bandzie głupich, zakompleksionych młokosów?
Jak na zawołanie tęczówki Eriki w szybkim tempie zmieniły barwę, pazury wydłużyły się i zaostrzyły, a z kształtnych malinowych ust wyglądały teraz białe, spiczaste kły.
- Coś ty powiedział?! - warknęła, rozjuszona.
Uśmiech Petera poszerzył się odrobinę, jakby wcale nie obeszło go wrogie zachowanie dziewczyny. Dopiero Alpha położył temu kres, podirytowany już ich wiecznymi sprzeczkami.
Warknął krótko, a jego krwiście czerwone oczy zalśniły w ciemności.
- Dość tego - powiedział, wstając z popielatej kanapy. - Zrozum wreszcie, że musimy to robić. Scott nadal sprzeciwia się idei dołączenia do mnie, co sprawia że jest jedynie omegą. A to z kolei znaczy, że stał się potencjalnym celem dla wrogiego stada.
-No właśnie - nie chce nas - podsumowała beztrosko Erika, wzruszając ramionami.
- Nieważne co mówi , dla mnie jest częścią stada i dopóki sobie tego nie uświadomi, musimy go chronić.
- Dobrze, ale co ze Stilesem? Przecież nie jest wilkołakiem, Deucalion nie ma podstaw, by go atakować.
W tym momencie Peter postanowił włączyć się w rozmowę:
-Tak, to człowiek i to właśnie jest jego największą słabością. Deucalion to psychopata i nie zawaha się go zabić, mimo że nasz gadatliwy znajomy nie ma żadnej możliwości obrony. Tak więc, jak widzisz, moja porywcza panienko, jedynym wyjściem, by nie wzbudzać paniki i być pewnym przetrwania tej dwójki jest pilnowanie ich tak, by oni o tym nie wiedzieli.

*******

Trener jak zwykle wrzeszczał wniebogłosy. Stiles zawsze zastanawiał się, jakim cudem jego struny głosowe już się nie poddały. I, na wszystko co święte, nie zdziwiłby się, gdyby w którymś momencie okna w szkole i w zaparkowanych przed nią samochodach roztrzaskały się w drobny mak.
-Stilinski!
Skrzywił się, powstrzymując chęć zasłonięcia uszu.
- Tak, trenerze?
- To nie drzemka w przedszkolu! Biegaj! Ruchy, ruchy!
Stiles nie miał pojęcia, po co były te dodatkowe zajęcia. Najbliższy  mecz miał się odbyć dopiero za dwa tygodnie i, cóż, rywale nawet nie zasługiwali na tę nazwę. Ich pokonałaby nawet jego babcia. Z zamkniętymi oczami. Szczerze.
Do tego jeszcze sam zadał nim całą tonę pracy z ekonomii na jutro, w tym referat na za tydzień. Jeśli uważał, że dzień liczył więcej niż 24 godziny, to chyba ktoś wreszcie powinien uświadomić mu błąd.
Kątem oka Stiles zauważył ukradkowe - nie, niezbyt dyskretne - spojrzenia Lahey'a, jakimi obrzucał jego i Scotta.
Ja mam paranoję? Ja?!
Zwęził oczy, posyłając Isaacowi iście szatańskie spojrzenie, który natychmiast odwrócił wzrok.
Sukces!

*****

Na parkingu przy Jeepie stał Scott ze swoją słynną miną szczeniaczka. Stiles poprawił plecak, ruszając w jego stronę.
-Co jest? - spytał, krzyżując ręce na piersi.
I tak wiedział, o co chodziło.
- Uch… - zaczął Scott. A jąkający się Scott oznaczał tylko jedno…
Ha, winny!
-Allison?
-Skąd…?
- Proszę cię. Te twoje wielkie, wilcze oczy za żadne skarby nie utrzymają sekretu. Czyli dzisiaj horror odpada, tak?
- Wybacz, stary, ale wiesz, że ostatnio z Allison nam się nie układało przez tę akcję z kanimą i… i z całą resztą. Rozumiesz, prawda?
Fakt faktem, mieli ostatnio ciche dni, ale Stiles był pewien, że już wyszli na prostą.
- Pójdziemy innym razem? - spytał z nadzieją Scott.
Stiles nie odpowiedział, bo w tym samym momencie coś innego przykuło jego uwagę.
Po drugiej stronie ulicy zza jednym z samochodów zaparkowanym na szkolnym parkingu chował się kolejny z wilków Dereka.
Nawet nie trzeba było zgadywać, który to. Boyd.
Błagam, zero profesjonalizmu, to ma być konspiracja?
Miał już dość, będąc cały dzień obserwowany niczym cholerna mrówka pod mikroskopem.
I tak, Derek sam się prosił o wizytę z żądaniem informacji. A kto potrafił lepiej przesłuchiwać niż sam syn szeryfa?
Derek wyśpiewa wszystko jak na spowiedzi. Choć w przypadku tego gbura raczej wywarczy.
- …iles, Stiles!
- Huh? - odwrócił się do Scotta.
- Co jest? Miałeś jedną z tych przerażających  min. - Mój przyjaciel patrzył na mnie podejrzliwie. - Nie gniewasz się na mnie chyba, co?
-Nie, nie, co ty. Po prostu uzmysłowiłem sobie, że to nawet dobrze się składa, bo mam pewną, niecierpiącą zwłoki sprawę do załatwienia.
Brązowe oczy Scotta momentalnie rozjaśniły się wdzięcznością. Uśmiechnął się szeroko i ruszył do swojego skutera, klepiąc Stilesa szybko po ramieniu na pożegnanie.
Stiles wsiadł powoli do Jeepa, zdeterminowany, by poznać odpowiedź na nurtujące go od rana pytanie.
Co jest grane, Derek?


Ostatnio zmieniony przez merllo dnia 14/3/2014, 00:20, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ars_amandi
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1063
Punkty : 0
Join date : 17/10/2013
Age : 23

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Stiles Stilinski
Wiek: 17
Rasa: Człowiek

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   28/11/2013, 00:13

Łiiiiiiiiiiiiiiii cheers ! Wstawiłaś wreszcie swoje opowiadanie I love you ! Ponieważ nie widzę odrębnego tematu z komentarzami, napiszę tutaj, nie masz nic przeciwko Embarassed ?
I dziękuję za podziękowania ;DDDDD <3 That was my pleasure ^^

Cytat :
W oddali dostrzegł lekkie światło – swój cel podróży. Wreszcie tam był! Radość w jego oczach zgasła jednak tak szybko, jak się w nich pojawiła, bo to, co tam zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach.
Cały Stiles Laughing Zawsze trafi w sam środek jakiejś niebezpiecznej akcji xDD

Cytat :
Nagle ni stąd ni zowąd w stronę Stilesa poszybowała z ogromną prędkością jasnoniebieska kula energii.
Wiedźmy czy wyjątkowo wyszkoleni emisariusze?? I czy Stiles też w przyszłości będzie potrafił robić coś takiego ;D?

Cytat :
Pośród walczącego tłumu, w samym jego centrum, klęczał młody, elegancko ubrany blondyn ze łzami w błękitnych oczach. To właśnie on zawodził, trzymając w ramionach rudowłosą dziewczynę. Przez materiał pięknej lawendowej sukni sączyła się krew.
- Nie odchodź, nie opuszczaj mnie… - szeptał załamującym się głosem, przyciskając ją do piersi i Stiles zagryzł wargi. Chciał tam podejść, pomóc , pocieszyć, lecz….
Ciekawi mnie, kim jest ta para, którą widział w śnie Stiles  ? I czy są związani z nim w jakiś sposób? Albo mają oddziaływać na jego życie? Bo to niepodobne do niego, by aż tak współczuł komuś kompletnie obcemu (w końcu mówimy o chłopaku, który stał spokojnie, obserwując, jak Matt się topił, czy też proponował zabicie Jacksona jako najszybszą i najwygodniejszą metodę rozwiązania problemu, heh), dlatego sądzę, że oni odegrają jakąś ważną rolę  ..

Cytat :
-Stiles już coś podejrzewa - powiedziała Erica, wchodząc do kryjówki swojego stada.
Derek zmroził ją spojrzeniem godnym rodziny Hale'ów
Kocham to Laughing . Detektyw!Stiles, który zawsze zauważa podejrzane rzeczy w otoczeniu (w przeciwieństwie do biednego Scotta ;p) oraz Słynne Spojrzenie Hale'ów <3
I czy to nie urocze, że Derek tak się o nich martwi :Rolling Eyes: ?

Cytat :
Kątem oka Stiles zauważył ukradkowe - nie, niezbyt dyskretne - spojrzenia Lahey'a, jakimi obrzucał jego i Scotta.
Ja mam paranoję? Ja?!
Zwęził oczy, posyłając Isaacowi iście szatańskie spojrzenie, który natychmiast odwrócił wzrok.
Sukces!
 Słynne Spojrzenie Stilinskich, więc Laughing . On i Derek mogliby kiedyś sobie urządzić zawody ;p

Cytat :
Na parkingu przy Jeepie stał Scott ze swoją słynną miną szczeniaczka. Stiles poprawił plecak, ruszając w jego stronę.
-Co jest? - spytał, krzyżując ręce na piersi.
I tak wiedział, o co chodziło.
- Uch… - zaczął Scott.
Stiles powinien walnąć Scottowi w twarz podstawą zasadę męskiej przyjaźni: bros before hoes, bo to aż smutne widzieć, jak Scott zawsze stawia przed nim Allison ;/..
Z drugiej strony, dzięki temu Stiles ma czas na wycieczkę do Dereka :Rolling Eyes: ... A wszyscy wiemy, co tygryski, znaczy, uhm, czytelnicy, lubią najbardziej :dance: ? Stereeeeeeek! Laughing Więc niech Scott już sobie idzie, haha xD

Świetny rozdział, moje kochanie i nie mogę się już doczekać następnego ;***! Buziaki i dużo weny życzę <3!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   30/11/2013, 23:31

ROZDZIAŁ 2

Stiles wpadł jak burza do kryjówki Hale'a. Swoją drogą, co to była za kryjówka, skoro wszyscy i tak o niej wiedzieli?
W środku panował półmrok. Cudownie. Ciemno jak w grobie, gdyby nie wiedział lepiej, uznałby, że właścicielem tego miejsca jest Dracula.
Na kanapie, rozłożony niczym król, czytał gazetę psychopatyczny wujaszek. Nie zareagował nawet w najmniejszym stopniu na wtargnięcie chłopaka.
I dobrze. Stiles nadal pamiętał, co zrobił Lydii. I Laurze.
- Derek! - wrzasnął zamiast tego. - Złaź tu natychmiast!
Na schodach rozległ się charakterystyczny dźwięk kroków i już po chwili w słabym świetle pojawiła się sylwetka Alphy.
A oto już nasz wilczek z wielkim uśmiechem kroczy tanecznym krokiem w jego stronę.
Nie ta bajka.

- Zabiłoby cię, gdybyś się uśmiechnął? - zainteresował się udawanie.
Od strony kanapy doszło Stilesa stłumione prychnięcie. No tak, dzielił poczucie humoru z morderczym Peterem. Od razu chciało się żyć!
Młodszy Hale stanął naprzeciwko z podniesioną głową, patrząc na niego z góry jak na jakiegoś robaka i rzucił mu tak lodowate spojrzenie, że aż ciarki przeszły Stilesowi po plecach.
- Uch… dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Czego chcesz?
- Wiesz, wstałem dziś rano z jakże błędnym przekonaniem, że to dziś jest ten dzień, w którym będę miał trochę odpoczynku. Ale niee…
- Do rzeczy.
- Od rana mam dziwne przeczucie, że ktoś mnie obserwuje… Wiesz może coś na ten temat?
Wyraz twarzy Dereka kompletnie się nie zmienił. To tak, że jakby nagle zaczął okazywać emocje, to doszłoby do zachwiania podstawowych praw natury, a w konsekwencji zniszczenia  świata.
- Dobra. Prosto z mostu. O co chodzi?
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Stiles - Szedł w zaparte. W porządku. W porządku, on też tak potrafił.
- Więc to zbieg okoliczności, że gdzie nie  spojrzę, widzę jednego z twoich psiaków? - Stiles posłał mu sarkastyczny uśmiech numer dwa.
Zamierzał dowiedzieć się wszystkiego, choćby Derek miał go mordować wzrokiem aż do rana.

******
Noc była bezchmurna, księżyc świecił jasno, a gwiazdy ozdabiały ciemne niebo. Gdzieś w mrocznym i cichym lesie Beacon Hills, z dala od zgiełku ulic i wścibskich oczu ludzi, miało miejsce spotkanie stada Alph.
- Nie wiem, po co mamy czekać, zabijmy wszystkich choćby i dziś. Od kiedy to dla nas coś trudnego? Stado dzieciaków z początkującym Alphą.
Kali, szczupła brunetka, nie była zbyt cierpliwa, nie mówiąc w ogóle już o zdolności do odczuwania jakichkolwiek głębszych emocji.
- Nie, Kali. - Najsilniejszy, a zarazem dowodzący Alpha posłał jej twarde spojrzenie. Z nim nie wchodziło się w dyskusje. Można było jedynie wykonywać jego rozkazy. Deucalion najsilniejszy, najbardziej bezwzględny i z pewnością najbardziej nieobliczalny.
-Ale… - zaczęła jeszcze raz Kali i Deucalion uniósł rękę, przerywając jej.
- Zaatakujemy w odpowiednim momencie, a ten moment, moja cudna, jeszcze nie nadszedł. - Odwrócił się, spoglądając na parę bliźniaków, która natychmiast zerwała się z ziemi, dołączając do szeregu i prostując się w oczekiwaniu na nadchodzące rozkazy.
-Aby pokonać wroga, najpierw trzeba go poznać. Ethan, Aiden, od jutra dołączacie do tutejszej szkoły. - Bracia wymienili dyskretne, zaskoczone spojrzenia i Deucalion uniósł do góry brew z błądzącym na ustach uśmieszkiem. - Cieszycie się, mam rację?

******

-Na miłość boską, Derek, zlituj się!
Był tu już od kilku godzin i nadal nie wyciągnął nic z Alphy. Powoli zaczynał mieć tego dość. Jak, serio, to było oczywiste, że i tak w końcu wszystkiego się dowie, tak?  Dlaczego Derek przedłużał coś nieuniknionego, bawiąc się w podchody? Nie prościej było powiedzieć wszystko już teraz?
Hale jedynie wydał z siebie głębokie westchnięcie, przekręcając stronę jakiejś książki - i dalej ignorując Stilesa.
Czytałeś jedną stronę przez piętnaście minut? Faktycznie, interesująca lektura.
- Na miłość boską, odłóż to wreszcie i łaskawie odpowiedz na moje pytanie! - Stiles tupnął nogą, kompletnie nie dbając o to, że właśnie zredukował się do rozhisteryzowanego pięciolatka. Jeśli ktoś ponosił tego winę, to tylko i wyłącznie Derek.
- Proszę bardzo. Wszystko dzieje się jedynie w twojej wyobraźni. Zadowolony?
- Och, odkryłeś sarkazm, gratuluję! Może przyznasz się teraz, kto cię tego nauczył, huh? No, kto?!
Stiles nawet nie zorientował się, że nagle zawisnął w powietrzu, trzymany za kołnierz koszuli i mając przed sobą rozwścieczonego, warczącego wilkołaka. Przełknął wolno ślinę.
Żegnaj, piękny świecie?…...
- Kończy mi się do ciebie cierpliwość, Stiles - wycedził Derek, obnażając kły. - Dlatego radziłbym, żebyś się stąd wyniósł, zanim stracę jej resztkę i rozerwę ci gardło zębami. Zrozumiałeś?
-Okay, okay, okay, Jezu… - wymamrotał z irytacją chłopak, wyrywając się teatralnie i maszerując w stronę wyjścia.
I, oczywiście, przystając tam, by obejrzeć się przez ramię z bezczelnym uśmiechem.
- I tak się dowiem!
Alpha ruszył do przodu i Stiles czmychnął, zanim faktycznie doszło do poważnego uszkodzenia pewnych niewinnych gardeł.

*******

Derek stał nadal przed zamkniętymi drzwiami, oddychając głęboko i starając się tym samym uspokoić nerwy.
-Aw, dzieciak właśnie awansował na mojego ulubieńca - odezwał się znienacka Peter z głębi domu i Derek bez słowa obrócił się, przechodząc obok wujka, nadal beztrosko coś mówiącego, i idąc prosto na górę. Westchnął, wchodząc do swojego pokoju i rozglądając się po nim. Nie odnowił go po pożarze i teraz pomyślał, że jednak może było trzeba. Że może trzeba będzie w końcu zabrać się za odnowę całej posiadłości. Ściany i sufit pokrywała sadza, chociaż gdzieniegdzie można było dostrzec prześwity  brzoskwiniowej farby, jeśli się wystarczająco uważnie przyjrzało. Pokój był nieco rozjaśniony dzięki światłu wpadającego przez niewielkie okno po prawej. Derek opadł ciężko na ogromne, luksusowe łóżko. Prawdopodobnie jedyną luksusową i wygodną rzecz w tym domu, tak naprawdę, i poczuł, jak wargi drgają mu lekko na myśl, co powiedziałby o tym Stiles. Zwłaszcza o czarnej pościeli.
A skoro już była mowa o Stilesie… Założył ręce za głowę, marszcząc brwi na samo wspomnienie tego irytującego chłopaka.
I jego irytujących, bursztynowych oczu. Czy zaróżowionych policzków, kuszącego, wysportowanego ciała, albo tych perfekcyjnie wykrojonych ust, które tak doskonale wyglądałyby naokół jego…
STOP! To nie czas na takie fantazje. Szykuje się ostre starcie z wrogim stadem, to na tym powinien być teraz skupiony. A nie na chłopaku, który przecież nigdy nie będzie jego, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby z nim być? Derek od dawna stracił prawo do szczęścia. Musiał przestać o nim myśleć.
Ale nie mógł, bo ilekroć zamykał oczy, wciąż widział Stilesa.

*******

Będąc już w swoim domu, Stiles zdecydował zrobić sobie szybkie podsumowanie sytuacji.
-No dobrze, zastanówmy się… - szeptał do siebie, krążąc niespokojnie po pokoju. - Derek milczy, jego pieski węszą koło mnie i Scotta, jakby nas pilnowali, a sam McCall nic nie wie… Więc są dwa wyjścia. Albo Hale boi się, że znowu przysporzymy mu kolejnych problemów… - Bądź co bądź, Scott nadal umawia się z córką łowcy, więc mamy   znajomości. Stiles usiadł na swoim łóżku z szerokim uśmiechem na twarzy. - Albo będą jakieś poważne kłopoty i trzeba się mieć na baczności. - Osobiście skłaniam się do opcji numer dwa. Prawdą jest, że ze Scottem nie popieramy większości decyzji, jakie podejmuje Derek, ale nie wyślemy na niego bandy łowców.
Czy wyślemy?

-Nie. -Szybko wyrzucił tę myśl z głowy. - Ale i tak muszę to omówić ze Scotty'm.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   3/12/2013, 15:59

Rozdział dedykuje Akayoru za to że tak pięknie motywuje mnie do pracy :)Mam nadzieje że i ten rozdział ci się spodoba.



ROZDZIAŁ 3


Na lekcji przynudzali dziś niemiłosiernie. Stiles utrzymywał powieki w górze jedynie dzięki całej swojej sile woli.
Jak tak dalej pójdzie, będę zmuszony podkleić je taśmą… Jakiś cud, może? Pięknie proszę?
W tym samym momencie drzwi do sali się otworzyły i do środka weszło dwóch młodych, dobrze zbudowanych brunetów. Bliźniaków.
O-kay, dziękuję? A teraz, jeśli to nie za wiele, poproszę również o modelkę w bikini? Modelka w bikini, modelka w bikini, no dalej, powtarzał w myślach jak mantrę, wpatrując się w drzwi z podekscytowanym oczekiwaniem.
Nie, nic, nikt nowy nie wszedł, szok. Stiles opadł ze zniechęceniem na krzesło i zerknął zamiast tego na Scotta, który kręcił się, jakby siedział na szpilkach.
- O co chodzi? - spytał z ciekawością.
- To wilkołaki - oświadczył ponuro jego przyjaciel, nadal nie odrywając wzroku od nowo przybyłych.
Stiles dyskretnie rozejrzał się po sali, sprawdzając reakcje Eriki, Boyda i Isaaca. Tak, jak się spodziewał, nie wyglądali jak komitet powitalny, raczej trochę jak maniakalni szaleńcy, którzy mieli ochotę rozszarpania kogoś żywcem.
Stilesa przeszły dreszcze. Odwrócił  głowę z powrotem w kierunku wilczych braci. Więc to ich bał się Derek… No proszę, proszę. Boi się dwójki nastolatków. Ciekawe, jaką zrobi minę, gdy mu to wytknę.
-To Aiden i Ethan. Od dziś będą chodzić z wami do klasy. Przywitajcie ich ciepło - powiedział nauczyciel i stojący koło niego bliźniacy posłali wszystkim olśniewające uśmiechy.
- Zajmijcie, proszę, wolne miejsca - dodał jeszcze do nich profesor i wrócił z powrotem do właściwego tematu lekcji. Bracia ruszyli w kierunku jedynej wolnej ławki, umiejscowionej niedaleko Stilesa i Scotta. Po drodze jeden z nich, bodajże Ethan, o ile Stiles dobrze zapamiętał, uniósł brew z aprobatą, posyłając mu długie spojrzenie.
O mój Boże, czy on mnie… Czy to był fli...- Nie, na pewno nie. Stiles potrząsnął zdecydowanie głową, usiłując pozbyć się tej absurdalnej myśli.

******

Na stołówce Stiles i Scott usiedli - oczywiście, jakby inaczej - razem z Allison i Lydią, która rzucała wszystkim przechodzącym mordercze spojrzenia.
Taak, rudowłosa dziewczyna była ostatnio trochę drażliwa, chociaż nigdy by się nie przyznała, że to z powodu przeprowadzki Jacksona do Londynu.
Stiles kaszlnął teatralnie.
-Więc, jeśli chodzi o tych nowych, to mam złe przeczucia. Są… - urwał, gdy wszyscy naraz zaczęli rzucać mu dziwne spojrzenia. Do tego Scott wywracał oczami tak mocno, że to wręcz musiało boleć. Stiles zmarszczył brwi, dając mu dosadnie do zrozumienia, że nie ma zielonego pojęcia, o co mu chodzi. Wilkołak w odpowiedzi wskazał lekko głową na coś tuż ponad ramieniem przyjaciela.
- Oni stoją za mną, prawda?- wymówił bezgłośnie Stilinski. Dziewczyna Scotta skinęła twierdząco ze współczuciem.
Stiles bez wahania odwrócił się do tyłu z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Witam kolegów. W czym możemy pomóc? - spytał, jak gdyby nigdy nic.
- Jesteśmy w jednej klasie, warto by się poznać. - Bliźniacy, mówiąc to, już zajmowali miejsca przy stoliku. Aiden dosiadł się do Lydii, a obok Stilesa, znowu z tym podejrzanie zadowolonym wyrazem twarzy, usiadł Ethan.
Gdzie jest Danny, gdy jest potrzebny?!
- Nas już znacie, w końcu nasze imiona zostały ogłoszone publicznie na zajęciach, ale my was nie. Może więc na początek się przedstawicie? – zaproponował przyjacielsko Aidan, wpatrując się z zainteresowaniem w Lydię.
-Jasne - rzuciła niedbale. - Ja mam na imię Lydia… - Następnie pokazała na przyjaciółkę. - To jest Allison, a naprzeciwko niej siedzi jej chłopak Scott. - Oboje jednocześnie skinęli głowami. - A na końcu został nam Stiles - mówiąc to, wskazała ręką na syna szeryfa.
-Witam, witam.
- Stiles? Co to za imię? - zapytał Ethan z przesadnie czarującym uśmiechem.
A że cię szczęka nie boli, wilczku.
-Nie, to nie imię, ono… ono jest dość pokręcone, więc łatwiej używać ksywki. - Wzruszył ramionami.
Całą przerwę obiadową  przesiedzieli w tym gronie, dyskutując żywo o wszystkim.
Przyznam, że właściwie nie było tak źle, jak się na początku spodziewałem.
W międzyczasie Stiles co jakiś czas sprawdzał stolik zajmowany przez watahę Dereka. Nie byli w dobrych nastrojach. Wydawało się, że kłócą się o coś między sobą, co chwilę rzucając dezaprobujące spojrzenia w stronę Stilesa i reszty towarzystwa.

******

- Jest źle - stwierdził z zatroskaniem Lahey.
- Zgadzam się, trzeba szybko powiedzieć Derekowi - poparła go blondynka, nie spuszczając nieprzyjaznego wzroku z bliźniaków.
- Opanujcie się, przecież nic się jeszcze nie dzieje - westchnął Boyd, odkręcając sok.
Wilczyca popatrzyła stanowczo na swojego kolegę:
- No właśnie, jeszcze.
- Nie wiem, jak wy, ale ja nie będę czekał, aż Alphy zrobią krzywdę członkom naszego stada - powiedział Isaac, podnosząc się z krzesła. Chłopak aktualnie dbał o stan Scotta - i Stilesa, oczywiście, Stilesa też. Od pamiętnych zajść z kanimą i Gerardem Scott był jego przyjacielem i zamierzał zrobić wszystko, co w jego mocy, by nic się mu… im nie stało.
- Oni nie są w naszym stadzie! - warknęła z irytacją Erica. W porządku, może i pomagali, gdy wymagała tego sytuacja, ale nie zamierzała przyznać tego na głos.
- Ciekawe, nie wiedziałem, że to ty podejmujesz u nas decyzje - zironizował Isaac, nachylając się w jej stronę z uniesionymi brwiami.
- Uspokójcie się!
Na dźwięk podniesionego głosy Boyda Isaac opadł z powrotem na krzesło i Erica zasznurowała z niezadowoleniem usta.
- Kłócicie się niczym dzieci. Przekażemy Derekowi wszystko zaraz po lekcjach. A jeśli chodzi o członkostwo Scotta i Stilesa w stadzie, jedynie nasz Alpha może o tym zadecydować - powiedział twardo, mierząc ich po kolei wzrokiem, a następnie wracając z powrotem do obiadu. Pozostała dwójka z kwaśnymi minami dalej obserwowała stolik naprzeciwko, nawet jeśli robili to każde z innego powodu. Isaac, bo martwił się o przyjaciół. Erica, by posyłać wszystkim tam siedzącym złowrogie spojrzenia.

******

Dochodziła szesnasta i było już po zajęciach. Stiles stał samotnie przy wejściu do szkoły, czekając cierpliwie na resztę grupy. Po tym, jak udało im się wreszcie zgubić tych bliźniaczych natrętów, których najwidoczniej nowym życiowym celem było nieopuszczanie ich na krok, postanowili umówić się właśnie w tym miejscu zaraz po lekcjach.
Swoją drogą, to nienaturalna przylepność bliźniaków przypomina mi dotychczasowe zachowanie stada Dereka. I, serio, nie mam pojęcia, jakim cudem nagle staliśmy się wraz ze Scottem tak popularni w wilczych kręgach.
-Jesteśmy! - Z rozmyślań wyrwała go brutalnie przytulona para i Stiles rozejrzał się, zaskoczony, że pojawili się tylko Scott i Allison.
- A gdzie Lydia? - W końcu ona też była częścią paczki.
Brunetka wzruszyła ramionami.
- Z Aidenem?
- Świetnie… Powiedziałem, żebyśmy się wszyscy spotkali, bo mam coś do omówienia i co? Jak widać, do niektórych moje słowa nie dotarły. - Skwaszona mina Stilesa dała jasno do zrozumienia, co myśli na ten temat.
- Wiesz, jaka jest Lydia. Gdy wszystko ustalimy, to Allison zda jej szczegółowy raport - pocieszył go Scott i Allison pokiwała twierdząco głową.
A może to i lepiej?
Widać było od razu, że Lydia i Aiden przypadli sobie do gustu. Nie będzie smęcił, on i tak wybił już ją sobie z głowy. Teraz była dla niego tylko i wyłącznie dobrą przyjaciółką. A teraz mogli wykorzystać jej znajomość z nowym wilkołakiem, by wyciągnąć z niego trochę więcej informacji.
Stiles spojrzał na Allison.
- Ok. Przyjechałaś samochodem? Scotta nawet nie pytam, bo przecież sam go dzisiaj podwiozłem, nieprawdaż, Scotty? - Stiles uśmiechnął się szeroko do rozbawionego przyjaciela, podnosząc brwi.
- Nie, tata mnie dziś podwiózł.
Stiles cofnął się, otwierając drzwi swojego Jeepa.
- Dobrze się składa, wskakujcie.
Nie minęło nawet pięć minut, odkąd wyjechali ze szkolnego parkingu, gdy rozległ się głos Scotta:
- Myślałem, że jedziemy do ciebie?
- Taa… Nie. Jedziemy do Dereka.
- Czemu? Przecież mówiłeś, że nie chciał z tobą rozmawiać.
No jasne, wypominaj mi to całe życie. Czemu by nie.
Stiles zacisnął zęby, czerwieniejąc i Allison stłumiła śmiech z tyłu. Przewrócił oczami.
- Nie chciał, ale zechce, bo tym razem mam trochę więcej informacji. Poza tym, kto powiedział, że muszę być idealnie szczery, hm? I sam dobrze wiesz, że w moim wykonaniu każde kłamstwo jest bardziej wiarygodne, niż najprawdziwsza prawda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   6/12/2013, 00:15

Rozdział 4


Niebiesko-czarny jeep z załogą Stilesa zatrzymał się pod zrujnowaną posiadłością  Hale'ów i wszyscy od razu się z niego wysypali, ruszając w stronę frontowych drzwi ze Scottem na czele.
McCall pchnął je śmiało, wchodząc do środka.
Po co pukać, skoro i tak prawdopodobnie już nas wywęszyli, racja?
A i proszę, wszyscy już tu zebrani, jak wygodnie.

Cała banda stała w salonie i gapiła się na przybyszy.
Aww, przerwaliśmy im spiskowanie…
- Czego. - Oczywiście, zawsze można było liczyć na Dereka i jego anielskie usposobienie dobrego gospodarza.
- Przyszliśmy pogadać - rzucił lekko Stiles, wchodząc dalej i ciągnąc za sobą Scotta i Allison.
- Ostatnim razem nie wyraziłem się wystarczająco jasno? Potrzebujesz ręcznej demonstracji? - wysyczał przez zaciśnięte zęby Derek, idąc w stronę Stilesa, który instynktownie cofnął się o parę kroków.
Scott momentalnie stanął przed nim, zasłaniając go przed morderczym wzrokiem Alphy.
I uniemożliwiając mu tym samym bezproblemowe rozszarpanie Stilesa żywcem.
-Dziś mam obstawę - wyszczerzył się radośnie Stiles, wyglądając za pleców przyjaciela.
Co? Był usprawiedliwiony! Wsparcie - ochroniarz - przy rozmowie z Derekiem zawsze było mile widziane, zwłaszcza, że on i Stiles mieli niepokojącą tendencję do wszczynania kłótni.
- Ustalmy fakty. My już wiemy, co jest grane – oświadczył Stiles, wychodząc odważnie na środek i spoglądając młodemu przywódcy stada prosto w oczy.
Przyznam, że jego klasyczne zaraz-ci-wyrwę-język spojrzenie jest odrobinę… okay, bardzo przerażające, ale nie zamierzam odwrócić wzroku. W końcu tu chodzi o informacje, od których może zależeć przeżycie moje i moich przyjaciół. Nie ma mowy, żebym odpuścił.

*******

Derek warczał nieprzerwanie już od kilku minut. To, co usłyszał od tej trójki nastolatków, których uznawał za część swojej watahy, nie pozostawiało żadnych złudzeń. Scott i Stiles byli w niebezpieczeństwie. I tak, Scott być może był w stanie sam się obronić, ale nie Stiles, nie z jego delikatnym ludzkim ciałem. Gdyby coś mu się stało, to… Nie chciał nawet o tym myśleć.
A teraz Stiles siedział w jego salonie i robił to, co potrafił najlepiej. Denerwował go. Derek zacisnął pięści i gwałtownie chwycił chłopaka za łokieć, popychając mocno w stronę zaskoczonych Scotta i Allison.
- Będzie lepiej dla wszystkich, jeśli zabierzecie go z dala ode mnie - wycedził. - Przydałoby się tu trochę ciszy.
Stiles zacmokał z udawanym oburzeniem.
- O ile pamiętam, to wspominałem, że wszystkiego się dowiem, prawda? I zgadnij, kto miał rację. - Spojrzał wyzywająco prosto w oczy Alphy z cwanym wyrazem twarzy. - Twoje małe stadko pilnowało mnie i Scotta, bo obawiasz się dwójki ślicznych bliźniaków.
Jedynym, co usłyszał Derek, były dwa ostatnie słowa. Dlaczego? Któryś mu się spodobał?… Nie. Hale zacisnął szczękę, coraz bardziej rozgniewany.
- Proszę cię, nastolatki, naprawdę? A ty - wielki zły wilk - się ich boisz? Ty. Jeśli nawet ja nie kryję się przy nich po kątach - zakpił Stiles i te słowa przebrały przysłowiową miarkę. Derek w mgnieniu oka znalazł się przy nim, brutalnie podnosząc z kanapy i przygważdżając do ściany. Kątem oka zauważył wściekłą reakcję Scotta, ale w ostatniej chwili jego stado zagrodziło mu drogę.
- Może to mnie powinieneś się bać… - powiedział nisko Hale, nachylając się do chłopaka i owiewając mu ucho gorącym oddechem. Policzki Stilesa praktycznie stanęły w ogniu.
Och… On tak słodko pachnie. Kwiatami bzu. A te rumieńce…
Serce Stilesa zaczęło bić szybciej i Derek uśmiechnął się niebezpiecznie, wsłuchując się w nie.
- Wybacz - szepnął Stiles na bezdechu i Hale nie mógł się powstrzymać, by nie wyobrazić sobie brzmienia własnego imienia, wypowiedzianego właśnie tym tonem. Wykrzyczanego podczas gorącego i ostrego… Alpha ostro pokręcił głową. To nie był czas ani miejsce na takie myśli.
Puścił go, cofając się o parę kroków. Chłopak praktycznie z prędkością światła wyrwał się do przodu, korzystając z okazji i znowu chowając się za plecami Scotta.
Derek omiótł spojrzeniem członków watahy, wahając się, czy ma wyjawić wszystko Stilesowi, Scottowi i młodej Argentównie.
Isaac, Erica i Boyd kiwnęli kolejno głowami, a Peter westchnął, przewracając oczami:
- Powiedz im wreszcie, bo jeśli nie, nigdy nie zdołamy się pozbyć tego wścibskiego gaduły.
Derek uniósł brwi w odpowiedzi, a potem odwrócił się do wcześniej wymienionej trójki, biorąc głębszy oddech i zaczynając mówić.

*****

- …w ich szeregach jest też człowiek, nazywa się Stiles Stilinski.
Bliźniacy kończyli właśnie zdawać szczegółowe relacje z dzisiejszego dnia. Przywódca zainteresował się wyraźnie nietypowym nabytkiem stada Dereka.
- Stilinski? Ciekawe, bardzo ciekawe.
- Chcesz go zabić? - zapytała Kali. - Sam mówiłeś, że na razie czekamy, nie wychylając się.
Kobieta, oczywiście, miała tego dość i z przyjemnością zatopiłaby kły w tym dzieciaku. Nie miała oporów przed zabijaniem. Dziecko, nastolatek czy dorosły nie stanowili dla niej żadnej różnicy. Krew z każdego z nich wypływała dokładnie tak samo. Deucalion zaśmiał się tylko i z dziwną miną wpatrzył w piękny krajobraz miasta.
- O co ty mnie podejrzewasz, kochana? Chcę z nim tylko porozmawiać w cztery oczy. - Pogwizdując pod nosem, odwrócił się z powrotem do braci. - Sprowadźcie go do mnie przy najbliższej okazji.
Młodzieńcy pokiwali głowami na znak zrozumienia.
-A… Zapomniałbym - dodał jeszcze Alpha. - Nie uszkodźcie go. Jeśli zrobicie mu jakąkolwiek krzywdę, zabiję was bez wahania.

*******

- Dlaczego nie powiedzieliście nam wcześniej? - oburzył się Stiles. Był blady, ale nie było w tym nic dziwnego po tym, czego się dowiedział.
- Bo ty i oni - zaczęła Erica, wskazując na łowczynię i Scotta. – Nie należycie do stada.
Warkot Dereka określił jasno, co on o tym sądził.
- Powinniśmy trzymać się razem - zaproponował stojący do tej pory w kącie pokoju Isaac.
Wszyscy odwrócili się w jego kierunku i wzruszył ramionami, kontynuując:
- Wiecie, że w grupie siła, a w ten sposób będziemy mieli większe szanse na pokonanie Deucaliona i jego stada.
- Chłopak ma rację - poparł go siedzący na krześle Peter. Na to oczywiste stwierdzenie Derek jęknął gardłowo i zwracając się do trójki przybyszów, powiedział:
- Od teraz, czy tego chcecie czy nie, należycie do mojego stada.
Pierwszy z szoku otrząsnął się Scott:
- Nie mam zamiaru być w twoim stadzie! - wykrzyczał. - Na pewno we trójkę poradzimy sobie z nimi bez waszej pomocy – mówiąc to, spojrzał wyczekująco na swoją dziewczynę i przyjaciela, szukając w nich poparcia. Stilinski nie był zbyt przekonany do tej jakże błyskotliwej teorii, a widząc minę Allison, nabrał pewności, że nie był w tym osamotniony.
- Scotty… Bracie mój, ja wiem, nie popieramy Dereka i w ogóle, ale w tym przypadku muszę się z nim  zgodzić. - Po niedowierzającej i jednocześnie zawiedzionej minie McCalla ewidentnie można było stwierdzić, że nie spodziewał się takiej odpowiedzi. - Tutaj chodzi o stado Alph, w porządku? Ty jesteś Omegą… - Scott spojrzał na niego z urazą i Stiles błyskawicznie się poprawił: - Betą! Betą, jasne, a my tylko ludźmi, nawet jeśli Allison umie strzelać z łuku. Jak dokładnie oceniasz nasze szanse w tym starciu?
- Kto by się spodziewał… Stiles aktualnie umie myśleć! - zakpił Peter i Stiles zacisnął zęby, by się nie odgryźć, jednocześnie nie spuszczając wzroku ze swojego najlepszego przyjaciela. Pierwszy raz się w czymś nie zgadzali.
Stiles nie mógł się tym razem opowiedzieć po jego stronie. Gdyby ta sytuacja zagrażała jedynie Stilesowi, Scottowi i Allison - w porządku. Ale chodziło również o ich rodziców, a Stiles nie mógł pozwolić, by coś złego stało się jego ojcu. Więc, tak jak powiedział Derek, czy chcą, czy nie chcą, musieli do niego dołączyć.

*****

Po tym, jak Stiles odwiózł swoich przyjaciół do domu McCallów, pojechał prosto do siebie.
Gdy wyszedł z samochodu, zauważył nagle, że drzwi wejściowe nie były zamknięte. Dziwne. Światło również się nie świeciło. Czyżby tatę dorwała nagle skleroza i zapomniał je zamknąć?
Stiles wszedł ostrożnie do środka, przekręcając za sobą zamek.
- Tato? Tato, jestem!
Odpowiedziała mu jedynie cisza i postanowił poszukać ojca. W pierwszej kolejności zajrzał do salonu, potem kuchni, ale nigdzie go nie było. Zawiedziony, ruszył na piętro, do sypialni taty. Pustej sypialni taty.
Stiles zmarszczył brwi, w końcu się poddając i idąc do własnego pokoju. Zatrzasnął za sobą drzwi, rzucając torbę na ziemię zaświecił światło.
W tym samym momencie zdał sobie sprawę, że w jego pokoju ktoś jest. I to nie jego tata.
Ethan siedział na łóżku Stilesa z opartymi na kolanach rękami .
- Co… co ty tu robisz? Jak tu wszedłeś? - wykrztusił Stilinski z bijącym szybko sercem. Ethan nie odpowiedział, wstając bez słowa i momentalnie uruchamiając wrzeszczący o niebezpieczeństwie instynkt Stilesa. Niewiele myśląc, chłopak obrócił się o sto osiemdziesiąt  stopni i szarpnął za klamkę, otwierając gwałtownie drzwi.
Za którymi stał Aiden.
- Wybierasz się gdzieś? - spytał, krzyżując ręce na piersi. - Deucalion chce zamienić z tobą parę słów.
Stiles nie miał żadnej drogi ucieczki, był bezbronny, ale to i tak nie pohamowało jego ciętego  języka.
- A jeśli ja nie chcę z nim gadać? Bo wiecie, mam całkiem dużo o wiele ważniejszych zajęć. Jak na przykład policzenie ziarenek w kuchennej solniczce.
Aiden błyskawicznie go złapał, wykręcając boleśnie rękę do tyłu.
- Auć, auć, puszczaj! - syknął Stiles, wyrywając się. W tym samym czasie podszedł do nich Ethan, i chwycił  Stilesa za drugie ramię, a potem wspólnie z bratem  pociągnęli, miotającego i wrzeszczącego chłopaka, do wyjścia, a następnie do zaparkowanego niedaleko auta, gdzie został wrzucony na tylne siedzenie.
Zanim choćby zdołał pomyśleć o ucieczce, samochód ruszył z piskiem opon. Choć Stiles był przerażony, nie miał innego wyjścia, niż tylko na spotkanie z przywódcą wrogiego stada. Mam nadzieję, że przeżyję… Westchnął tylko, opierając głowę na zagłówku siedzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   9/12/2013, 17:36

ROZDZIAŁ 5


Derek nie mógł spać, bo cały czas wyobraźnia podsuwała mu gorące sceny z udziałem Stilesa. Przewracał się na swoim wielkim łóżku z jednego boku na drugi. Po pięciu minutach tej udręki wstał z posłania z głośnym warkotem, odziany jedynie w czarne bokserki, a następnie założył pierwsze lepsze rzeczy z komody i zszedł na dół.
Od dobrej pół godziny krążył bezcelowo po domu. Wreszcie poszedł do kuchni, sięgając po zimny sok z lodówki z nadzieją, że to choć trochę mu pomoże. Cóż, nie.
Przeniósł się więc do salonu z zamiarem przeczytania jakiejś dobrej książki, rozkładając się na wygodnej kanapie. I w tym przypadku klapa. Derek nie mógł się skupić do tego stopnia, że dopiero po paru minutach zorientował się, że czytał to samo zdanie wciąż i wciąż na nowo.
W końcu z niezadowoloną miną wyszedł na dwór odetchnąć świeżym powietrzem, przechadzając się po lesie, a na koniec dziwnym zrządzeniem losu wylądował  pod posiadłością Stilinskich. Jakaś nieznana mu siła ciągnęła go do Stilesa, a do tego jeszcze miał złe przeczucia. Wdrapał się do pokoju chłopaka, ale, co dziwne, nie zastał go w środku. Jest już późno, dlaczego go nie ma? Może jest z tymi bliźniakami?, pomyślał, coraz bardziej wściekły. Nagle wychwycił zanikający już zapach obcych wilkołaków. Dlaczego tu byli? Nie widział żadnych oznak walki. Czy Stiles ich tu wpuścił? Nie… nie, przecież mówiłem mu że to wrogowie, musieli wejść tu siłą. Niepokój narastał w nim z każdą minutą. Gdzie jesteś, Stiles? Podążając za węchem, Derek zdołał dość tylko do głównej ulicy mieszczącej się przed domem Stilesa. Musieli go wsadzić do samochodu.
Obdzwonił szybko całą watahę, informując o zaistniałym problemie i każąc od razu rozpocząć poszukiwania. On sam ruszył jako pierwszy.

*****

Stiles został przywieziony do zamkniętego po niedawnym włamaniu banku. Nie spodziewał się tego. Jeżeli już, to sądził, że zawiozą go raczej do jakiejś wilczej nory gdzieś w środku lasu, a tu co? Bank. Co niby tu robimy? Mam założyć sobie konto?
W środku czekało już dwoje wilkołaków, kobieta o psychopatycznym wyrazie twarzy i niezwykle wysportowany mężczyzna.
-Huh… Słodki ten maluszek, mogłabym go schrupać. - Tymi słowami powitała Stilesa brunetka. Wprawdzie Stilinski nieczęsto otrzymywał tak wyraźne komplementy od płci przeciwnej, ale z tego nieszczególnie się ucieszył.
- Czeka na niego, zaprowadźcie go - odezwał się osiłek, który nie był chyba zbytnio zadowolony z zainteresowanie kobiety nastolatkiem. Spokojnie, koleś, groźne psychopatki to nie mój typ, nie musisz się martwić.
Stiles został pchnięty przez bliźniaków w stronę jakiegoś pomieszczenia i sekundę później drzwi za jego plecami zostały zatrzaśnięte z głośnym trzaskiem.
Pokój był obszerny, choć przez brak okien niewiele było widać - światło dawała tylko mała lampa stojąca w rogu. Jak był powiedziane, postawny, niewidomy mężczyzna czekał tam na Stilesa. Deucalion. Stiles zerknął na laskę, dzięki której starszy wilkołak odnajdywał drogę, podchodząc do niego.
- Pan Stilinski, jedyny syn tutejszego szeryfa, miło mi poznać.
-Dla mnie nie jest to tak przyjemne. - Stiles starał się zachować spokój i zwolnić zdradzieckie bicie serca. - Nie… nie boję się ciebie - oświadczył hardo, nawet jeśli nie była to jednak prawda. Do tego zdawał sobie sprawę, że nikt nie wiedział o jego zniknięciu, więc nie miał co żywić nadziei na szybką i bohaterską akcję ratunkową. Teraz mógł liczyć tylko i wyłącznie na siebie.
Deucalion nie przejął się zbytnio tym zapewnieniem.
- Należysz do stada  Dereka? Powiem ci, że to zaskakujące, zważywszy, że jesteś bezbronnym człowiekiem. W każdej chwili mogłoby ci się coś stać. Nie boisz się tego? Gdybyś był wilkołakiem, zapewne…
- Mam w sobie dużo ukrytych talentów - przerwał mu Stiles, przełykając głośno ślinę. Zdecydowanie nie podobał mu się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa, boleśnie przypominając tę niegdysiejszą z Peterem. Nie podobał mu się również cwany uśmieszek na twarzy Alphy, ani też czerwony poblask jego tęczówek. Stiles powoli zaczął się cofać, aż natrafił plecami na szczelnie zamknięte drzwi. Gdzie jesteś, Derek? Pomóż mi… Zaraz, czemu najpierw pomyślałem o Dereku, a nie o Scotcie?
Nim Stiles wykonał jakikolwiek ruch, Deucalion błyskawicznie pochwycił zaskoczonego nastolatka za ramię, mimo że ten momentalnie zaczął się szarpać i wyrywać, co jedynie sprawiło, że został poraniony ostrymi pazurami Alphy.
Nagle Stiles poczuł na swojej skórze mocny uścisk szczęki wilkołaka. Ten wariat mnie ugryzł! Nie…nie… Gdy tylko ta myśl pojawiła mu się w głowie, w polu jego widzenia pojawiły się wirujące szybko czarne płatki. Zdołał jedynie wychwycić głośne wycie i odgłosy walki dobiegające za drzwi.
Derek...
A potem otoczyła go ciemność.

*****

Derek wbiegł do pomieszczenia, w którym wyczuł Stilesa, zostawiając resztę swojej watahy walczącą zaciekle z Alphami. Momentalnie jego wzrok powędrował do bezwładnego ciała chłopca, który leżał na środku kamiennej podłogi, z krwią sączącą się z rozległych ran. Posiniaczony i brudny, ale żywy.
Gdy tylko zauważył stojącego niedaleko Deucaliona, w pierwszym odruchu chciał się na niego rzucić z rykiem, ruszając prosto po miękkie gardło, ale Stiles był ważniejszy. Muszę go stąd zabrać.
- Jak miło, Derek. Jesteś bardzo podobny do swojej matki. Te same oczy….
Alpha przestał go w ogóle słuchać, zamiast tego przypadając do Stilesa i ostrożnie go podnosząc. Nie obchodziła go walka ani Deucalion, to wszystko nie było istotne, liczył się tylko on. Stiles. Oczy Hale’a prześlizgnęły się powoli po wyraźnym ugryzieniu pozostawionym przez zęby wilkołaka.
- Zabiję cię – wycedził Derek, drżąc, nie mogąc odzyskać kontroli nad swoim ciałem. - Przysięgam, że znajdę cię i zabiję.
- Oszczędź sobie tych gróźb, chłopcze. - Alpha bez najmniejszej obawy przeszedł koło Dereka, który wciąż w swoich ramionach trzymał nieprzytomnego nastolatka. Deucalion stanął koło drzwi i jednym płynnym ruchem je otworzył. - Możecie iść - powiedział wpatrując się nieobecnie w roziskrzone od gniewu czerwone oczy Hale’a, który ruszył wskazaną mu drogą, zaciskając szczękę.
Gdy znalazł się z powrotem w pomieszczeniu, gdzie jeszcze przed chwilą toczyła się walka pomiędzy dwoma stadami, zobaczył wszystkich zebranych po oddzielnych stronach. Scott i Peter cali pokryci byli krwią, z poszarpanymi ubraniami, zresztą podobnie, niczym reszta watahy. Osobą w najlepszym stanie była, co zaskakujące, Allison. Pewnie Scott ją ochraniał. Stado Alph, co niezmiernie  usatysfakcjonowało Dereka, również nie wyszło z bitwy bez szwanku, też byli mocno poobijani i zmęczeni. Każdy z nich wpatrywał się teraz w Dereka i Stilesa.
- Niech idą. - Rozległ się nagle donośny  głos Deucaliona i jego ludzie się rozstąpili, odsłaniając drzwi. Gdy wychodzili, Derek nie mógł powstrzymać złowrogiego warkotu przechodząc koło Aidena i Ethana.
Na podwórzu położył delikatnie Stilinskiego na tylnym siedzeniu zaparkowanego tam Camaro i wsiadł szybko na miejsce kierowcy, zapalając silnik. Reszta stada miała własny transport, więc nie musiał się nimi przejmować. Poza tym, teraz najważniejszy był stan zdrowia Stilesa.
- Coś ty tam robił?! - wymamrotał pod nosem, spoglądając przez tylne lusterko na nieprzytomnego chłopaka.
Jakiś czas później, gdy już miał Stilesa bezpiecznie u siebie na łóżku, usiadł przy nim, bezsilnie na niego patrząc. Nie było nawet sensu wzywać Deatona, gdyż on też nie potrafiłby nic poradzić na to, co stało się ze Stilesem, skoro był… skoro został ugryziony.
I teraz były jedynie dwa wyjścia. Albo przeżyje przemianę i stanie się jednym z nich, albo… Derek nie chciał nawet dopuścić do siebie drugiej opcji.
Nagle zwrócił jego uwagę warkot silników. Od momentu, gdy usłyszał wjeżdżające na teren posiadłości samochody, do chwili, w której drzwi zostały praktycznie wyważone przez Scotta, upłynęła bodajże niecała minuta. Reszta była tuż za nim.
- Co z nim? Jak się czuje? Co on tam robił? Któryś z tych potworów go skrzywdził? - wyrzucił Scott na jednym wdechu. Jego zmartwione spojrzenie utkwione w przyjacielu, zdecydowanie nie przyczyniało się do poprawy humoru Dereka. Jak ja mu to powiem? Derek, starając się zbytnio o tym nie myśleć, delikatnie, by nie dodawać bólu Stilesowi, podwinął jego zakrwawioną koszulkę, ukazując wśród pozostałych ran tę najważniejszą.
Wszyscy znajdujący się w pokoju, za wyjątkiem Alphy, wciągnęli ze świstem powietrze.
- Ugryźli go…
- Tak. - Tylko to zdołał powiedzieć Derek przez zaciśnięte gardło.

******

- Dlaczego dałeś im odejść? Mieliśmy ich wszystkich, mogliśmy ich zabić, a ty bez żadnych skrupułów dałeś im odejść, a na dodatek ugryzłeś tego dzieciaka! Dlaczego?! – krzyczała już od dobrych kilku minut brunetka. Nie mieściło się jej w głowie, że można było zmarnować taką okazję.
Raptownie Deucalion pochwycił niespodziewającą się kobietę za gardło, unosząc ją do góry.
- Chyba zapominasz, do kogo się zwracasz. Jesteś moją podwładną i masz wykonywać moje rozkazy, nie kwestionując ich. Jeśli ci się to jednak nie podoba…
- Ni…e, ja… eh… ja… wy…bacz… mi… - wydusiła Kali mimo miażdżącej jej tchawicę dłoni. Deucalion, usatysfakcjonowany taką odpowiedzią, rozluźnił uścisk i Kali upadła ciężko na podłogę, kaszląc i łapiąc desperacko powietrze.
Żaden z pozostałych członków stada nie ruszył się nawet o milimetr, by pomóc jej wstać.
- Dla waszej informacji…  - zwrócił  się do stada ich przywódca. – Wszystko idzie zgodnie z jego planem.
- Więc to on… kazał ci ugryźć tego gówniarza? On tego chciał? - odezwał się z niedowierzaniem milczący do tej pory Ennis.
- Dokładnie tak - przytaknął z zadowoleniem Deucalion.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   11/12/2013, 23:04

ROZDZIAŁ 6



Derek już od dobrych kilku godzin nieustannie czuwał przy Stilesie. Nie miał zamiaru zasypiać. Muszę czuwać. Być przy nim. Reszta watahy rozlokowała się po innych pokojach, również nie mając ochoty na sen. Każdy z zatroskaniem oczekiwał na momentu, w którym Stiles się obudzi.
Derek, siedząc przy łóżku chłopca, rozmyślał o dzisiejszym dniu i wszystkim, co się stało. Chwila, w której zorientował się, że jego rozbrykany gaduła został porwany przez wrogie stado, była jedną z najgorszych w jego życiu. Zaraz, jaki jego? Stiles nie jest jego, jest… niczyj. Derek wypuścił powietrze z płuc z głośnym świstem, garbiąc się odrobinę. Na razie niczyj. Co zrobisz, gdy ktoś będzie chciał ci go zabrać?, dopytywał cichutki głosik z podświadomości Alphy. Nie wiedział, co by zrobił w takiej sytuacji, czy pozwoliłby na to, czy wręcz przeciwnie - walczyłby o Stilesa. Czy on by mnie chciał? Czy jestem go godny? Derek z zmartwioną miną wpatrywał się w śpiącego nastolatka. Chłopak spał spokojnie, oddychając miarowo. Jest taki słodki, kiedy śpi. Wilkołak bezszelestnie wstał, podchodząc bliżej i pochylił się, składając na jego ustach delikatny pocałunek.
Usta Stilesa były miękkie i słodkie, wręcz oszałamiające. Co byś powiedział, gdybym wyznał ci, co czuję? Zaakceptowałbyś to i dał mi się kochać z wzajemnością, czy jednak ze wstrętem byś mnie odrzucił? Obawiał się, że Stiles wybierze tę drugą opcję, a tego Alpha by nie zniósł. Wolał więc po prostu trwać przy nim, obserwując z boku, przez co Stiles był blisko niego, a jednocześnie tak daleko.
Derek delikatnie, by nie obudzić nastolatka, przysiadł na skraju łóżka, chwytając jego rękę w swoją i zaczynając wodzić po niej kciukiem.
Tak minęły długie godziny, póki w końcu nie nastał ranek.

*****

Gdy Stilinski się obudził, pierwszą rzeczą, którą zauważył, był nieznany mu sufit. Drugą, fakt, że leżał w miękkim łóżku, przykryty piękną czarną pościelą. Gdzie ja jestem? Odpowiedź nadeszła wyjątkowo szybko, gdy spostrzegł czuwającego przy nim Dereka. Wilkołak, gdy tylko zauważył, że Stiles jest przytomny, zerwał się z miejsca i chwycił go za ramiona, przyciskając do siebie, czym zaskoczył Stilesa. Umarłem?! To jest niebo? Jakaś alternatywna rzeczywistość?
-Jak się czujesz? - zapytał ze zmartwieniem Hale, odsuwając się od Stilesa.
Czym on jest zmartwiony? Oczy Stilesa powiększyły się znacząco. Bał się o mnie? Stiles poruszył się, próbując wyjść z łóżka i usiąść na jego krawędzi.
- Chyba wszystko w porządku… Nic mnie nie boli, właściwie czuję się jak nowo narodzony.
Derek spojrzał na niego z dziwną miną, zupełnie jakby chciał mu o czymś koniecznie powiedzieć, ale nie do końca wiedział, jak to zrobić. I wtedy Stiles zrozumiał, przypominając sobie, co zaszło w siedzibie stada Alph. Pamiętał strach, jaki poczuł, gdy Deucalion dopadł do niego z czerwonymi ślepiami i obnażonymi kłami, pamiętał ból zadany przez jego szpony, pamiętał …
Stiles zbladł potwornie. Wodząc rękami po swoim ciele zaczął szukać śladów, ran… ale nic tam nie było. Wszystko było zdrowe, bez oznak jakiegokolwiek uszkodzenia. Stiles westchnął, opuszczając  głowę z rezygnacją.
- On mnie… Ja… - Mimo tego, że był pewny co do odpowiedzi, jaką usłyszy od Dereka, uniósł na niego błagalnie wzrok.
-Tak, ugryzł cię. - Derek nie potrafił spojrzeć mu w oczy. Zawiódł go, nie uratował na czas. Wiedział, że nie wybaczy sobie tego już nigdy. Bo oto osoba, którą kochał, potrzebowała jego pomocy, liczyła na niego, a on nie sprostał zadaniu. Nie mogąc już dużej wytrzymać tej przygnębiającej atmosfery, wstał z zajmowanego przez siebie miejsca i ruszył do drzwi, chcąc jak najszybciej opuścić pokój. Stiles potrzebował wsparcia i Derek doskonale o tym wiedział, ale nie mógł tu być, nie mógł patrzeć w te przepełnione bólem oczy, które jedynie utwierdzały go w przekonaniu, że to tylko i wyłącznie jego wina.
Stiles zapewne to rozumiał, bo nie starał się go zatrzymać.

*****

W salonie na dole zebrała się pozostała część stada, debatując nad losem Stilesa. Nie obyło się bez kłótni i obwiniania. Najbardziej rozgoryczony był Scott, bo jako jego najlepszy przyjaciel czuł się odpowiedzialny. Po rozmowie z szeryfem Stilinskim i zapewnieniu go, że jego syn jest bezpieczny w domu McCallów, siedząc na wygodnej kanapie i oglądając razem ze Scottem maraton filmowy, wilkołak czuł się znacznie gorzej. Musiał okłamać ojca swojego najlepszego przyjaciela. Nieistotne, że robił to w dobrej wierze. Nie powinno być tak, że nie wiedział, że właśnie teraz, w tym momencie, życie jego syna wisiało na włosku.
Dodatkowo Scotta denerwowało zachowanie Dereka, który zamknął się w pokoju razem ze Stilesem, nie wpuszczając nikogo innego do środka, przez co nie mieli pojęcia, czy stan Stilesa poprawiał się czy nie.
Co prawda, to nie przeszkodziło mu, by co chwilę pojawiać się pod ich drzwiami, pukając w nie uparcie z nadzieją, że w końcu zostaną otwarte i okaże się, że wszystko jest w porządku.
Nagle oczy wszystkich zwróciły się w kierunku Dereka, który znienacka pojawił się w progu.
- Co tu robisz? Co z nim? - zapytali jednocześnie Scott i Peter.
- Żyje - powiedział cicho Derek, starając się nie patrzeć na Scotta. - Idź do niego.
Oczy Scotta zwęziły się wyraźnie.
- Czekaj… Zostawiłeś go samego?! - wrzasnął, podnosząc głos z nerwów. - Teraz, gdy potrzebuje cię najbardziej?! Przedtem, gdy był nieprzytomny, nie odstępowałeś go na krok, a teraz tak po prostu wyszedłeś i zostawiłeś go samego?! - Scott był coraz bardziej wściekły. Nie uspokoiła go nawet Allison, która, widząc trzęsące się dłonie swojego chłopaka, chwyciła go za ręce w uspokajającym geście. Derek milczał, stojąc oparty o framugę drzwi i wyglądając jak przysłowiowe siedem nieszczęść z bladą skórą i podkrążonymi przez brak snu oczami. Scott przeszedł koło niego, posyłając mu niezadowolone spojrzenie.  Zza pleców dochodziły go jeszcze wściekłe komentarze skierowane do Dereka , a w końcu mocne i głośne uderzenie. Hale, z braku jakichkolwiek innych możliwości, uderzył z wściekłością pięścią we framugę drzwi.
Scott, przeskakując po dwa stopnie naraz, pobiegł na górę i walnął drzwiami o ścianę, wpadając niczym burza do pokoju, momentalnie szukając wzrokiem swojego przyjaciela. Wilkołak zamarł w bezruchu. Spodziewał się zobaczyć roztrzęsionego i załamanego Stilesa, ale zamiast tego stanął oko w oko z radosnym uśmiechem. To nie wróżyło nic dobrego. Pamiętał, że ostatni raz Stiles się tak zachowywał po śmierci mamy. Udawał wtedy przed wszystkimi, że nic się nie stało, że wszystko było w jak najlepszym porządku i nie trzeba było się o niego martwić. To była maska ochronna Stilesa, maska, którą pokazywał światu, ale Scott i szeryf wiedzieli, jaka jest prawda. Stiles czuł się samotny, był w psychicznej rozsypce. Ten czas był bardzo ciężki dla rodziny Stilinskich. A teraz Scott znowu widział tę maskę na twarzy przyjaciela i nie wiedział, jak ma się zachować. Nie chciał, by to się powtórzyło, nie chciał, by Stiles zamknął się w sobie i nie dopuszczał innych do siebie.
Scott bez słowa podszedł do przyjaciela i przytulił go mocno. Słowa nie były potrzebne, liczył się mocny uścisk i świadomość wsparcia.
- Stiles, ja wiem… Proszę, nie udawaj przy mnie, jestem twoim przyjacielem, nie udawaj… - szeptał Scott. Stiles w odpowiedzi chwycił się Scotta kurczowo i zaczął bezgłośnie płakać w jego koszulę.

*****

Deucalion stał w środku ciemnego lasu, opierając się o wielki dąb. Czekał. Miał się tu z nim spotkać, by poinformować, że wszystko idzie tak, jak tego oczekiwał, tak jak chciał. Nagle okolicę zasnuła nieprzenikniona i gęsta mgła, ograniczając widoczność. Las, w którym przebywał Alpha, wydawał się teraz cichy, jakby całe życie nagle w nim ustało i oprócz Deucaliona nie było w nim nikogo. Domyślił się, o co chodziło. Zwierzęta potrafiły instynktownie wyczuć zagrożenie i skryć się, by go uniknąć. Już tu był.
- Panie mój. - Wilkołak ukłonił się nisko, wiedząc, gdzie jego miejsce. Może i miał swoje małe stadko, którego bały się inne wilkołaki, ale on był dużo groźniejszy. Deucalion był tylko sługą kogoś silniejszego, sługą osoby, której obawiały się wszystkie żyjące istoty, osoby tak krwiożerczej i bezwzględnej, że nawet sama śmierć kryła się przed jego gniewem.
Deucalion podniósł wreszcie wzrok, ale zobaczył jedynie dwa niebieskie punkty w spowijającej wszystko mgle. Niebieskie iskry przybliżały się do niego wolno jedynie po to, by raptownie zniknąć.
Z mgły wyłoniła się postać w czarnym odzieniu. Nie można było określić, jak wygląda nowoprzybyły osobnik, bo jego twarz zasłaniał kaptur. Stanął naprzeciwko Alphy.
- Czy wykonałeś zadanie? - Po okolicy niósł się głęboki głos nieznajomego.
- Tak, panie, ugryzłem go - pochwalił się swoim osiągnięciem wilkołak. Jego pan chciał tego całego Stilesa. To było takie niezwykłe, że postać o takiej władzy i mocy zainteresowała się tym nastolatkiem. Deucaliona denerwowało, co prawda, że jego mistrz nie chciał mu dokładnie powiedzieć, dlaczego ten chłopak był taki ważny. Wiedział, że za tym się coś kryło, a świadomość, że nie mógł się dowiedzieć, o co chodzi, doprowadzała go do szału.
-Dobrze - powiedziała postać. - Już wkrótce wszystko będzie tak, jak powinno być zawsze. Stiles… Mój Stiles…
Mgła przybrała na sile, a po chwili rozwiała się, zabierając ze sobą mężczyznę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   16/12/2013, 12:30

ROZDZIAŁ 7


Stiles aktualnie wracał do swojego domu eskortowany przez Scotta. Na nic zdały się zapewnienia, że wszystko było w jak najlepszym porządku - Scott był uparty i w końcu postawił na swoim. Jednak Stiles nie mógł mieć mu tego za złe, bo zachowanie jego przyjaciela nie było niczym innym, jak tylko oznaką troski.
Będąc na miejscu pasażera Stiles czuł się dziwnie - w końcu to był jego Jeep.  Siedział teraz z głową opartą o boczną szybę, rozmyślając o minionych wydarzeniach. Z posępnego nastroju wyrwał go jednak Scott:
- Stiles… Tak sobie myślałem, skoro… wiesz, to… ugryzienie i w ogóle to… uch… - Scottowi wyraźnie te słowa nie mogły przejść przez gardło. Stiles zatem uśmiechnął  się pokrzepiająco do kumpla:
- Nie stresuj się tak, mów.
- Ech… Więc skoro zostałeś wilkołakiem, to trzeba rozpocząć twój trening. I… cóż, to właśnie ja zostałem obdarowany zaszczytem zostania twoim Yodą.
Stiles w odpowiedzi tylko parsknął.
- Scott, a kto uczył ciebie? Pamiętasz? - Nastolatek cieszył się z zaoferowanej pomocy, ale - nie chwaląc się wcale - to właśnie Stilinski wytrenował McCalla.
Scott z radosnym uśmiechem szturchnął lekko przyjaciela w bok.
- Tak, tak, pamiętam, och, mój mistrzu, ale przyda ci się wilczy asekurant, którego nie zranisz i nie skrzywdzisz w żaden sposób. - Tłumaczenia Scotta były logiczne i w stu procentach uzasadnione, więc Stiles musiał na nie przystać. Kiwnął głową, zastanawiając się nad dosyć istotną sprawą. Czemu to Derek mnie nie uczy? Przecież to on jest szefem tej gromadki, więc to chyba jego zadanie. Od początku, gdy tylko obudził się po ugryzieniu, nurtowało go dziwne zachowanie Dereka. Wilkołak wydawał się na początku bardzo przejmować jego stanem, lecz potem jego zachowanie diametralnie się zmieniło. Zostawił mnie. To sprawiało, że Stiles czuł dziwne ukłucie żalu w sercu. Dlaczego wyszedł? Był również zawiedziony tym, że Derek nie pokazał się mu potem już na oczy. Stiles czuł się podle, jakby był niechciany. Czy to ma związek z tym że ugryzł mnie wrogi wilkołak? Nie chciał wierzyć w to, że młody Hale zachowywał się tak właśnie z tego powodu, ale wszystko na to wskazywało. To chowanie się po kątach, jakby się mnie brzydził. To wszystko wprawiało nastolatka w podły nastrój.
- Jesteśmy - oznajmił Scott, wjeżdżając na podjazd Stilinskich. Po wyjściu z samochodu Scott chciał jeszcze wejść do przyjaciela, ale Stiles nie miał dziś na to ochoty.
- Jestem trochę zmęczony, chyba się położę.
- To widzimy się jutro tak? - upewnił się Scott.
- Jasne, ty mój yodo – powiedział Stiles, kierując się już do drzwi, ale odwracając się jednak w połowie drogi, by pomachać przyjacielowi na pożegnanie.
W domu powitał go, o dziwo, jego ojciec.
- Jak tam maraton? Dobrze się bawiłeś? - spytał z ciekawością. Stiles uśmiechnął się sztucznie, co jego ojciec chyba zauważył, bo nagle zmarszczył brwi.
- Tak, było super, niepowtarzalny wieczór. - Nie mówiąc już nic więcej, poszedł na górę do swojego pokoju, kładąc się zmęczony na łóżku.

*****

Na obszernym balkonie starego, acz pięknego zamczyska, stała rudowłosa kobieta w długiej, kremowej sukni bez rękawów. Opierała się rękami o marmurową balustradę. Noc była ciepła, a gwiazdy świeciły na niebie bardzo mocno, przykuwając swoim pięknem wzrok kobiety.
- Ajano! - rozniosło się po okolicy głośne wołanie. Kobieta odwróciła się szybko, by dać znać nawołującej osobie, lecz okazało się to już niepotrzebne: blondwłosy mężczyzna stanął właśnie w progu, patrząc na nią z miłością i zatroskaniem.
- Co tu robisz, kochanie? - zapytał, podchodząc do rudowłosej i przytulając ją mocno. - Może i jest ciepło, ale to nie znaczy, że musisz stać tu bez wierzchniego odzienia, jesteś zimna - zganił ją lekko, dotykając jej dłoni.
- Nic mi nie jest, nie musisz się o mnie martwić. Chciałam tylko spojrzeć na gwiazdy, są dzisiaj takie piękne. - Ajana przytuliła mocno swojego wybranka, opierając głowę o jego klatkę piersiową. - Kocham cię - wyszeptała, podnosząc wzrok, by móc spojrzeć w oczy swojego ukochanego.
- Ja ciebie też, najdroższa moja, będziemy razem już na zawsze, na wieczność - odparł mężczyzna, całując namiętnie swoją oblubienicę.
Nagle scena zmieniła się i oto pojawiła się znowu kobieta o rudych włosach, z tym, że teraz stała na mocno oświetlonej słońcem polanie, niedaleko rzeki. Dzień był piękny, ptaki śpiewały melodyjnie. Ajana podniosła rękę i skierowała ją na pobliską rzekę, zamykając oczy. Spod powierzchni wyłoniła się mała wodna kulka, która poszybowała w stronę kobiety. Ajana otworzyła oczy i z uśmiechem na ustach zaczęła formować z niej różne kształty.
Podczas tej zabawy nie zauważyła zbliżającego się do niej małego wilczka. Nie był to szczeniak, ale również nie był to w pełni dorosły wilk. Miał piękną i lśniącą w słońcu srebrną sierść, a w jego czarnych oczach mieniły się teraz radosne iskierki. Cicho, aby nie dać znać o swojej obecności, skradał się do kobiety, by nagle bez zapowiedzi powalić ją na ziemię.
W czasie ataku Ajana, tknięta przeczuciem, odwróciła się, dzięki czemu leżała teraz na trawie plecami. Wilczek nie rozszarpał jednak swojej ofiary, a jedynie lizał ją wesoło po twarzy, machając przy tym swoim puchatym ogonem.
- Och, Lu… Gdzie twoja mama? Ładnie to tak zakradać się i atakować bez uprzedzenia? - Śmiejąc się, pytała kobieta. Wilk nagle zaprzestał "tortur" i zszedł z nadal uśmiechającej się pod nosem Ajany, by następnie przemienić się w małego chłopca o pięknych czarnych oczach i takiego samego koloru włosach.
- Mama szykuje jedzenie na to dzisiejsze przyjęcie w zamku i powiedziała że mogę się iść pobawić - zapewnił chłopczyk. Ajana pokręciła z niedowierzaniem głową, patrząc stanowczo dziecku w oczy.
- Myślę, że twoja mama miała na myśli teren zamku, a nie oddalone od niego polany. Nie sądzisz?
Lu zawstydził się nieznacznie i kopiąc stopą trawę, próbował zamaskować poczucie winy.
- Chodź, odprowadzę cię - powiedziała rudowłosa, chwytając za rękę chłopca. Wolnym krokiem ruszyli w stronę zamku.
Wtym właśnie momencie wszystko zaczęło się rozmywać, a Stiles otworzył oczy.
Leżał na swoim łóżku, rozglądając się wokoło.
- Znowu te dziwne sny…

*****

Z racji dnia wolnego - był to przecież weekend - Stiles plątał się po domu, czekając na Scotta, który miał się lada chwila zjawić. Dźwięk dzwonka przy drzwiach zapowiedział nadchodzącego gościa.
Stiles bez ociągania się zszedł po schodach na dół, by otworzyć frontowe drzwi i tym samym wpuścić do środka swojego przyjaciela.
- No to zbieraj się, jedziemy trenować - zapowiedział Scott, zaledwie tylko przestąpił próg. Stiles, przygotowany na takie powitanie, bez narzekania chwycił wiszącą na wieszaku bluzę oraz kluczyki do auta i ruszył do wyjścia. Z racji wygody dwójka przyjaciół pojechała Jeepem Stilesa.
- Nie wiem, czy jest sens na razie cokolwiek ćwiczyć, skoro na razie jeszcze nie wyrosły mi żadne dodatki… - wymamrotał Stiles.
- To zrozumiałe, skoro minęło dopiero kilka godzin. Poza tym zmiany trzeba ćwiczyć od razu. Za pierwszym razem na pewno nie uda ci się całkowicie, ale pomyślałem, że mógłbym nauczyć cię, jak radzić sobie z łowcami. Tak więc podskoczymy jeszcze po Allison i zaczniemy zabawę.
- Yay! -zawołał z nikłym entuzjazmem Stiles.
Po dołączeniu do grupy łowczyni, cała trójka pojechała do pobliskiego lasu na ćwiczenia.
Stiles nauczył się wprawdzie paru istotnych rzeczy, o których do tej pory nie wiedział, ale nie pocieszało go to jakoś. Tak, jak ogłosił to wcześniej Scottowi, nie mógł wywołać u siebie oznak wilkołactwa, mimo wszelakich i bardzo wymyślnych metod. Ciało Stilesa po prostu nie wykazywało żadnych oznak działania ugryzienia.
Po treningu bardzo zmęczony Stiles wrócił do domu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   18/12/2013, 17:12

Z racji że nawiedziła mnie wena i że poprzedni rozdział był trochę krótki dodaje kolejny.

Miłego czytania Smile



ROZDZIAŁ 8


Minął tydzień, podczas którego w Beacon Hill panował błogi spokój. Wrogie stado nie wykonywało żadnych podejrzanych ruchów, co cieszyło Stilesa ogromnie. Nastolatek obecnie siedział w swoim pokoju nad lekcjami, ale zamiast rozwiązywać zadania, był zatopiony w myślach. Od czasu zajścia z Deucalionem spodziewał się jakiś zmian w swoim ciele, jakiś szponów, pazurów i kłów wyskakujących w najmniej oczekiwanym momencie. Pamiętał jeszcze, jak to było ze Scottem, gdy chłopak nie kontrolował swoich wilczych cech. Dlatego właśnie Stiles czekał na jakąkolwiek oznakę tego, że zmienił się w wilkołaka. Ale przeliczył się, nic się nie działo. Żadnych wilczych dodatków. Młody Stilinski zaczął nawet rozważać opcje jego domniemanej odporności lub cudu. Potem zaś próbował podpytać Scotta o co chodzi i czy wie coś na ten temat, ale jego przyjaciel nie miał pojęcia, dlaczego Stiles się nie zmienia. Nikt z młodszych wilkołaków nie wiedział nic. Stiles miał więc dwa wyjścia, oba z imionami Hale'ów, ale uznał, że prędzej piekło by zamarzło, niż poszedłby do Petera. Westchnął ciężko. Został więc Derek. Znalezienie tego konkretnego wilkołaka będzie jednak trudne, gdyż nie pokazywał mu się na oczy i nie odbierał telefonów od czasu pamiętnego ugryzienia Stilesa przez Deucaliona. Bezczelnie mnie unika. Stiles był zły. Znajdę  tego gbura, na pewno go znajdę.
Dziś był weekend, więc Stiles miał sporo wolnego czasu, mógł bez przeszkód poświęcić się poszukiwaniu Dereka. Na początek pojechał do posiadłości Halów. W progu powitał go Peter. Stiles nie chciał, naprawdę nie chciał prowadzić z tym mężczyzną jakichkolwiek rozmów, ale w tym przypadku chyba nie miał wyjścia.
- Wiesz, gdzie jest Derek? - zapytał z nadzieją, że ten potwierdzi i będzie mógł porozmawiać z młodszym Halem.
-Po co ci on? - Peter nie był dziś przykładem dobrych manier, gdyż dalej rozmawiał z gościem stojąc w progu i usilnie zasłaniał swoim ciałem wejście do posiadłości. Pewnie Derek chowa się w domu, co on, dziecko?
- Pytałem, czy wiesz, gdzie on jest? Jeśli nie, to nic tu po mnie. - Stiles z nadąsaną miną wrócił się do swojego Jeepa stojącego naprzeciwko domu i, gdy otwierał drzwi, dodał jeszcze: - Jak wreszcie przestanie się ukrywać po kątach i w końcu odważy się stanąć ze mną twarzą w twarz, powiedz mu, żeby do mnie przyszedł. To ważne.
Skoro nic nie wyszło z zamiaru zdobycia jakichkolwiek informacji, Stiles postanowił pojechać do Scotta. Nie dane było mu jednak dotrzeć do celu, bo niespodziewanie złapał gumę. I to jeszcze na niezbyt uczęszczanej drodze w środku lasu. Mógł wprawdzie wrócić pieszo do domu Dereka, ale podobno właściciela nie było, a jemu nie chciało się iść taki kawał. I, oczywiście, z jego szczęściem nie miał w bagażniku zapasowej opony.
Jedyną opcją, jaka została Stilesowi, był telefon do firmy holowniczej, ale i tu czekała go nieprzyjemna niespodzianka. Rozładowała mu się bateria w telefonie. Szlag by to trafił, czemu takie rzeczy zawsze przytrafiają się mnie? Nastolatek w napadzie małego szału kopnął oponę, przez którą miał tyle problemów. Nagle w zasięgu jego wzroku znalazło się czarne Lamborghini, które - o dziwo - zatrzymało się na poboczu. Wow… ale ślicznotka, to chyba Gallardo Nera.
Oniemiały Stiles wpatrywał się w samochód, z którego wysiadł nieznany mu mężczyzna, młody, wysportowany blondyn. Nie był przesadnie napakowany, można powiedzieć że był w normie, ubrany był pospolicie w ciemne jeansy i czarny podkoszulek ,który nie posiadał żadnych wzorów ani nadruków. Ciacho. Osobnik ten  wydawał się Stilisowi dziwnie znajomy mimo że miał on pewność że nigdy dotąd się nie spotkali.
- Kłopoty z samochodem? - spytał blondyn, podchodząc do Stilesa.
- Tak, złapałem gumę, a moja komórka padła. - Stiles uśmiechnął się promiennie. Nieznajomy wyciągną z kieszeni spodni swój telefon i podał go zaskoczonemu chłopakowi.
- Masz, zadzwoń po holownik.
Stiles przyjął propozycję bez ociągania się.
- Dziękuję - dodał tylko i już dzwonił do firmy zajmującej się holowaniem aut. Po ustaleniu wszystkich szczegółów z pracownikiem, zakończył rozmowę i oddał telefon właścicielowi. - Naprawdę bardzo dziękuję, gdyby nie ty nie wiem co bym zrobił, siedziałbym tu chyba aż do nocy albo i dłużej. Dzięki, a tak poza tym jestem Stiles, a ty? - Stiles nie mógł powstrzymać się od mówienia.
- Mam na imię Luke - przedstawił się nieznajomy.
- Huh… Nie przypominam sobie, abym wcześniej widział cię w tym mieście. Skąd jesteś? - zapytał, nie ukrywając ciekawości Stiles. Luke uśmiechnął się nieznacznie i już miał udzielić odpowiedzi, gdy Stilesa coś tknęło i zaczął pierwszy: - Przepraszam, to w końcu nie moja sprawa, nie chcesz to nie mów. Wiesz, mój ojciec jest szeryfem, to chyba ta rodzinna ciekawość.
- Nic się nie stało. Faktycznie nie jestem stąd, przeprowadziłem się niedawno, więc nie znam jeszcze dobrze miasta, toteż postanowiłem wybrać się na przejażdżkę po okolicy, no i tak spotkałem ciebie.
Po chwili zastanowienia Stiles wpadł na genialny pomysł, który już po chwili przedstawiał Lukowi:
- Wiesz, skoro nie znasz miasta, to ja chętnie cię po nim oprowadzę w ramach podziękowań za pomoc - powiedział, lekko czerwieniejąc i patrząc na swoje trampki. Stiles od pewnego czasu zaczął zwracać uwagę na tę samą płeć i przekonał się, co go ogromnie zaskoczyło, że jednak woli chłopców, a ten tutaj przykuł jego uwagę już od pierwszej chwili spotkania. Czekając na odpowiedź, kątem oka spostrzegł nadjeżdżającą z oddali ekipę wraz z holownikiem. Zresztą, najwidoczniej podobnie jak Luke, bo kiwnął głową w oznace zgody.
- Nie mógłbym odmówić. Skoro ekipa ratunkowa już przybyła, ja jestem tu zbędny, więc co ty na to, by spotkać się wieczorem i pójść zwiedzać?
Stiles ochoczo na to przystał, w międzyczasie wymieniając się z blondynem numerami telefonów, mimo że musiał jego zapisać na kartce. Potem pożegnali się, a Luke odjechał, zostawiając Stilesa z ekipą firmy holowniczej, która od razu zajęła się samochodem i do tego podwiozła jego właściciela pod sam dom Stilinskich.

******

Peter wszedł bezceremonialnie do pokoju siostrzeńca i zaczął krzątać się po pomieszczeniu, otwierając każdą poszczególną szufladę komody, a potem zaglądając nawet pod łóżko, na którym leżał przypatrujący mu się z irytacją Derek.
- Co ty, u diabła, robisz?
- Jak to, co? - Podnosząc się z klęczek, Peter popatrzył na niego kpiąco. - Szukam twojej męskości - oznajmił. - Ukrywasz się tu przed tym dzieciakiem, bo nie chcesz z nim porozmawiać. - Peter rzucił Alphie spojrzenie przesiąknięte dezaprobatą. - To nie twoja wina, przestań być dla siebie taki surowy i zadzwoń do niego, mówił, że to ważne - powiedział na koniec i wyszedł, zostawiając Dereka samego. Mówił że to ważne, nie przyszedłby tu, gdyby tak nie było, chyba powinienem zadzwonić, przekonywał sam siebie wilkołak. Sięgnął po leżący nieopodal niego na łóżku telefon i wybrał numer Stilesa. Nie odbiera. Derek ponawiał próbę jeszcze kilka razy, ale za każdym razem słyszał tylko sygnał automatycznej sekretarki i głos proszący go o pozostawienie wiadomości. Rozwścieczony, wreszcie zrezygnował, postanawiając wybrać się do Stilesa osobiście. Oczywiście nie chodziło o to, że Derek chciał zobaczyć nastolatka. Co to, to nie. Pójdę do niego wieczorem, zadecydował w końcu.

*****

Stiles już od kilku godzin szykował się na spotkanie z nieziemsko przystojnym Lukiem. Chciał pokazać się z jak najlepszej strony, więc co chwilę zmieniał strój, w rezultacie zostając w końcu przy ciemnych spodniach i granatowej podkoszulce, na którą miał jeszcze zarzucić czarną skórzaną kurtkę.
Boże, wyglądam jak Derek! Zły chłopiec ze mnie, zdążył pomyśleć jeszcze Stiles, nim rozległ się dzwonek do drzwi. W progu stał Luke.
- Cześć - przywitał się ze Stilesem. Nastolatek odpowiedział mu tym samym, po czym oboje ruszyli w stronę auta Luka.
- Gdzie chcesz się wybrać najpierw? - zapytał Stiles. Wprawdzie miał już opracowaną listę miejsc, do których mogli się wybrać, ale może Luke miał już coś upatrzone.
- Zdaję się na ciebie - odpowiedział z uśmiechem, po czym otworzył drzwi samochodu od strony pasażera, czym ogromnie zawstydził Stilesa. To przecież żadna randka. Chyba… Siedząc w samochodzie, Stiles miał dziwne wrażenie, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się dyskretnie, ale nikogo nie zauważył. Zdawało mi się.
Samochód ruszył z podjazdu, kierując się w pierwsze wskazane przez  Stilesa miejsce.

*****

Gdyby Stiles rozejrzał się uważniej, zobaczyłby stojącą niedaleko postać.
Osobnikiem tym był mocno rozjuszony wilkołak - Derek był wściekły. Najpierw chce się spotkać, mówi, że to ważne, a jak przychodzę, to on jedzie sobie w najlepsze na randkę z jakimś gogusiem. Derek warczał po cichu mimo woli. Następnie złość ustąpiła miejsca zawiedzeniu. Czego ja się spodziewałem, przecież to oczywiste, że woli tego blondyna bardziej od gburowatego i alienującego się od ludzi wilkołaka.
Ogromnie przybity tym, co zobaczył, Derek postanowił wrócić do swojej posiadłości. Wprawdzie mógł zakraść się do pokoju Stilesa, ale nie chciał na niego czekać nie wiadomo jak długo, w międzyczasie zastanawiając się, jak dobrze bawi się z ewidentnie nim zainteresowanym nieznajomym. Nie chciał też widzieć, jak żegnając się ze Stilesem, blondyn przytula go lub, co gorsza, całuje. Serce Dereka ścisnęło się z rozgoryczenia. Obrócił się na pięcie i z opuszczoną z rezygnacji głową odszedł.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   27/12/2013, 18:00

Przez święta nie miałam za bardzo czasu na pisanie ale jakoś udało mi się naskrobać nowy rozdział ( jest krótki ale wynagrodzę to wam w kolejnym rozdziale więc proszę nie bić Smile) Życzę miłego czytania i proszę komentujcie ludzie bo dzięki waszym komentą moja wena dostaje kopa do pisania Very Happy


ROZDZIAŁ 9


Stiles z towarzyszącym mu Lukiem bawił się doskonale, zwiedzając miasto. Nastolatek pokazał blondynowi mnóstwo ciekawych miejsc, rozmawiając z nim przy tym na miliony tematów. Dzięki temu dowiedział się że Luke jest jedynakiem, któremu zmarli rodzice, jest bogaty i przeniósł się do tego miasta, by odpocząć od zgiełku i rodzinnej firmy. Stiles nie pozostał mu dłużny i również podzielił się ciekawostkami ze swojego życia. Opowiadał o tutejszych przyjaciołach, w tym o swoim najlepszym kompanie Scotcie, jak i również o swoim ojcu i nieżyjącej już matce. Obecnie Stiles ze swoim towarzyszem znajdowali się w punkcie widokowym położonym blisko Beacon Hill. Nocą z tego miejsca miasto wydawało się jeszcze piękniejsze niż zazwyczaj, a okna domów świeciły cudownym blaskiem.
-No i co, podoba ci się u nas? - zapytał Luke'a opierający się o samochód Stiles.
Blondyn, przeczesując palcami swoje krótkie, lśniące włosy, powiedział:
- Tak, owszem. Dziękuje ci, że mnie oprowadziłeś i pokazałeś mi tyle ciekawych miejsc, jestem ci ogromnie wdzięczny. - Spoglądając na Stilesa z wdzięcznością kryjącą się w jego błękitnych oczach, ukradkiem przybliżał się do nastolatka z zamiarem schwycenia go w ramiona. Stiles natomiast, nie podejrzewając zamiarów Luke'a, bardzo się ucieszył z tego, co blondyn mu powiedział i patrząc na miasto, mówił:
- Jest piękne. Gdy byłem mały, często wraz z rodzicami przyjeżdżaliśmy tu właśnie nocą, by zobaczyć ten zapierający dech w piersiach widok. - Jego oczy pociemniały, a wzrok rozmył się z powodu napływających do nich łez. Stiles bardzo kochał swoją mamę i żal mu się robiło na wspomnienie tych cudownych chwil, które spędzili razem, a które już nigdy się nie powtórzą. Teraz został mu tylko tata.
Tata! Pewnie się o mnie martwi, już późno, a ja nie zostawiłem mu żadnej wiadomości.
Zrywając się z miejsca, czym ogromnie zdezorientował swojego towarzysza, Stiles powiedział znacząco:
- Wiesz, jest już dosyć późno. - Pocierając dłońmi błyszczące od łez oczy i otwierając drzwi samochodu dodał jeszcze: - Nie chcę, by mój tata się martwił.
Zajął miejsce pasażera, czekając, aż Luke dołączy do niego w aucie. Blondyn z dość nieodgadnioną miną usiadł za kierownicą i ruszył, by odwieźć go do domu.
Będąc już przed drzwiami posiadłości Stilinskich, Luke podszedł do Stilesa i musnął ustami policzek zaskoczonego tym posunięciem nastolatka.
- To był miły wieczór. Dobranoc, mój słodki przewodniku - powiedział z olśniewającym uśmiechem, odsuwając się od oszołomionego nastolatka, po czym wsiadł do swojego czarnego cuda i odjechał.
Stiles nadal stał przed drzwiami domu z rozszerzonymi oczami wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał samochód, a następnie dotknął opuszkami palców policzka i uśmiechnął się. Na wciąż jeszcze miękkich z powodu zdarzenia przed drzwiami nogach wszedł do domu, witając się od razu z czekającym na niego ojcem. Szeryf stał naprzeciwko syna z dziwną miną.
- Kto to był? - zapytał, krzyżując ręce na piersi. Widocznie nie podobało mu się, że jego syn spotyka się z nieznanym mu osobnikiem, nie informując go o tym wcześniej.
- Luke. Poznałem go dzisiaj rano, pomógł mi, gdy złapałem gumę, a ja w podzięce oprowadziłem go po mieście - wytłumaczył nastolatek. Szeryfa chyba uspokoiła trochę ta informacja.
- Następnym razem napisz mi wiadomość o tym, że wychodzisz na tak długo, martwiłem się.
- Wiem tato, przepraszam, nie pomyślałem. - Ziewając, Stiles już wspinał się po schodach. - Pójdę już spać, dobranoc, tato.
- Dobranoc, dobranoc.

******

Weekend minął szybko, Derek nadal nie odzywał się do Stilesa, ale za to Scott tak i to chyba aż za bardzo. Ciągle namawiał przyjaciela na coraz to dziwniejsze treningi. Stiles, mając już tego dość, po prostu nie odbierał od niego telefonów, modląc się, by Scott zrozumiał aluzję.
W poniedziałkowy ranek Stiles obudził się w dość niecodziennej pozycji - lewitując nad łóżkiem. W pierwszym odruchu zaczął krzyczeć i miotać rękami w powietrzu na wszystkie strony. Jego zdenerwowanie doprowadziło wprawdzie do tego, że opadł z powrotem na posłanie, ale to nie uspokoiło jego zszarganych nerwów. Co… co to było?!, pomyślał wyskakując błyskawicznie z łóżka. Z niedowierzającą i równocześnie przerażoną miną zaczął poklepywać swoje łóżko. Ja lewitowałem. Wilkołaki nie lewitują.
-Synu, wszystko w porządku? - Dobiegło go wołanie z dołu. To szeryf, krzątając się po kuchni i robiąc sobie drugie śniadanie do pracy, zaciekawił się dziwnymi wrzaskami dobiegającymi z pokoju Stilesa.
- Tak, tato, wszystko ok, nie martw się -odpowiedział szybko i nadal zdezorientowany ruszył do łazienki na chwiejnych nogach, by wziąć zimny prysznic, który - w jego mniemaniu - mógł zniwelować stres dzisiejszej pobudki. Po prysznicu i minimalnym uspokojeniu się, ubrał się i bez zwłoki ruszył do szkoły, by w pierwszej kolejności porozmawiać ze Scottem.
Zamykając drzwi, usłyszał jeszcze dopytywanie ojca:
- A śniadanie?
- Kupię sobie coś - zdążył jeszcze odkrzyknąć.

*******

- Wilkołaki nie lewitują - oznajmił autorytatywnie Scott po usłyszeniu rewelacji na temat dzisiejszej pobudki Stilesa. Siedzący obok w ławce Stilinski wywrócił teatralnie oczami.
- Wiem. Mówię ci, jak było.
Był bardzo zdenerwowany. Co mam zrobić? Scott nie jest w stanie mi pomóc, a Derek wystrzega się mnie, jakbym był co najmniej samym diabłem. Kogo mam się poradzić? Może Petera? Dlaczego takie rzeczy zdarzają się zawsze mnie?
- A może to ci się tylko śniło? - zapytał Scott.
- Tak, bo nie wiem, kiedy śpię, a kiedy latam nad łóżkiem jak jakiś cholerny magik od siedmiu boleści. - Stiles podniósł głos, czym zwrócił uwagę prowadzącego zajęcia nauczyciela. Nie od dziś wiadomo było, że profesor Harris nie pałał zbytnią sympatią do syna szeryfa i nawet najdrobniejszy pretekst był dla niego podstawą by dopiec Stilesowi.
- Stilinski to zajęcia chemii, a nie kółko fanów science fiction. Skup się na lekcji. Chyba, że chcesz dołączyć do prowadzącego przeze mnie kółka karnych zajęć? - spytał nauczyciel, sarkastycznie uśmiechając się do swojego ucznia.
- Nie, podziękuje bardzo, wystarczą mi zajęcia z chemii - zastrzegł szybko nastolatek, próbując wtopić się w ławkę, by nie drażnić swoją osobą już i tak rozwścieczonego nauczyciela. Do końca zajęć Stiles nie odezwał się ani słowem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   30/12/2013, 00:09

ROZDZIAŁ 10


Na przerwie, stojąc na korytarzu oparty o ścianę Stiles dalej rozmawiał ze Scottem na wspomniany już wcześniej temat lewitacji.
- Musisz koniecznie pogadać z Derekiem - oświadczył McCall.
- Chciałem, ale on się do mnie nie odzywa, unika mnie jak ognia - przyznał ze smętną miną Stiles.
- To może ja przemówię mu do tego zakutego łba i nakłonię go na rozmowę z tobą? -  McCall nadal był rozjuszony postawą Alphy w stosunku do jego przyjaciela.
- Nie wiem, lepiej nie, sam to jakoś załatwię - wymruczał niepewnie Stilinski. Nie chciał narażać przyjaciela na gniew Alphy.
- To może Peter? – zasugerował po chwilowym namyśle Scott.
- Oszalałeś chyba doszczętnie, na pewno nie pójdę po radę do psychopatycznego wujaszka, seryjnego mordercy. Jeszcze czego! - zaprotestował głośno Stiles i przesuwając wzrokiem po korytarzu wychwycił wpatrujące się w niego oczy Ethana. Wilkołak stał razem ze swoim bratem w dość dużej odległości od  Scotta i Stilinskiego. Wyglądało na to, że używa swojego wilczego ultrasłuchu i, no cóż, bezczelnie podsłuchuje. A jego co, w domu nie uczyli, że tak nie wolno? Stilinski posłał wścibskiemu koledze z klasy pełne dezaprobaty i wrogości spojrzenie. Starał się w nim przekazać również zakodowaną wiadomość, by Ethan nawet się do niego nie zbliżał. Po uzyskaniu zadowalających efektów w postaci smutnej miny wilkołaka, Stiles odwrócił się teatralnie do niego plecami i pociągnąwszy Scotta za ramię, ruszył w stronę drzwi do sali lekcyjnej.

******

Po tym, co widział, będąc pod domem Stilesa w weekendową noc, rozwścieczony Derek miotał się po swojej posiadłości jak dziki. Nie mógł nigdzie znaleźć sobie miejsca, by nie myśleć o nastolatku i tym nieznanym mu blondynie, więc w końcu zdecydował się na trening w lesie. Tak samo było i dziś. Wilkołak po wyczerpującym i morderczym biegu po okolicznych terenach wracał zdyszany do domu. Niestety z końcem treningu skończyło się jego odseparowanie od dręczących go myśli, których głównym tematem był oczywiście nie kto inny, jak Stilinski. Derek miał już dość tej rozłąki, więc postanowił mimo temu, co podpowiadał mu rozsądek, spotkać się z nim i wytłumaczyć swoje zachowanie. Nie oddam cię nikomu, Stiles, pomyślał jedynie przekraczając próg swojego domu, a po prysznicu i przebraniu się w czyste i pachnące świeżością ubrania, ruszył swoim czarnym Camaro pod szkołę, do której uczęszczał nastolatek, by odebrać go po zajęciach. Lecz na pewno nie spodziewał się zobaczyć tam dumnie stojącego na parkingu i opartego o swoje drogie auto blondyna, który - posyłając stojącemu przy wejściu do budynku Stilesowi promienny uśmiech - machał do niego w geście powitania. Derek zaczął warczeć, zaciskając ręce na kierownicy swojego wozu, a potem, nie myśląc zbyt wiele, wysiadł i skierował się w stronę Stilinskiego.
Stiles zapewne nie spodziewał się, że gdy będzie szedł w stronę machającego do niego żwawo Luke'a, nagle jakby spod ziemi wyrośnie na jego drodze młody Hale i, chwytając go za rękę, zacznie ciągnąć w stronę swojego samochodu, warcząc tylko krótkie "Musimy pogadać". Tak więc oszołomiony Stiles bez żadnego sprzeciwu podążył za ciągnącym go Derekiem, słysząc za sobą nawoływanie Luke'a. Zapewnię mężczyzna był dość zaskoczony rozgrywającą się na jego oczach sceną, ale szybko się ogarnął i ruszył za Derekiem i Stilesem.
Gdy wilkołak już miał wepchnąć nastolatka na siedzenie pasażera na przodzie swojego pojazdu, rękę Stilesa złapał nieznany młodemu Hale'owi blondwłosy mężczyzna i przyciągnął go do siebie, zamykając w żelaznym uścisku, a następnie patrząc na Dereka z nieukrywanym gniewem.
- Kim jesteś i czego chcesz od Stilesa? - zapytał.
Wilkołak nie kwapił się z udzieleniem odpowiedzi, więc Stiles spróbował przejąć inicjatywę.
- To Derek, mój znajomy - powiedział, uwalniając się z zaborczego uścisku Luke'a i popatrzył na Dereka ponaglająco, domagając się odpowiedzi, co do jego zachowania sprzed paru chwil. Wilkołak jednak nie robił sobie nic z wwiercających się mu w ciało oczu nastolatka i warknął w stroną Luke'a:
- A kim ty jesteś?
- Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać, traktujesz Stilesa jak jakiś worek i ciągniesz go za sobą niczym kukłę, od razu widać, że nie jesteś dobrze wychowany. - Luke nie był w przyjaznym nastroju, na pierwszy rzut oka było widać, że nie pała w stosunku do Dereka sympatią. Zwracając się do Stilesa i ignorując kompletnie coraz bardziej zdenerwowanego wilkołaka, dodał jeszcze:
- Chodźmy, Stiles.
Nastolatek jednak, słysząc powarkiwanie Dereka i pamiętając o tym, co powiedział, zwrócił się z przepraszającą miną do Luke'a:
- Przepraszam cię strasznie, ale to ponoć ważne, umówimy się kiedy indziej.
Blondyn zasmucił się, ale nie chcąc dać wygrać gburowatemu brunetowi, nie okazał tego zbytnio.
- No skoro tak chcesz, to zgoda, ale jakby co, to daj mi znać - powiedział, patrząc na Dereka hardo.
Stiles w podzięce przytulił Luke'a mocno, by po chwili wsiąść do samochodu Alphy i odjechać.

******

- Co to w ogóle było?! Odbiło ci czy jak?! - wrzeszczał na Dereka podczas jazdy zdenerwowany do granic możliwości Stiles. Umówił się z Lukiem na kolejne spotkanie, ten mężczyzna naprawdę mu się spodobał, coś ciągnęło Stilesa do nowego mieszkańca miasta, a tu nagle zjawia się Derek ze swoją opryskliwością i wszystko niszczy.
Derek, jakby nie słysząc wrzasków nastolatka, zapytał głosem ociekającym czystym jadem:
- Kim był ten laluś?
Stiles z mocno naburmuszoną miną powiedział:
- Ten, jak go określiłeś, "laluś", to Luke. - Stilinskiemu nie podobała się ta rozmowa i zachowanie wilkołaka. Co go obchodzi Luke? I czemu się tak wścieka? Chciał o to zapytać, lecz samochód zatrzymał się przed domem Alphy, a wilkołak wysiadł już i pomknął w stronę drzwi wejściowych, tak więc, czy tego chciał, czy nie, nastolatek poszedł za nim.
W środku oprócz nich nie było żywej duszy, Derek stał teraz w salonie, czekając na Stilesa. Nastolatek nadal rozwścieczony zachowaniem wilkołaka usiadł na kanapie, po czym westchnął znacząco.
- Powiesz mi wreszcie, o co ci chodzi?
Derek, wpatrując się swoimi błękitnymi oczami w Stilesa, zadał nurtujące go od dawna pytanie:
- Ten Luke… podoba ci się? - Z bijącym sercem czekał na odpowiedź.
- Co cię to obchodzi? Rany, Derek, mówiłeś, że chcesz porozmawiać ze mną o czymś ważnym, a teraz wypytujesz mnie o Luke'a!
Stiles chciał podnieść się z kanapy i jak najszybciej opuścić posiadłość Hale'ów, mimo tego, że on również chciał porozmawiać z Derekiem o jego niepostępującej prawidłowo przemianie, lecz zanim cokolwiek zrobił, Alpha znalazł się tuż przy nim, pochylając się w jego stronę i mówiąc:
- Nie oddam cię mu.
Twarz Dereka była coraz bliżej i Stiles nie wiedział, co ma zrobić. Jego serce biło jak oszalałe, a w ustach czuł suchość. Usta wilkołaka były już tuż tuż, aż w końcu zetknęły się z wargami Stilesa i w tym właśnie momencie świat zawirował. Nastolatka nie obchodziło już nic poza miękkimi i kuszącymi ustami Alphy. Och, Boże! Stiles wczepił dłonie w koszulkę Dereka, a wilkołak objął go zaborczo, przyciągając go do umięśnionej klatki piersiowej i nie pozwalając mu się wyswobodzić. Derek całował wspaniale, Stiles kilka razy fantazjował o jego wargach i w końcu miał możliwość ich posmakować, a co za tym idzie, sprawdzić, czy są rzeczywiście takie, jak myślał. Są lepsze, yhm… o wiele, wiele lepsze. Ich języki splotły się i tańczyły wokół siebie. Derek kąsał nastolatka w wargi i ssał je, pozbawiając go tchu. Pocałunek był agresywny, jakby dzięki niemu wilkołak chciał uświadomić Stilesa o tym, że należy do niego, a Stilesowi się to naprawdę podobało. Gdy się skończył, Derek spojrzał w oczy nastolatka roziskrzonym wzrokiem.
- Derek? - szepnął  Stiles, rumieniąc się obficie i nie mogąc uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. Zanim jednak wilkołak zdążył coś odpowiedzieć, do domu rodziny Hale'ów wkroczył niczego nieświadomy Peter w towarzystwie reszty stada, przerywając tym samym napiętą sytuację.
- O, widzę, że się już pogodziliście - stwierdził radośnie Peter, poprawiając uścisk na trzymanym przez niego pakunku ze sklepu spożywczego. Wykorzystując sytuację Stiles wykonał tak zwany strategiczny odwrót i chwytając Scotta za ramię, powiedział:
- Podwieź mnie do domu. - Po czym wyciągnął go na zewnątrz, nie zaszczycając nikogo choćby najmniejszym spojrzeniem.

*****

Po tym, gdy zadzwonił do Luke'a i przeprosił go za dzisiejszy wybryk Dereka, ustalając termin kolejnego spotkania, Stiles siedział w swoim pokoju i rozmyślał. W jego głowie dalej panował mętlik. To, co stało się w domu Dereka, było dla nastolatka niepojęte. Dlaczego mnie pocałował? To właśnie pytanie krążyło w jego podświadomości od dobrych paru godzin. Zawsze w stosunku do mnie zachowuje się niezbyt przyjaźnie, no i ostatnio po tym ugryzieniu mnie przez Deucaliona w ogóle się ode mnie odseparował, a dziś mnie całuje? Zasłaniając ręką twarz i wzdychając mocno, powiedział:
- W końcu nie powiedziałem mu o tej lewitacji, ani o tym, że nie zmieniam się w wilkołaka.
Zrezygnowany postanowił przespać się z tym problemem i wrócić do niego jutro. Ruszył do łazienki, by się umyć i przebrać w piżamę. Będąc już wymyty i stojąc na wprost wielkiego lustra wycierał się wielkim puchatym ręcznikiem, gdy ku swojemu zdziwieniu zauważył na swoim ciele w odbiciu lustra dziwny malunek.
- Co to jest? - zapytał sam siebie Stiles obserwując w tafli lustra malunek na swojej skórze.
Rysunek, a raczej tatuaż, przedstawiał cztery pantery, a każda z nich miała inny kolor. Dwie z nich były ułożone w pozycji siedzącej - czarna i złota, kolejne dwie, szara i biała widniały na tatuażu w pozycji leżącej. Malunek był umiejscowiony pomiędzy łopatkami. Nie pamiętam, bym ostatnio zawędrował komuś pod igłę. Skąd to się wzięło? Miał już dość. Co jeszcze mnie czeka? Po dokładnym obejrzeniu tatuażu chłopak przebrał się w końcu i ruszył zamiast do łóżka w stronę komputera, mając nadzieję, że znajdzie coś, co pomoże mu odgadnąć, czym jest jego nowy nabytek na ciele i co znaczy.
Ku wielkiemu zdziwieniu, nie znalazł nic. Do Petera nie pojadę za nic. Derek? Z nim nie chcę się na razie widzieć, więc… Deaton! Stiles uderzył się otwartą dłonią w czoło. Czemu wcześniej o nim nie pomyślałem? To jasne, jest emisariuszem, on wie wszystko.
W końcu lekko uspokojony chłopak położył się na łóżku, postanawiając, że od razu po szkole wybierze się do weterynarza po pomoc.

****

Następnego dnia  Stiles tak, jak sobie obiecał, podjechał do gabinetu weterynaryjnego  doktora Deatona z zamiarem uzyskania jakichkolwiek informacji na temat tego dziwnego tatuażu który pojawił się na jego ciele wczorajszej nocy oraz by dowiedzieć się, dlaczego jego przemiana w wilkołaka nie postępuje tak, jak powinna. Przekroczywszy drzwi gabinetu poruszył przymocowany do nich dzwonek. Stiles zebrał w sobie całą odwagę i wypuścił z płuc powietrze z głośnym świstem.
Emisariusz w tym czasie wyszedł z sąsiadującego pomieszczenia.
- O, to ty, Stiles, Scotta dziś nie ma, ma dzień wolny - powiedział z uśmiechem.
- Ja… wiem. Przyszedłem do pana.
Mina Deatona wyrażała zaciekawienie.
- Chodź za mną - powiedział doktor, kierując się z powrotem do pomieszczenia, z którego niedawno wyszedł. Stiles podążył za nim do pokoju, gdzie to zawsze odbywały się spotkania stada Dereka z emisariuszem. Gdy weterynarz w końcu się zatrzymał, odwrócił się w stronę nastolatka, pytając:
- O co chodzi?
- Zapewne wiesz od Dereka, że zostałem ugryziony przez Deucaliona. - Po tym, gdy Alan przytaknął skinieniem głowy, kontynuował dalej swoją wypowiedź. - Nie zmieniam się w wilkołaka, tak sądzę.
- Co znaczy, "tak sądzę"? - zapytał mężczyzna.
- Wiesz, lewitowanie nad łóżkiem zaraz po przebudzeniu nie jest chyba powszechne u wilkołaków - oznajmił sarkastycznie chłopak. - Chyba, że o czymś nie wiem?
Emisariusz uważnie przysłuchiwał się wypowiedzi chłopca, ewidentnie analizując każde słowo. Stiles wahał się, czy powiedzieć mu o swoim nowym kolorowym tatuażu, ale ostatecznie zadecydował, że lepiej nic nie ukrywać .
- Jest jeszcze to, pojawił się wczoraj w nocy. - Odwrócił się, rozpinając koszulę i odsłaniając plecy. Stiles nie widział reakcji mężczyzny, ale mógł usłyszeć mocne wciągnięcie powietrza przez Deatona i słowa wyszeptane po cichu:
- To… to niemożliwe. To przecież tylko legenda.
Stiles, zakładając z powrotem koszulę, odwrócił się, znów pytając:
- Wiesz, co oznacza ten tatuaż? Skąd się wziął? - Nadzieja biła z przejętego głosu Stilesa. Mężczyzna popatrzył na nastolatka jakoś inaczej, jego wzrok był wypełniony niedowierzaniem. Było w nim też coś, co nie dawało spokoju Stilesowi. Czy to strach ? Nie, to… podziw?
- Nie wiem - odpowiedział szybko.
Czemu kłamie? Przecież to oczywiste, że coś wie.
- Ale przecież… - Stiles nie dokończył wypowiedzi, bo Deaton złapał go za łokieć, wyprowadzając szybko z gabinetu.
- Już późno, muszę… muszę zamknąć. Do widzenia, Stiles.
Po czym bezceremonialnie wypchnął zaskoczonego nastolatka za drzwi gabinetu i zamknął je przed jego nosem, odwracając szybko napis na drzwiach na Zamknięte. Stiles zamrugał, nadal mocno zdumiony.
Po otrząśnięciu się z szoku próbował jeszcze dostać się do środka i dość długo dobijał się do drzwi, ale po kilkunastu minutach dał spokój i wrócił do domu, rozmyślając o dziwnej reakcji emisariusza. Stiles wiedział jedno - wizyta u Deatona wcale mu nie pomogła, a wręcz przeciwnie, namnożyła mu kolejnych pytań.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   6/1/2014, 22:07

Nie było mnie trochę Smileżycie- uczę się na egzamin  więc automatycznie brakuje mi czasu a jakby tego było mało moja wena gdzieś się zmyła chyba do ciepłych krajów Very Happy
Rozdział króciutki ale postaram się by następny wynagrodził wam to


ROZDZIAŁ 11


Stiles, mimo usilnych starań Dereka, nie widział się z wilkołakiem od kilku dni. Wprawdzie ten wydzwaniał do niego nieustannie, a nawet raz pofatygował się w odwiedziny, na szczęście jednak dla Stilesa, nie było go wtedy w domu, gdyż przebywał z Lukiem, o czym oczywiście miło poinformował Hale’a szeryf Stilinski. Od tego czasu Alpha się nie odzywał. Chyba sobie odpuścił, pomyślał nastolatek i z niedowierzaniem zauważył, że nie cieszy się z tego faktu ani odrobinę, a co ważniejsze ciągle myśli o ustach wspomnianego osobnika. Uspokój się, głupi, on nic do ciebie nie czuje. Klatka piersiowa leżącego na łóżku na plecach Stilesa podniosła się znacznie, by w następnej chwili opaść wydając przy tym głębokie westchnienie.
- Ech…
Była już późna godzina, środek nocy, nic więc dziwnego, że nastolatek leżał w swoim łóżku, próbując zasnąć. Przekręcił się na bok tak, że teraz leżał odwrócony do okna plecami, przez co nie zauważył wchodzącej do środka postaci . Po paru chwilach usłyszał jednak ciche nawoływanie:
- …les?, Stiles?
Jak oparzony zerwał się z posłania, dopadając do stojącego niedaleko łóżka kija bejsbolowego, by po chwili z wrogością w oczach odwrócić się do intruza z zamiarem bronienia dobytku, czego pożałował już w pierwszej minucie, gdy to niebieskie oczy intruza prześlizgiwały się po jego ciele ubranym tylko w zielone bokserki.
- Derek! Co ty tu robisz?! - wrzasnął, starając się pohamować wypełzający mu na policzki rumieniec, co, prawdę powiedziawszy, wcale mu nie wyszło. W tym czasie zafascynowany widokiem gość usiłował nie pożerać wzrokiem stojącego przed nim roznegliżowanego nastolatka i, przełykając głośno ślinę, oznajmił:
- Nie odbierasz moich telefonów, a gdy przyszedłem ostatnio, ciebie nie było…  Postanowiłem więc wybrać trochę późniejszą porę odwiedzin, co dało mi pewność, że cię zastanę.
- O czym tak bardzo chcesz ze mną porozmawiać? - zapytał podenerwowanym głosem Stiles, chwytając leżącą na podłodze szarą koszulkę i prędko ją zakładając. Nie widział tego tatuażu, uff… Stiles od czasu rozmowy z Deatonem nie pytał nikogo o znaczenie malowidła na swojej skórze. Wiedział, że to coś poważnego, ale na razie nie chciał pakować w to reszty stada, a poza tym nie był do końca pewny, jak Derek i reszta by zareagowali. Może jestem jakimś potworem jak Kanima.
- Czy to nie oczywiste? - dopytywał Derek, przyglądając się reakcji Stilesa. Po tym, jak nastolatek spłonął solidnym rumieńcem, uśmiechnął się dyskretnie pod nosem, kontynuując: - O  pocałunku, Stiles, właśnie tak.
Skrępowany nastolatek wpatrywał się w swoje bose stopy i powiedział prawie niesłyszalnie:
- Dobrze. - Co ucieszyło Dereka, bo wreszcie po tak długim dla niego czasie miał szansę, by być ze Stilesem, słyszeć rytmiczne bicie jego serca oraz słodki głos. Siadając na posłaniu Stilinski był widocznie spięty, co widać było po wyprostowanych jak struna plecach, zaciśniętych w pięści dłoniach, spoczywających na kolanach i dociśniętych do siebie nogach. W tym momencie Derek miał nieodparte pragnienie, by mocno przytulić tę roztrzęsioną istotę i szeptać jej do ucha, że wszystko jest dobrze, bo on go kocha i zawsze już będzie. Opanował się jednak szybko i usiadł obok nastolatka na łóżku.
- Pocałowałem cię, Stiles, bo… -zawahał się lekko, co dało chłopcu czas, by zadać swoje pytanie.
- Chciałeś zobaczyć, co zrobię?
- Tak - powiedział szczerze wilkołak. Po prawdzie, była to trochę próba, by sprawdzić, co Stiles do niego czuje, czy go nie odtrąci i właśnie dzięki temu pocałunkowi uzmysłowił sobie, że on również nie jest obojętny nastolatkowi, lecz ten wyciągnął z tej odpowiedzi zupełnie inne wnioski. W oczach Stilesa zalśniły łzy, a on sam łamiącym się głosem powiedział:
- Chciałeś zobaczyć, czy jestem łatwy, tak? Tak o mnie myślisz?! - Nastolatek gwałtownie wstał, podnosząc głos. - Wyjdź stąd!
-Nie, nie, poczekaj, to nie tak - zaprotestował Derek, stając naprzeciwko trzęsącego się z wściekłości Stilesa i próbując chwycić go w ramiona. - Stiles… - Chłopak zwinnie unikał cielesnego kontaktu z Hale'em, a ten rozpaczliwie starał się przekazać, co miał naprawdę na myśli. - Chodzi o to, że… - Stiles jednak go nie słuchał i popychał go w stronę  okna, którym wszedł. - Stiles, daj mi wytłumaczyć! - zawołał błagalnie, zanim został wypchnięty na zewnątrz, a okno prowadzące do pokoju Stilesa zatrzasnęło się z głośnym hukiem.
Derek był jednak uparty i do samego świtu nie odstępował od okna Stilesa nawet o milimetr, aż do czasu gdy usłyszał krzątanie rozbudzonego już w swoim pokoju szeryfa, co dało mu sygnał, aby się ulotnić. Stiles natomiast po wyrzuceniu niechcianego gościa zakopał się w swojej ciepłej pościeli i mimo tego, że wiedział, że dzięki czułemu słuchowi brunet go usłyszy, nie mógł powstrzymać się od łez i pochlipywania w poduszkę, więc gdy nastał ranek z ulgą przyjął do wiadomości fakt, że Dereka nie było już w pobliżu. Za to otwierając okno Stiles zauważył małą białą karteczkę ze słowami: To nie tak, jak myślisz, skarbie.
Stiles wytrzeszczył oczy po przeczytaniu ostatniego słowa. Kartka nie była podpisana, ale młody Stilinski i tak wiedział, kto jest jej autorem - Derek.

******

Obecnie Stiles był w szkole i wraz ze Scottem i Allison siedzieli na stołówce, jedząc drugie śniadanie i czekając, aż dołączy do nich Lydia. Wprawdzie dziewczyna przybyła w końcu w umówione miejsce, lecz ani Stiles, ani pozostała dwójka nie spodziewała się, że będą jej towarzyszyć bliźniacy należący do stada Deucaliona.
- Co… co oni tu robią?! - wykrzyczał z oburzeniem Scott, zerkając kątem oka na Stilesa, który siedział na krześle z niewyraźną miną. - Wiesz przecież kim oni są!
- Tak, to wilkołaki i należeli do stada tego złego gościa, który ugryzł Stilesa, wiem - zapewniła Lydia, patrząc z uporem w oczy rozgniewanemu Scottowi.
- Lydia, jak możesz z nimi jeszcze rozmawiać, wiedząc o tym wszystkim? - Z oburzeniem wymalowanym na twarzy wpatrywała się w swoją przyjaciółkę Allison.
Stojący do tej pory w milczeniu bliźniacy zabrali nagle głos, dzięki czemu uwaga całej grupy skupiła się teraz na nich. Obejmujący Lydię Aiden ochrypłym głosem powiedział:
- Wiedziałem, że tak będzie, chodźmy stąd,oni nie chcą nas wysłuchać. - Dziewczyna w odpowiedzi krzyknęła wyraźnie:
- Nie! Przecież odeszliście już z tamtego stada i nie wiedzieliście, co wasz Alpha zrobi Stilesowi, nie chcieliście tego, więc nie macie się czego wstydzić.
Zaciekawiony tą wypowiedzią Stiles podniósł dotąd opuszczoną głowę i skierował wzrok na bliźniaków. Odeszli ze stada Deucaliona… Nie wiedzieli, że mnie ugryzie… Co tu jest grane? Czy to jakiś podstęp?
- Odeszliście od Deucaliona? - zapytał, mimo że Scott posłał mu spojrzenie mówiące, by im nie ufać i nie interesować się nimi w ogóle, ale Stiles, o dziwo, chciał wiedzieć. Przecież jeśli to prawda, to rozgniewany psychopatyczny Alpha będzie chciał ich zabić za to że ośmielili się na taki ruch, a poza tym bliźniacy mogliby być mocnymi sojusznikami - z całą pewnością wiedzieli wszystko o słabych punktach pozostałej trójki swego byłego, jak sugerowali, stada.
- Tak, naprawdę nie wiedzieliśmy, że on cię ugryzie, Stiles, musisz nam uwierzyć. - Błagalne spojrzenie Ethana odrobinę poruszyło nastolatka, ale nie na tyle by zaufać im od razu. Muszę mieć ich na oku, a na razie…
- Wierzę wam - zapewnił, zmuszając swoje usta do minimalnego uśmiechu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   17/1/2014, 12:17

ROZDZIAŁ 12


- Co?! - krzyknął rozjuszony Scott, wstając gwałtownie z krzesła i przewracając je z głośnym hukiem. - Chyba nie mówisz poważnie?!
- Uspokój się, ludzie patrzą. Nie rób scen.
Chwytając swego chłopaka za ramię, Allison starała się przemówić wilkołakowi do rozsądku, gdyż rzeczywiście w tym właśnie momencie chyba cała stołówka gapiła się na nich z zaciekawieniem, żądna sensacji. Dobrze, że nie ma tu Boyda, Isaaca i Eriki, pomyślał Stiles. Już i tak jest tu za duże stężenie negatywnych emocji.
- Scott, usiądź już - ponaglił przyjaciela. Ten z ociąganiem podniósł krzesło z podłogi i postawiwszy je na swoim miejscu, spełnił jego prośbę, lecz dalej posyłał bliźniakom wręcz mordercze spojrzenia.
- Jak już mówiłem, wierzę wam - zapewnił po raz kolejny Stilinski. - Z całą pewnością chcecie przyłączyć się do stada Dereka, bo potrzebujecie ochrony, mylę się?
- Nie, to prawda, odchodząc z watahy… można by rzec, że wydaliśmy na siebie wyrok śmierci, potrzebujemy więc sprzymierzeńców, a jak nam wiadomo, wy tak, jak i my nie przepadacie za naszymi byłymi kolegami z watahy Alph.
- Myślę, że zatwierdzenie waszego członkostwa zależy od naszego Alphy, a nie od nas, więc dlaczego przyślijcie z tym do nas? - spytał zaciekawiony Scott, mrużąc oczy.
- To proste - odpowiedział szybko Aiden. - Jesteście członkami stada Dereka, więc, bądź co bądź, macie na niego jakiś wpływ, możecie przekonać go, że może nam zaufać.
- Poza tym chcieliśmy przeprosić Stilesa - wtrącił Ethan, znacząco przyglądając się Stilesowi. Ten zaś z uśmiechem na ustach oznajmił, wstając od stołu:
- Nie ma co spiskować po kątach. - Cała grupa popatrzyła na niego z zainteresowaniem. - Jedziemy do Hale’ów.

*******

Derek, jak się można było po nim spodziewać, nie przyjął bliźniaków ze szczególnym entuzjazmem. Nie obyło się bez wymachiwania pazurami na wszystkie strony, a także warczenia i kilku nieprzyjemnych dla słuchu epitetów, wskutek czego Stiles musiał poważnie interweniować.
- Dosyć tego! - krzyknął, stając naprzeciwko kipiącego ze złości Alphy, tak by swoim ciałem zasłonić leżących na ziemi poturbowanych bliźniaków. - Zachowuj się rozsądnie, oni odeszli od tego psychopaty, chcą nam pomóc go zabić, więc z łaski swojej uspokój swoje wilcze zapędy i wysłuchaj ich chociaż! - Takiego obrotu sprawy chyba nikt się nie spodziewał, a już zwłaszcza Derek, który stał oniemiały, patrząc na nastolatka. Coś do niego chyba dotarło, pomyślał uradowany chłopak, bo oto wilkołacze dodatki bruneta zniknęły w okamgnieniu, a on sam, obróciwszy się na pięcie, ruszył do wyjścia. W połowie drogi jednak zmienił zdanie i powiedział: - Chodźcie, porozmawiamy.
Siedząc już wygodnie w salonie, cała grupa słuchała uważnie tego, co mówią bracia.
- Jak już mówiliśmy, odeszliśmy od Deucaliona i mamy nadzieję, że przyjmiesz nas do siebie - powiedział Aiden, zwróciwszy się do Dereka.
- To wy sprowadziliście Stilesa do waszego Alphy.
- Byłego Alphy - wtrącił szybko nastolatek.
- Może i tak. - Derek z zaciętą miną mierzył bliźniaków wzrokiem. Nigdy wam tego nie wybaczę.
- Nie wiedzieliśmy, co zamierza, nie mieliśmy pojęcia, że ugryzie Stilinskiego - bronili się żarliwie, lecz Alphy to nie usatysfakcjonowało.
- Dlaczego to mnie chciał przemienić, a nie na przykład Lydię czy Allison? - Stiles miał dosyć idiotycznego obwiniania, wolał zapytać o coś istotnego.
Obróciwszy głowę do stojącego koło okna nastolatka, bliźniacy zaczęli tłumaczyć:
- Bo on właśnie tego chciał, a Deucalion i reszta, włącznie z nami, słuchamy go… aż do teraz.
Stiles widział zakłopotanie i zawstydzenie braci, chciał zapytać o tajemniczego zleceniodawcę całej operacji pod tytułem wgryźmy się w Stilinskiego, ale nie zdążył, ponieważ ktoś go ubiegł. Stojący obok Dereka  Peter ożywił się nagle i zadał to tak ważne pytanie:
- Jaki on? O kim mówicie?
Aiden zwiesił głowę, wzdychając.
- Nie wiemy, jak się nazywa. Tylko Deucalion się z nim kontaktuje i tylko on wie, jak wygląda. Wiemy tylko tyle, że to on zlecił ugryzienie Stilesa. No i że to właśnie przez Stilesa trafiliśmy do tego miasta.
- Twierdzicie, że Deucalion nie jest przywódcą waszego stada, a jest nim nieznany wam z wyglądu i imienia osobnik? - Na ustach Petera pojawił się drwiący uśmiech. - Macie nas za idiotów?
- Nie! - zaprotestowali zgodnym chórem bracia, zrywając się z kanapy. - To wszystko prawda. Tak właśnie jest.
- Dobrze, spokojnie, załóżmy, że to prawda… - zaczął stojący pod ścianą czarnoskóry wilkołak. - Po co temu komuś Stiles?
Zdesperowani bracia spojrzeli na siebie, a następnie na zgromadzonych w pomieszczeniu ludzi i powiedzieli prawie niedosłyszalnym szeptem:
- Nie wiemy.

******

Tak, jak i poprzednie spotkania, również i to odbyło się w nocy w ciemnym i opuszczonym lesie. Dwie postacie stały w gąszczu drzew, rozmawiając za sobą intensywnie.
- Wszystko idzie zgodnie z planem, mój panie, Ethan wraz z bratem właśnie w tym momencie przekonują stado Dereka, że uciekli od nas i chcą się do nich przyłączyć - oświadczył pełen dumy Deucalion. Stojący naprzeciwko niego zakapturzony mężczyzna z czarnym krukiem na ramieniu powiedział:
- To dobrze. - Jego ręka uniosła się do zakrywającego twarz kaptura, by jednym zwinnym ruchem zdjąć go z głowy, odsłaniając tym samym oblicze. Światło księżyca oświetlało twarz blondwłosego mężczyzny, a jego niebieskie oczy jarzyły się przez to swoistym blaskiem. Luke, bo tak miał na imię ów mężczyzna, patrząc zaciekle w oczy swojego rozmówcy, dodał jeszcze: - Jestem bardzo zadowolony, spisałeś się. - Następnie głaszcząc kruka po głowie, zwrócił się do ptaka: - Pilnuj go, nie podoba mi się ten cały Derek, ewidentnie ma słabość do Stilesa, a to mi nie w smak.
Ptak wydał tylko skrzeczący  odgłos i odleciał.

*******

- Derek? Co ty tutaj robisz? - zapytał zdezorientowany Stiles, nie pamiętał, by wpuszczał do swego pokoju wilkołaka. Derek milczał, przyglądając się mu intensywnie, a w jego szaroniebieskich oczach pojawił się dziwny błysk, drapieżny błysk. Derek rzadko się uśmiechał i na pewno nie robił tego teraz. Zacisnął wydatne wargi w wąską linię. A Stiles nie mógł oderwać od niego oczu. Miał szeroką i muskularną klatkę piersiową. Czarne, jedwabne spodnie od piżamy przywierały do mocnych mięśni ud, był seksowny. Nawet z potarganymi włosami i zaczerwienionymi ze zmęczenia oczami wyglądał jak marzenie. Ale co on tu robi i dlaczego jest w piżamie?, dopytywała się ciągle podświadomość nastolatka, ale on sam nie zamierzał się tym przejmować, bo oto w następnej chwili Derek wyciągnął w jego stronę rękę, szepcząc: - Stiles…
Pod wpływem tego szeptu nogi Stilesa stały się miękkie niczym galareta. Doznawał dziwnych, nieznanych wrażeń, pragnął czegoś, czego nie potrafił zrozumieć. Nie mógł oderwać oczu od wilkołaka, a jednocześnie widział go jakby za mgłą. Z trudem zbierał myśli. W ułamku sekundy później stał oparty plecami o zimną ścianę, a Derek  napierał na niego swym ciałem. Całowali się żarliwie i z pasją. Ich języki połączyły się w walecznym tańcu o dominację. Derek w międzyczasie zaczął wodzić rękami po nagim ciele Stilesa. Przecież byłem ubrany?, pomyślał jeszcze chłopak, ale gdy jego oczy spoczęły na równie roznegliżowanym wilkołaku, odsunął on od siebie wszelkie myśli. Liczyli się tylko oni i doznania, które teraz nawzajem sobie zapewniali. Stiles wskoczył na Dereka, oplatając jego biodra nogami, a wilkołak przytrzymał go za pośladki, wczepiając się w nie palcami. Nie przestając całować Stilesa, Alpha dotarł na łóżko i położył się na nim razem ze swoim kochankiem.
- Derek… och…
- …les…Sti…les…Stiles… - powtarzał wciąż i wciąż między coraz bardziej zapalczywymi pieszczotami wilkołak. - …les…Stiles…
- Stiles, do cholery! Spóźnisz się do szkoły!
Nastolatek poderwał się gwałtownie na łóżku. Krzyk ojca dobiegał z dołu.
- Już tato! Już wstałem! - odpowiedział głośno tak, by urzędujący w kuchni rodziciel go usłyszał. Rozglądając się po swoim pokoju w poszukiwaniu Dereka  szybko  zarejestrował straszną prawdę - to był tylko sen.
- O rany… Derek, co ty ze mną robisz… - wymruczał zawstydzony.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   28/1/2014, 18:39

ROZDZIAŁ 13


Stiles spóźnił się na pierwsze zajęcia i wbiegł zdyszany do klasy, nie pukając nawet do drzwi i zwracając tym na siebie uwagę wszystkich uczniów oraz nauczyciela, podenerwowanego tym, że ktoś śmie przerywać mu zajęcia .  To, oczywiście, zaowocowało małą tyradą na temat punktualności i kultury. Po zajęciu swojego stałego miejsca w pobliżu Scotta, wyjął z plecaka, książki, zeszyt i przybory piśmiennicze i z całej siły starał się skupić na tej jakże nudnej lekcji, byleby tylko nie myśleć o pełnym namiętności śnie z udziałem urodziwego potomka rodziny Hale'ów. Starania Stilesa spełzły jednak na niczym, co bardzo go zdenerwowało.
- Stiles… dobrze się czujesz? - zapytał zatroskany Scott.
- Tak. Dlaczego pytasz? - Nastolatek podparł głowę na ręce i zwrócił twarz w stronę swojego przyjaciela.
- No… twoje policzki.
- Co z nimi nie tak? - Stiles zmrużył oczy.
- Są czerwone, stary, masz gorączkę czy co?
Zażenowany Stilinski odwrócił się szybko od bacznie przyglądających się mu oczu wilkołaka i mamrocząc, odparł:
- Nie, nic mi nie jest. - To przez ten cholerny sen i przez Dereka. Stiles nie mógł jednak powiedzieć o tym przyjacielowi. Reszta zajęć minęła całkiem spokojnie, aż w końcu rozległ się dzwonek na zakończenie dzisiejszych lekcji. Wszyscy się ucieszyli, ale nie Stiles. Nie dziś. Bo właśnie dziś miał odbyć się trening stada Dereka, a on nadal nie wykazywał wilczych talentów, w dodatku musiał pilnować bliźniaków przed Alphą, który, o dziwo, zgodził się na członkostwo Ethana i Aidena w watasze. Oczywiście zastrzegł im głośno i wyraźnie, że to przyjęcie na tak zwaną próbę i jeszcze nie jest powiedziane, że znajdą się w jego stadzie na pewno. Bliźniacy nie byli zaskoczeni takim obrotem sprawy i ochoczo się zgodzili na okres próbny.
- Stiles, jedziemy? - zapytał Scott, patrząc wyczekująco na wiszące w stacyjce kluczyki Jeepa. Siedzieli właśnie w aucie Stilesa. Ten nie odpowiedział nic, starając się jak najbardziej przeciągnąć chwilę i odłożyć spotkanie z Derekiem.
- Nie powiedziałem mu, że nie zmieniam się w wilkołaka - wydusił wreszcie. Zaskoczony McCall rzucił przyjacielowi strapione spojrzenie.
- Jak to? Przecież miałeś to zrobić już dawno… O rany Stiles, tak długo nic nie wiedział… Czy ty nie wiesz, że on się wścieknie? - Odchylił głowę na zagłówek fotela i sapnął przeciągle. - Dlaczego mu nie powiedziałeś?
- Nie było okazji.
- Stiles… - Oczy Scotta wywiercały dziurę w czaszce przyjaciela, uparcie starając się dokopać do prawdy.
- W porządku… Nie wiedziałem, jak mam mu to powiedzieć, poza tym, ja… - Scott zerknął na niego nagląco. - …uch, bałem się? - wymamrotał nerwowo.
- Co? Niby czego miałeś się bać?
- Scott, a jeśli jestem jakimś potworem? Jeśli stanę się niebezpieczny?
- Bardziej niż wilkołak? - zażartował Scott.
- Mówię poważnie - wycedził. - Nie zmieniam się w wilkołaka, lewituję nad łóżkiem, tak nie robią wilkołaki, to nie jest normalne. - Z rezygnacją oparł się czołem o kierownicę samochodu. Scott spoważniał, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela i poklepując go lekko.
- Nieważne, czy będziesz wilkołakiem, wróżką , czy jednorożcem… Jesteś moim przyjacielem i to się nigdy nie zmieni, zawsze możesz na mnie liczyć. I nieważne, co powie Derek, ja cię nie opuszczę.
Te pokrzepiające słowa wyraźnie dodały Stilinskiemu otuchy, bo podniósł głowę znad kierownicy, wyprostował się i westchnął, a potem z uśmiechem na ustach odwrócił się do swojego najlepszego przyjaciela.
- Dzięki. - Po czym, przekręcając kluczyki w stacyjce, uruchomił silnik samochodu i po chwili ruszyli Jeepem do posiadłości Alphy.

*******

Gdy wysiedli z samochodu, Derek właśnie wychodził przez frontowe drzwi zapewne po to, by ich przywitać. Stiles przełknął  głośno ślinę. Derek jak zawsze wyglądał wspaniale - jego umięśnioną klatkę piersiową opinał czarny podkoszulek, a nogi odziane były w ciemnoniebieskie jeansy. Takie ciuchy idealnie nadawały się na trening. Nastolatka na ten widok zamurowało, nawet nie ruszył się z miejsca. Wziął głęboki wdech, starając się uspokoić. Już miał podejść do niego pewnym krokiem, kiedy to Derek odezwał się pierwszy:
- Scott. - Kiwnął na wilkołaka, a następnie kierując swój wzrok na Stilinskiego, powiedział: - Stiles.
Rumieniec pokrywał całą twarz nastolatka, a on sam czuł się strasznie zażenowany. Przypomniał mu się ten nieszczęsny sen, który doprowadził jego ciało do ekstazy -…stał oparty plecami o zimną ścianę, a Derek  napierał na niego swym ciałem. Całowali się żarliwie i z pasją. Ich języki połączyły się w walecznym tańcu o dominację. Derek zaczął wodzić rękami po nagim ciele Stilesa… Nie!... Dość, nie będę o tym myśleć… Nie będę i już!
Stiles stojący koło Scotta i kręcący zażarcie głową, wydawał się pewnie towarzyszącej mu dwójce wilkołaków ciekawym zjawiskiem, ale nastolatek nie zwracał na nich uwagi, zajęty wypieraniem z umysłu niechcianych obrazów.
- Stiles, idziemy. - Scott zwrócił się do przyjaciela.
-Tak. Gdzie wszyscy? - zapytał Dereka chłopak.
- W środku.
Stiles w pewnej chwili zatrzymał się raptownie, gdy już szli do domu.
- Derek… muszę… muszę ci coś powiedzieć.
Zaciekawiony Alpha zatrzymał się przed schodami prowadzącymi na ganek, a podążający za nim Scott zerknął przez ramię na przyjaciela, by uśmiechem dodać mu otuchy i rzucił, że powie reszcie, by zaczekali, samemu wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi.
Stiles stresował się ogromnie tą rozmową, nie chciał, by wilkołak się rozgniewał, choć na to właśnie się zanosiło. Nikt przecież nie lubił, gdy zatajało się przed nim ważne informacje, a właśnie to zrobił Stiles. Poza tym ten cholerny sen ciągle tkwił w podświadomości Stilesa, sprawiając, że nie mógł spojrzeć w oczy swojego rozmówcy. Derek odwrócił się do nastolatka, odchrząkając znacząco, by go ponaglić.
-Pamiętasz, jak ten psychol mnie ugryzł? - zapytał Stiles.
Oczywiście że pamiętał, to był jeden z najgorszych momentów mojego życia, pomyślał Derek.
- Wiesz, że po ugryzieniu albo umierasz, albo stajesz się wilkołakiem… Tak?
Derek nie odpowiedział nic, jedynie unosząc brew wyczekująco.
-Tak więc… ja… nie umarłem…
- Jesteś doskonały w stwierdzaniu oczywistych faktów. - Zirytowany wilkołak przewrócił teatralnie niebieskimi oczami. - Do czego zmierzasz, Stiles?
- No więc… ja… nie zmieniam się w wilkołaka - wyrzucił z siebie, kuląc się lekko w oczekiwaniu na krzyk i jawne niezadowolenie, ale nie doczekał się. Derek stał w miejscu niczym słup, patrząc na niedowierzająco Stilesa, a jednocześnie z lekką nutą podejrzliwości.
-To niemożliwe. Zostałeś ugryziony, przeżyłeś, co prowadzi do tego ze stajesz się wilkołakiem. Jeśli chodzi o przemianę, każdy przechodzi ją nieco inaczej i w różnym przedziale czasowym.
- Derek, proszę cię, ile już minęło? Scott zmienił się praktycznie po kilku dniach, a ja co? Nic! Poza tym nie przypominam sobie, żeby przemianie w wilkołaka towarzyszyły poranne lewitacje nad własnym łóżkiem.
Alpha ewidentnie nie wiedział, co powiedzieć . Czuł narastającą rozpacz chłopaka, widział że zaczyna się lekko trząść i w jednej chwili zrozumiał, że bał się jego reakcji. Bał się, że Derek go odrzuci, że będzie uważał za dziwadło i odmieńca. Ale Hale nie był hipokrytą, bo co to by była za obłud,a gdyby właśnie taki odmieniec, jakim jest wilkołak, wyparł się teraz Stilesa za jego inność, wyjątkowość?
Powoli podszedł do podenerwowanego nastolatka, by następnie schwycić go w ramiona, przytulając ostrożnie i z widoczną troską. Na razie muszę go uspokoić i zapewnić, że nie odrzucam, potem będę się martwić i zastanawiać, co to wszystko znaczy… W co zmienia się Stiles?
- Wszystko w porządku, jestem przy tobie, nigdy cię nie opuszczę, Stiles. Nigdy.
W tym momencie wilkołak pochylił się ku twarzy nastolatka, składając na jego ustach delikatny pocałunek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   11/2/2014, 03:33

Z dedykacją dla ars_amandi Smile Gratuluje zdanych egzaminów :*



ROZDZIAŁ 14


Drzwi lekko zaskrzypiały i  przez próg posiadłości Hale’ów przeszedł Scott McCall. Musiał zapewnić swojemu przyjacielowi z Derekiem spokojną rozmowę, a zostawienie ich samych, by mogli zrobić to w cztery oczy, było jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem. Muszą sobie wyjaśnić sprawę między sobą i bez pozostałej części watahy, wtrącającej się do wypowiedzi.  
- Gdzie Derek i Stiles? - rozbrzmiało w holu domostwa. Zważywszy wcześniejszą błogą ciszę, nic dziwnego, że Scott wzdrygnął się zaskoczony, łapiąc się za serce. Zaraz chyba zejdę na zawał… rany. Obok niego jak z pod ziemi zmaterializował się Peter.
- Muszą zamienić ze sobą parę słów, lepiej im nie przeszkadzać - odpowiedział nastolatek, znacząco patrząc na starszego wilkołaka, jasno przekazując wiadomość, aby nawet nie myślał wtrącać się w cudze sprawy. Co o dziwo poskutkowało, bo Peter, co w jego przypadku było raczej dziwne, rozpromienił się i z uśmiechem na ustach odrzekł :
- Hyyy… więc nie przeszkadzajmy. Chodź do reszty, czekają w salonie - oznajmił, po czym popchnął nastolatka we wskazanym kierunku.

******

Derek trzymał w swoich ramionach nadal jeszcze lekko trzęsące się  ciało nastolatka i zastanawiał się zaciekle, czy jest to oznaka zdenerwowania z powodu przeprowadzonej pomiędzy nimi rozmowy i obaw Stilesa, czy może jednak przyczyną tych dreszczy jest pocałunek. Derek z całej siły wierzył, że to jednak to drugie. Ale od kiedy to, co dobre, szybko się kończy, brak tchu zaowocował koniecznością przerwania rozkosznego pocałunku. Jednak wilkołak nie wypuścił z objęć nastolatka, dalej trzymał go przytulonego do swojej klatki piersiowej.
Stiles czuł się cudownie, pocałunek odgonił wszystkie niepokojące myśli. W ramionach Dereka było mu jak w niebie, jakby szybował na lekkiej puchowej chmurce.
 -Dere… - zdążył jedynie powiedzieć, zanim został uciszony. Kciuk Alphy znalazł się na ustach chłopaka, wodząc po nich delikatnie i uniemożliwiając dalszą wypowiedź.
- Nic nie mów, teraz ja ci coś powiem.
Gdy Derek spostrzegł, że mimo prośby nastolatek nabiera powietrza do płuc z zamiarem dokończenia zdania, przyłożył czoło do jego czoła i, patrząc mu w roziskrzone oczył, szepnął:
- Cii… - A następnie odsuną twarz od pokrytego  wypiekami oblicza Stilesa. - To ważne. Gdy pocałowałem cię poprzednio, wcale nie chodziło mi… jak to ująłeś… - zastanawiał się mężczyzna - by sprawdzić, czy jesteś łatwy. Wiesz, nie jestem przyzwyczajony do tego, by uzewnętrzniać  swoje emocje i ciężko mi o tym mówić, więc myślałem, że dzięki pocałunkowi zrozumiesz. Myliłem się -westchnął.  -Stiles… zależy mi na tobie… bardzo mi zależy. Nie wyobrażam sobie, by mogło cię przy mnie nie być. Wstając rano z łóżka, cieszę się na kolejny dzień tylko dlatego, że wiem, że spotkam ciebie i zobaczę twoje cudne oczy i kuszące usta - mówiąc to, pogłaskał z nieskrywanym uwielbieniem wierzchem dłoni twarz nastolatka. - Bicie twojego serca mnie uspokaja, słysząc go, czuję błogość, a gdy widzę twój smutek, czuję, jak rozdziera mi się serce… Rozumiesz, co chce powiedzieć prawda? - zapytał z nadzieją.
- Ja… tak, rozumiem - odpowiedział Stiles ze wzruszeniem.
- Cieszę się. - Wilkołak odetchną ze spokojem. - Nie chcę cię zmuszać do niczego, w żaden sposób nie chcę, byś czuł się zobowiązany, ale zastanów się, czy chcesz spróbować być ze mną i daj mi znać, gdy będziesz pewny swojej odpowiedzi. Dobrze?
Stiles oswobodził się z uścisku Dereka  i kiwnął z potwierdzeniem głową, by następnie razem z nim udać się do środka domu.

******

Na drzewie w pobliżu domu Dereka siedział kruk o piórach czarnych jak smoła. Jego oczy w kolorze węgla obserwowały teraz właściciela domostwa oraz Stilesa, syna tutejszego szeryfa. Takie bowiem dostał zadanie od swego mistrza, by śledzić Stilesa i donosić o jego poczynaniach. Kruk ten nie był bowiem zwykłym ptakiem, Samuel był demonem. Nie posiadał zbyt wielkiej siły, ani nie należał do żadnej z czystokrwistych rodzin, wręcz przeciwnie, był mieszańcem człowieka i demona tak, jak jego pan. Sam był podwładnym samego władcy demonów - wielkiego i potężnego Luke'a.
Mówiło się, że w dawnych czasach król podczas walk z druidami, samym skinięciem ręki pozbawiał życia setki czarowników. Sam bardzo chciał stać się kiedyś taki, jak jego pan - potężny i majestatyczny, ale również dobry i prawy, bo nie każdy wiedział, że czcigodny król demonów również i taki był. On wiedział o tym doskonale, poznał jego dobrą stronę. Gdy się pierwszy raz spotkali kilkaset lat temu, Sam był jeszcze chłopcem, mieszkającym w swojej rodzinnej wiosce razem z wujem. Ojciec Sama zginął w potyczce z innym demonem, matka zmarła zaś przy jego narodzinach, skazując go na życie z wujem. Wuj Joseph był człowiekiem tak, jak jego matka, człowiekiem, który nienawidził Sama za to, że był inny, że był w połowie demonem. Za każdym razem udowadniał mu, że jest nic niewartym bękartem, którego rodzice woleli zginąć, niż się z nim użerać i go wychowywać. Potem po fazie wyzwisk i upokorzeń nadszedł czas rękoczynów. Wuj bił go i znęcał się nad nim niemiłosiernie. W dniu, kiedy spotkał Luke'a, jego wuj podniósł na niego rękę po raz ostatni.
Był pochmurny i brzydki dzień. Deszcz padał od rana nieprzerwanie. Jego wuj leczył się po zeszłonocnej libacji i wylegiwał w łóżku. Nagle do drzwi ktoś zapukał.
- Chłopcze, otwórz, do cholery… żebym nie musiał powtarzać. - Dało się słyszeć z zajmowanego przez  Josepha pokoju.
-Już, już! - odkrzyknął chłopiec o bladym licu i kruczoczarnych, długich do ramion włosach. Podniósł  się z podłogi, którą do tej pory czyścił i, otrzepując stare i przybrudzone już ubranie, podbiegł do drzwi, po czym otworzył je szeroko. W progu stał przystojny blondwłosy mężczyzna przyodziany ciemnym płaszczem wykonanym, jak chłopak przypuszczał, z bardzo drogiego materiału, gdyż nie widział nigdy czegoś równie pięknego.
- Młodzieńcze, czy jest tu właściciel tego przybytku? - spytał blondyn. - Zaskoczyły  mnie deszcze i nie mam gdzie się zatrzymać. Potrzeba mi schronienia na czas ulewy, później odjadę, oczywiście.
Sam, nie wiedząc, co ma począć z gościem, zaczął pocierać kark ręką. Wuj nie lubi nieproszonych gości, w szczególności osób z wyższych sfer. Nim jednak zdążył w jakiś sposób zareagować, z drugiego pokoju wyłonił się wuj Joseph z posępnym wyrazem twarzy.
- Czego tu? - zwrócił się do nieznajomego nieprzyjaźnie.
- Daruj mi panie tę nieproszoną wizytę, lecz potrzebuję schronienia przed ulewnym deszczem.
- Nie prowadzę zajazdu - odrzekł Joseph z kpiącym uśmieszkiem, w międzyczasie lustrując gościa wzrokiem.
- To zrozumiałe, gospodarzu, lecz ja nie potrzebuje noclegu, tylko dachu nad głową przez parę godzin. - Widząc niezadowolenie Josepha, dodał: - Oczywiście za odpowiednią opłatą. - Wyciągną zza pasa wypchaną po brzegi sakwę i potrząsając nią lekko, uśmiechnął się. Pieniądze… to zawsze przemawiało do wuja, pomyślał Samuel.  
- Zapraszam w me skromne progi - rzekł wuj, chwytając sakwę do ręki. - Sam, zajmij się panem - polecił i udał się do siebie. Chłopiec poprowadził gościa do kuchni, by zaproponować mu trochę strawy i napitku. Szlachcic skorzystał tylko z zaofiarowanego napoju, w międzyczasie rozmawiając z Samem. Po pewnym czasie dołączył do nich gospodarz, ubrany w swoje najlepsze odświętne odzienie. Chce się popisać. Sam odszedł od stołu, by przyszykować zastawę dla wuja, lecz gdy zanosił ją do stołu, potknął się i wywrócił, roztrzaskując przy okazji zawartość rąk o podłogę. Wuj, widząc to, wściekł się. Dopadł do chłopca, wykrzykując wściekle:
- Coś narobił, bękarcie?! Wstyd mi przynosisz, pomiocie szatana! - krzyknął, biorąc zamach na siostrzeńca. Sam, wiedząc co nastąpi, osłonił twarz i głowę rękami, czekając na cios, który, o dziwo, nigdy nie nadszedł. Gdy opuścił dłonie, ujrzał wuja z wykrzywioną z przerażenia twarzą , a w jego ciele tkwiła ręka blondwłosego szlachcica. Nagle gość wyszarpnął dłoń z ciała Josepha i ono  osunęło się martwe z łoskotem na podłogę. Szlachcic trzymał w zakrwawionej ręce jeszcze bijące serce, patrząc na nie z odrazą i wreszcie upuścił je na ziemię. Drugą ręką wyjął z kieszeni chusteczką ,by oczyścić poplamioną krwią rękę. Gdy się z tym uporał, spojrzał w oczy Samuela. Chłopiec bał się ogromnie, bo oto przybysz podszedł do niego i uklęknął koło niego na podłodze.
- Nie bój się, nic ci nie zrobię, jestem taki, jak ty - uśmiechnął się do chłopca. - Widziałem jego myśli, wiem, jak cię traktował, nie pozwolę, by ktokolwiek cię jeszcze skrzywdził.
Po czym wstał i wyciągną rękę do zszokowanego dzieciaka.
- Chodź zemną, będziesz bezpieczny.
Samuel ciągle bardzo wyraźnie pamiętał ten dzień. Dzień, w którym zakończyło się jego życie popychadła i wyrzutka, a rozpoczęło życie jako wychowanka samego króla demonów. Sam wiedział, że zawdzięcza swojemu panu wiele, więc zawsze starał się, by jego król był z niego dumny. Zawsze wykonywał powierzone mu przez niego misje. Nie mógł zawieść i tym razem, bo ta misja była najważniejsza ze wszystkich.
Samuel strzegł bowiem miłość swego króla.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   20/2/2014, 10:40

ROZDZIAŁ 15



Derek wraz ze Stilesem wszedł do swojego domu, gdzie w salonie czekała na nich reszta watahy.
- Co tak długo? - spytała z zaciekawieniem Erica, stojąc koło Vernona.
- Musieliśmy coś omówić - odezwał się po chwili Derek, a widząc ciągle zaciekawione i ponaglające spojrzenia członków swojego stada, wszystkich oprócz wtajemniczonego w sprawę Scotta, powiedział: - Stiles nie będzie brał udziału w dzisiejszych ćwiczeniach.
Erica z oburzeniem spojrzała na Stilesa, by następnie z cynizmem zapytać:
-  A co? Boi się, że zedrze sobie skórę z kolana?
Stiles zamknął powieki, zaciskając w tym samym czasie ręce. Przełknął piekącą złość, która podeszła mu do gardła, poczerwieniał nieco. Nie chciał wychodzić na słabeusza, więc musiał wyznać im prawdę.
- Moja przemiana nie przechodzi zgodnie z planem. Nie przemieniam się, nie wyrastają mi kły, ani pazury i nie świecę jaskrawymi oczami.
Derek położył swoją dłoń na ramieniu nastolatka, by dodać mu otuchy, ale również po to, by pokazać reszcie, że nie odwrócił się od Stilesa i że chłopak ma w nim wsparcie, a co za tym idzie, również wsparcie jego watahy.  Wszyscy w lot zrozumieli to przesłanie i nie gnębili dłużej nastolatka. Każdy w myślach postanowił że zapyta potem o to na osobności Dereka lub Scotta, który nie wydawał się zaskoczony całą sprawą.
- Dobra, koniec pogaduszek - powiedział Alpha, po czym wyłożył mapę swojej posiadłości i przylegających do niej terenów na stół. Na mapie zaznaczonym czerwonym krzyżykiem był pewien punkt oddalony od posiadłości o parę kilometrów. Wszyscy zebrali się naokoło stołu, by dobrze widzieć mapę, po czym Alpha zaczął mówić dalej. - Allison wraz z ojcem rozłożyli na tym terenie kilka pułapek, macie dotrzeć do celu… – Wskazał palcem miejsce oznaczone krzyżykiem - nie wpadając w nie, jak również musicie unikać samych łowców. - Wszystko jasne?  – Wszyscy przytaknęli. - To na co czekacie? Jazda!
Jak na rozkaz cała zgraja obecnych w salonie osób ruszyła migiem w stronę wyjścia z posiadłości Dereka. Również Stiles ruszył do drzwi, zapewne sądząc, że nie jest dłużej zobowiązany, by zostać i może opuścić całą zabawę. Widząc to, Hale chwycił chłopaka za ramię.
- Poczekaj, ty i ja zostaniemy tutaj.
- Eeee… dobra, ale po co? Sam mówiłeś, że dziś mam wolne.
- Nie wolne, co to, to nie. Po prostu nie bierzesz udziału w ćwiczeniach grupowych - odpowiedział z uwodzicielskim uśmiechem wilkołak.
-Więc… co będziemy robić? - zapytał odrobinę zestresowany. Ten jego uśmiech doprowadza mnie do szału.
- Pomyślałem, że przejrzymy zapiski rodziny dotyczące nadprzyrodzonych, może co nieco znajdziemy. - Wzruszył ramionami, po czym skierował się do skrytki ukrytej w schodach w holu domu. Będąc już na miejscu, wdrapał się kilka stopni do góry, po czym otworzył skrytkę i sięgnął ręką do środka, by wyjąć z niej laptop oraz małą, elegancką, drewnianą szkatułkę, po czym zawołał do towarzysza, kierując się z powrotem do salonu: - Chodź!
Stiles czułby się dziwnie, gdyby podążył za wilkołakiem, nieobarczony żadnym z przedmiotów, więc zapytał:
- Mogę pomóc?
Gdy wilkołak obrócił się w jego stronę, kontynuował:
- Dlaczego niesiesz wszystko sam? - I, nie czekając na odpowiedź Dereka, chwycił drewnianą szkatułkę w swoje ręce, a następnie uradowany ruszył do salonu.
- Ładna jest. Co w niej trzymacie? - dociekał po drodze, oglądając uważnie ze wszystkich stron przedmiot spoczywający w jego dłoniach.
- Nie wiem, nie da się jej otworzyć. Pamiętam, gdy byłem mały, spytałem o to matkę, powiedziała tylko, że w środku jest przedmiot nienależący do naszej rodziny. Przechowujemy go i gdy szkatułka znajdzie się w rękach właściciela, wtedy się otworzy.
- No co ty? Nie korciło cię, by sprawdzić? Wiesz, wilcze moce, super siła, z łatwością byś ją otworzył - zachęcał nastolatek.
- Jest magicznie zamknięta. Jak mówiłem, tylko ten do którego należy zawartość szkatuły, jest w stanie ją otworzyć. - Gdy mówił, jednocześnie układał laptop na stoliku w salonie.
Stiles wzruszył teatralnie ramionami, obracając szkatułę w rękach, by wreszcie - korcony niepohamowaną ciekawością - sięgnąć dłonią w stronę wieka. Pociągnął je odrobinę i szkatuła otworzyła się. Zabezpieczenie jakie ponoć posiadał przedmiot powinno się chyba oddać na gwarancję, magiczne zaklęcia, też coś, prychnął. Zajrzał do środka. W szkatułce na zielonej, atłasowej tkaninie ułożony był wisior. Naszyjnik był bardzo piękny, widać było, że ktoś poświęcił na jego wykonanie długie godziny. Złoty łańcuszek mienił się przepięknie, a na nim z kolei umieszczony był kamień w kształcie łzy, olśniewający rubin.  Derek z niedowierzaniem wpatrywał się w nastolatka.
- No co? - zapytał chłopak.
- Jak? Jak ty to zrobiłeś? Jak otworzyłeś… przecież… nie… -jąkał się wilkołak.
- Też mi sztuka. Normalnie, pociągnąłem wieko i jakoś dalej poszło… Czy to trzeba tłumaczyć? - Unosząc brew, Stiles spojrzał w oczy swojego rozmówcy.
- Wiem przecież - Derek  warknął poirytowany. - Pytam, jak otworzyłeś szkatułę, skoro była obłożona magicznymi zaklęciami i tylko właściciel… - Zamyślił się, spoglądając na Stilesa i zawartość jego rąk. -…właściciel! Ona musi należeć do ciebie - powiedział z olśnieniem.
- Nie przypominam sobie, bym posiadał kiedyś coś takiego, a w szczególności, bym powierzał to twojej rodzinie. - Stiles był skołowany.
-Więc dlaczego mogłeś ją otworzyć? Ona musi do ciebie należeć.

******

W lesie na terytorium rodziny Hale’ów toczyły się ćwiczenia watahy. Zadanie było proste, a przeszkody znane. Trzeba było jedynie dotrzeć do wyznaczonego punktu w taki sposób, by uniknąć czyhających gdzieniegdzie niebezpiecznych pułapek oraz wyszkolonych łowców. Oczywiście liczba łowców była dość mała w przeliczeniu na ilość wilków, ale nie można było zapomnieć, że tymi łowcami byli Argentowie. Trening trwał już parę minut. Wilkołaki rozbiegły się, zapominając o jakże starej i trafnej zasadzie, że w grupie siła.

*******

Drewniana szkatuła leżała teraz w salonie na stole Hale’ów, a Derek wraz ze Stilesem nie spuszczali z niej wzroku.
Stiles dalej nie dowierzał w wątpliwą hipotezę Dereka,  jakoby to on był właścicielem owej szkatuły i jej zawartości. Nigdy nie posiadał takiego naszyjnika. Na mój gust, to cacko nieźle kosztowało… Jestem nastolatkiem, mój ojciec… tak, może i jest szeryfem w tym mieście, ale na Boga, nawet on nie zarabia dość, by stać nas było na naszyjnik z rubinem… Poza tym nie przypominam sobie, bym dawał coś rodzinie Hale’ow  na przechowanie, a lunatykiem nie jestem, więc hipoteza z obrabowaniem jubilera i skryciem łupu u wilczków w czasie snu automatycznie odpada… Pewnie Stiles nadal rozważałby różne hipotezy i wątki tej dziwnej sprawy, gdyby nie dostrzegł, że z przyczyną jego rozterek coś się dzieje. Mianowicie rubin w naszyjniku zaczął połyskiwać pulsującym światłem.
- Co zrobiłeś? - Podejrzliwy Derek chwycił Stilinskiego za kołnierz koszulki, odciągając go jak najdalej od szkatułki. Nastolatek spojrzał w oczy Alphie.
- Nic nie zrobiłem. - Znów zwrócił swój wzrok na jarzący się szkarłatem naszyjnik. - On sam tak…
- Sam? Jak to sam? Musiałeś coś zrobić, przecież wcześniej tak nie robił!
Stiles w przypływie dziwnego przeczucia  podszedł bliżej stolika i nim Derek zdążył zareagować, chwycił naszyjnik w dłoń. Potem zdarzenia potoczyły się błyskawicznie. Pomieszczenie wypełniło mocne oślepiające światło, wilkołak zasłonił dłonią oczy, a gdy światło ustało i wreszcie mógł spojrzeć na otoczenie bez przeszkód, jego serce zwolniło swoją pracę. Stiles był nieprzytomny, jego ciało leżało nieruchomo na podłodze, a w ręku ściskał rubinowy naszyjnik.

******

W królestwie demonów w pięknym zamku, na tarasie przylegającym do komnaty tronowej, przebywał Luke. Obserwował tereny swojego świata i pałacowych włości. Wydawać by się mogło, że świat demonów to przerażające i ciemne miejsce, które wypełniać może jedynie smutek, nienawiść i zło, lecz w istocie to było błędnie założenie. Dawniej oczywiście tak było, lecz gdy władca demonów odzyskał nadzieję na swoje szczęście, a jego okryte dotąd lodem serce ponownie zaczęło dawać o sobie znać, wszystko się zmieniło. Błękitne oczy Luka prześlizgiwały się po otaczającym kamienny zamek ogrodzie. Zielone korony drzew powiewały delikatnie na tle niebieskiego nieba. Ptaki śpiewały słodkie melodie, kwiaty wszelakiego koloru układały się na ziemi w swoisty dywan. Dopełnieniem tych pięknych widoków była wysoka kamienna fontanna, która tryskała potokiem mieniącej się w słońcu wody. Na pewno będziesz zachwycony… To wszystko dla ciebie, kochany…
Niespodziewanie władca demonów poczuł ciepły impuls magii... Nareszcie - Rubin wrócił do rąk swego właściciela.

*******

Stiles otworzył zamglone oczy i spostrzegł zdziwiony, że stoi pośrodku  salonu własnego domu. Lecz to nie zaskoczyło go tak dosadnie, jak fakt że nie jest tu sam, w pomieszczeniu zauważył bowiem jeszcze dwie osoby i po chwili był pewny, że jego wzrok jednak go nie mami, to on sam - a właściwie jego młodziutka dziecięca wersja z radosnym śmiechem hasała po pokoju, goniona przez Claudię Stilinski.
- Mamo… - wyszeptał poruszony, choć gardło zacisnęło się mu, serce biło szaleńczo, oczy zaszkliły się od łez. - Mamo? - powtórzył głucho. Widział ją, tak piękną jak zawsze, widział swoją matkę. - Mamo? - spróbował raz jeszcze, lecz ona tak jak w poprzednich przypadkach nie zwróciła najmniejszej uwagi na słowa, dalej pochłonięta zabawą z jego własną dziecięcą wersją. Zdeterminowany podbiegł do niej i wyciągnąwszy rękę, sięgnął, by chwycić ją za dłoń. Jej ciało jednak, tak jakby powstałe z ulotnego powietrza, prześlizgnęło się przez jego palce. Nie mogę jej dotknąć… I wtedy przyszło zrozumienie. To moje wspomnienia. Nie mogę dotknąć nikogo. Nie pozostało mu więc inne wyjście, jak obserwować zdarzenia rozgrywające się na jego oczach. Stanął więc oparty plecami o ścianę pokoju i patrzył.
Śmiech roznosił się głośno po całym domu, mały Stiles biegał niekontrolowanie, machając rękami i próbując uniknąć objęć matki, a ta z kolei za każdym razem, gdy była już bliska złapania synka, zwalniała odrobinę tak, by Stiles tego nie dostrzegł i pozwalała dalej cieszyć mu się zabawą, jednocześnie ze śmiechem wykrzykując: - Zaraz cię złapię, zobaczysz!
- Haha… Nigdy! - odpiskiwało dziecko, uciekając. W czasie tej bieganiny maluszek nieumyślnie zahaczył rączką o stojącą na stoliku ozdobną porcelanową misę. Ładny, ozdobiony kolorowymi kwiatami przedmiot zsunął się na podłogę i rozbił przy akompaniamencie charakterystycznego odgłosu.  Mały Stiles przycupną obok roztrzaskanej misy i z poczuciem winy wypisanym na twarzy oraz ze smutkiem osadzonym w jego pięknych, dużych oczach spoglądał teraz na swoją rodzicielkę.
- Nie chciałem, mamusiu.
- Wiem, kochanie - zapewniła Claudia, po czym spojrzała na podłogę i kawałki naczynia. Z westchnieniem skierowała się do schowka po łopatkę i zmiotkę, by sprzątnąć niechciany bałagan.
- Mogę naprawić! - oświadczył malec, wypinając dumnie pierś.
- Tak, kochanie, ale umówiliśmy się przecież, że nie używasz mocy. Pamiętasz? - spytała kobieta. Na te słowa obserwujący wszystko z boku Stiles drgnął delikatnie. Jego oczy rozszerzyły się i odwrócił się w stronę, z której dochodził głos matki z nadzieją, że usłyszy coś jeszcze. Mocy? Jakiej mocy?
Ponownie zwrócił uwagę na chłopca, który jednak nie słuchał już wywodu matki od dawna, zajęty naprawianiem szkód. Ułożył maleńką dłoń nad miejscem zbrodni, uśmiechnął się lekko, a jego oczy zalśniły. Tęczówki chłopca nabrały teraz złotego koloru, a jeszcze przed chwilą okrągłe źrenice były teraz pionowymi, grubymi czarnymi kreskami. Dorosła wersja Stilesa odbiła się od podpieranej przez nią ściany i powolnym krokiem podeszła bliżej malucha, by widzieć całe wydarzenie lepiej. Co się dzieje? Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Odłamki naczynia same unosiły się w powietrzu i dopasowywały do reszty tak, by po chwili tworzyć idealną jedność. Naczynie znów było całe. Nie było na nim żadnej rysy, żadnego zadrapania czy pęknięcia świadczącym o tym, w jakim znajdowało się stanie jeszcze chwilę temu. To niemożliwe. Oczy malucha powróciły do dawnej postaci, a sam chłopczyk zaklaskał w małe rączki, ciesząc się ogromnie z udanej sztuczki.
Nastoletni Stiles był w szoku. To jakieś żarty, to nie mogłem być ja… Nie, na pewno nie… Zacisnął mocno powieki, ufając że dzięki temu się obudzi, lecz jego prośby spełzły na niczym, bo gdy otworzył oczy, nie rozpoznał salonu rodziny Dereka, a swój własny pokój. Może ucieszyłby się z takiego obrotu sprawy, gdyby nie fakt, że to nie w pokoju nastoletniego Stilesa znalazł się, a w pokoju jego dziecięcej wersji. Rany. Na dziecięcym łóżeczku zasłanym w pościel w samochodziki leżał mały Stiles, otulany ciepłą kołdrą przez swoją mamę.
- Kochanie, czas już spać, nie uważasz ?- zapytała Claudia. Jej synek wiercił się na posłaniu z dziwną miną. - Co się dzieje, skarbie? - Troska w jej głosie była doskonale wyczuwalna.
- Wilczek… mamusiu… wilczek w niebezpieczeństwie.
- Wilczek? Jaki wilczek, kochanie? Co się dzieje?
- Muszę pomóc, mamusiu, nie gniewaj się - poprosił i zniknął. Żona szeryfa rozejrzała się po pokoju, zdenerwowana, wołając go po imieniu.
Czy moja młodsza wersja właśnie się teleportowała?

*******

Zaniepokojony Derek już od paru minut próbował ocucić Stilesa, niestety - bezskutecznie.
Ze zdenerwowania drżał na całym ciele i zaczęło mu się kręcić w głowie. No pięknie, zaraz do tego jeszcze ja zemdleję. Opanuj się, głupcze!, wrzeszczał na siebie w myślach Alpha.

*********

Plener znowu się zmienił, ukazując teraz ciemny, opuszczony las w Beacon Hills. Mały Stiles stał w granatowej nocnej piżamce pomiędzy drzewami, obracając się i rozglądając dokoła. Czego szukamy?, zastanawiał się nastolatek, wodząc wzrokiem za oczami maluszka. Wreszcie maluch zauważył cel swoich poszukiwań i ruszył w jego stronę. Nastolatek również spostrzegł w zaroślach ukrywającego się czarnego wilka - rannego wilka. W boku zwierzęcia utkwiła bowiem strzała, krew sączyła się obficie, zabarwiając czarne futro. Skrzące czerwone oczy wilka patrzyły uważnie na małego chłopca, a obnażone białe kły ostrzegały go, by nie zbliżał się do zwierzęcia. Maluch, nie czując jednak strachu a troskę, nie zwolnił kroku przemawiając łagodnie:
- Nie bój się, proszę, chcę ci pomóc, nie oddam cię kłusownikom. Przyrzekam. - Zwierzę schowało kły i z zainteresowaniem wpatrywało się w pochylającego już nad nim chłopaka.
- Strzałę trzeba wyjąć - wyjaśnił chłopczyk. – Zrobię to szybko, nie chcę, by cię bolało. - Wilk pokiwał ze zrozumieniem głową, a starszy Stiles wiedział już kim jest ów wilk.
To Talia Hale, matka Dereka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   28/2/2014, 23:00

Dzisiaj krótko :(ale obiecuje że następny rozdział będzie długi oraz naszpikowany  adrenaliną.




ROZDZIAŁ 16


Małe rączki chłopczyka chwyciły wystającą z ciała wilka strzałę i pociągnęły ją z całej siły.
Przez chwilę dało się słyszeć żałosny i przyprawiający o drżenie głęboki skowyt. Miniaturowa wersja Stilesa z obrzydzeniem wyrzuciła zakrwawioną strzałę - przyczynę bólu zwierzęcia, by następnie zacząć delikatnie drapać wilka za puchatym czarnym uchem, uspokajając go tym gestem. Gdy miał już pewność, że futrzasty zwierzak jest już spokojny, mała rączka szybko prześlizgnęła się po głowie zwierzęcia, chwytając go pod pyskiem i unosząc jego łeb do góry tak, by oczy dziecka i wilka były na tej samej wysokości. W ciemności błysnęły czerwone ślepia, a zaraz za nimi zalśniły przemienione tęczówki malca.
- Masz czerwone oczka, jesteś silnym wilkiem, rana szybko się zagoi. - Ucieszył się ogromnie, puścił łeb futrzaka, odsuwając się do tyłu na niewielką odległość. W tym czasie wilk przeistoczył się w piękną ciemnowłosą kobietę. Tylko przez sączącą się krwią ranę nabierało się pewności, że zmiana wilka w ludzką kobietę była rzeczywista. Na twarzy ciemnowłosej ukazał się nikły uśmiech, tłumiony prawdopodobnie przez ból spowodowany obrażeniem.
- Dziękuję, że mi pomogłeś. Ale musimy stąd szybko uciekać. W lesie nie jest teraz bezpiecznie, łowcy mogą czaić się wszędzie - zwróciła się do swojego wybawcy, chwytając w dłoń maleńką rączkę chłopca i ciągnąc go w sobie jedynie znanym kierunku. Chłopczyk nie nadążał za szybkim krokiem kobiety, jego krótkie  nóżki nie mogły stawiać tak długich kroków, a poza tym był już nieco zmęczony wędrówką, przystanął więc. Kobieta również stanęła w miejscu, obróciła się do chłopca, a potem kucnęła  obok niego.
- Wiem że jesteś zmęczony, ale musimy uciekać, może… - zastanowiła się - może wezmę cię na barana? Co ty na to? - zachęcała dziecko. Las był pełen nastawionych na zabijanie łowców, którzy najpierw strzelali, a dopiero potem zadawali pytania. Nie będą na pewno zastanawiać się przed strzelaniem do dziecka, myśląc, że jest wilkołakiem. Ciemnowłosa musiała działać szybko i za wszelką cenę wyprowadzić chłopca z lasu.
- A może pójdziemy do mnie do domku? - spytał z nadzieją. Jego oczka zasnuły się mgłą, twarzyczka przybrała zmartwiony wyraz. Potem pochylił głowę jakby z jakiegoś powodu wolał w tym momencie patrzeć w ziemię. Kobieta pochyliła się ku niemu, żeby usłyszeć co mówi, bo jego głos był bardzo cichy. - Mamusia się pewnie bardzo martwi. - Grzebiąc końcem małej tenisówki po ziemi mamrotał pod nosem płaczliwie, by zaraz unieś głowę i radośnie wykrzyknąć: - Tak! Do mamusi! - Chwycił zdezorientowaną kobietę za ramię i teleportował się do jedynego bezpiecznego miejsca, jakie znał: do domu. W samą porę, gdyż czający się w gąszczu łowcy usłyszeli radosny krzyk i już kierowali się do miejsca, z którego pochodził.

******

Derek po panice, jaka go ogarnęła, zdołał dość do siebie na tyle, by zanieść nieprzytomne ciało Stilesa do swojego pokoju na górze. Ciepłe, miękkie i obszerne łóżko zdecydowanie biło na głowę twardą, niewygodną podłogę. Stiles leżał teraz w czarnej pościeli Alphy, a ten z kolei odchodził od zmysłów. Chłopak nie budził się już od dobrych paru chwil, mimo nawoływania przez Dereka. W pewnym momencie doszło nawet do lekkiego potrząsania ciałem nastolatka w nadziei, że przyniesie to jakiś rezultat. Przeliczył się jednak, z Stilesem nadal nie było kontaktu. To wszystko przez ten cholerny kamień, ta myśl napierała na umysł wilkołaka z zatrważającą siłą. Podniósł głowę i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju.

*****

Talia Hale patrzyła na Stilesa oszołomiona. To małe, niepozorne dziecko uratowało jej życie. Gdy rano obudziła się, miała dziwne przeczucie, że to nie będzie dobry dzień, lecz na pewno nie spodziewała się, że czeka ją walka o życie, że będzie zmuszona uciekać przed łowcami.
Gdy garstka łowców zaatakowała jej watahę w czasie nocnej przebieżki w lesie, prowadzona troską o rodzinę kazała im uciekać, a sama wystawiła się na niebezpieczeństwo odciągając łowców jak najdalej od jej stada. Niestety, w trakcie ucieczki została postrzelona. Skryła się więc w zaroślach, z nadzieją, że nie zostanie zauważona. Leżąc, marzyła tylko o tym, by móc znaleźć się w domu z rodziną, zrzucić brudne ubrania, zanurzyć się w ciepłej kąpieli i zmyć z siebie pot i strach, a przede wszystkim, by stać się na powrót człowiekiem. Czuła, że ludzie, którzy napadli jej rodzinę są już na jej tropie i to tylko kwestia czasu nim ją znajdą, powoli godziła się z losem i nadchodząca śmiercią. Ważne, że reszta zdołała uciec, że są bezpieczni. I wtedy zjawiło się to tajemnicze dziecko.  Z zadumy wyrwał ją głos owego malca.
- Mama! - zawołał Stiles i wskoczył na łóżko, gdzie siedziała jego roztrzęsiona matka. Claudia przytuliła synka z całej siły do piersi, a on odwdzięczył się jej, łapiąc ją z głośnym chichotem mocno za szyję i wciskając się w objęcia rodzicielki. Matka chłopca miała zaczerwienione od płaczu oczy, ale gdy patrzyła na malucha, uśmiechała się czule. Ten uśmiech mówił wszystko.
- Nigdy więcej tak nie rób, synku. Bardzo się o ciebie martwiłam. - Matka chłopca odsunęła go od siebie i spojrzała mu uważnie w oczy. - Obiecaj - nakazała malcowi. Chłopczyk niechętnie przytaknął skinięciem głowy. Widać było, że bardzo mu to nie w smak, ale nie skarżył się, tylko ponownie wtulił w objęcia matki. Wzrok kobiety ponad ramieniem syna padł na niespodziewanego gościa. Oczy gospodyni zwęziły się, cała jej postawa emanowała teraz wrogością. - Kim pani jest? - zapytała, zerkając dyskretnie po pokoju, zapewne w poszukiwaniu jak najcięższego przedmiotu w celu obrony.
- To wilczek, mamusiu, przecież ci mówiłem - powiedział mały Stiles. Nadąsał się i teatralnie odwrócił głowę.
- Talia, Talia Hale - powiedziała tylko, kierując się w stronę kobiety. Claudia w odpowiedzi posłała jej ostrzegawcze spojrzenie. Talia zatrzymała się od razu. Znała ten wzrok. Tak patrzeć mogła tylko chroniąca swoje dziecko matka.
- Wilczek? - powtórzyła głucho za synkiem.
- Wiem, że nie jest pani co do mnie przekonana, ale ja naprawdę nie chcę zrobić krzywdy pani dziecku. Jakbym mogła? To właśnie ten maluszek przed chwilą uratował moje życie -przyznała. - Zapewnie domyśla się pani, że jestem wilkołakiem. Widząc, co potrafi pani syn, jestem pewna, że zdaje sobie pani sprawę, że na tym świecie żyją różne istoty.
- Jestem tego świadoma - zgodziła się z rozmówczynią pani Stilinski. - Nie wiem, co się pani przytrafiło - powiedziała, sugestywnie patrząc na ranę na boku wilczycy. - Ale skoro mój syn panią uratował, musi być pani dobrą i godną zaufania osobą. Stiles umie wyczuć złą istotę. Patrząc komuś w oczy, widzi jego duszę i serce. - Po tych słowach obie równocześnie spojrzały na malca, który teraz z uśmiechem zakopywał się w łóżku.
- Jestem śpiący, mamusiu - ziewnął. - Idę lulu. - Nic więcej nie powiedział, bo jego oczka zamknęły się i po chwili dało się słyszeć ciche i miarowe pochrapywanie.
- Muszę zapytać, bo odkąd zobaczyłam zmienione oczy pani syna, to nie daje mi spokoju. Czy on, czy on jest…? - Talia nie umiała ująć w słowa tego, co kołatało się jej w głowie od tamtego momentu w lesie.
- Tak. - Claudia udzieliła jasnej odpowiedzi. Pogłaskała śpiącego synka po główce, wstała z łóżka i wolnym krokiem podeszła do swojego gościa, by gestem ręki wskazać jej drzwi na korytarz. Po opuszczeniu dziecinnego pokoju, kobiety kontynuowały dyskusję na korytarzu.
- Jak ma na imię pani synek? Bo  nie przedstawił mi się, nie było na to czasu a wątpię, by używał swojego poprzedniego imienia. Poza tym dziwnie byłoby wołać Ajana na chłopca, prawda? - powiedziała ze śmiechem.
- Mów na niego Stiles.

*******

W zaroślach lasu, na trasie, na której organizowane były ćwiczenia stada Dereka, czaiło się bardzo poważne zagrożenie. Stado Deucaliona było zadowolone z powierzonej im misji, pokiereszowanie młodocianej części stada Hela zapowiadało się na świetną zabawę. Po ostatniej akcji z porwaniem i przemienieniem Stilesa nie mogli liczyć na choćby małą rozrywkę, a teraz nadarzyła się taka okazja. Derek powinien bardziej przemyśleć swoje decyzje - zostawianie stada bez opieki Alphy, nieinteresowanie się nim w czasie ćwiczeń, a na koniec pozwolenie, by stado rozdzieliło się w czasie treningu, to nie najlepsze posunięcia, zważywszy że po okolicy buszuje wrogie stado. Jego strata, pomyślała Kali.
- Pamiętajcie, oni nie są naszym celem, trochę się pobawimy, ale głównie chodzi nam o Dereka. Rozkaz był wyraźny - przypominał Deucalion. - Derek Hale nie dożyje następnego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   14/3/2014, 10:54

Jak obiecane (długaśny rozdzialik) Życzę miłego czytania :*


ROZDZIAŁ 17


Przygasająca żarówka lampy ulicznej wydawała się tak daleka, że światło nie było w stanie się przebić przez warstwy ciężkiej, mrocznej nocy. Dla niego na tle mroku widniał teraz tylko masywny budynek szpitala miejskiego. Krople rzęsistego deszczu bębniły o okna i ściekały strumieniami po szybach, wiatr zawodził na zewnątrz. Wkrótce miała rozpętać się prawdziwa burza. Usłyszał już pierwsze, stłumione odgłosy grzmotów. Z pozoru zwykła szara i nieciekawa  noc. Jednak tej nocy wszystko się zmieniło.
Matka była dla niego zawsze bolesnym tematem. Nie chciał znów tu być.
Wspomnienie, które zagrzebał głęboko na dnie swojego umysłu. Tak głęboko, by nie musieć już nigdy go przywoływać. Starał się, jak mógł, by nie pamiętać tych strasznych chwil. Jego dusza łkała i wyrywała się w udręce jak najdalej stąd, by nie widzieć tego, by nie przypominać sobie tych wydarzeń. Nie chciał tego, nie potrafił przeżywać tego na nowo, ale nikt nie pytał go o zdanie. Los był okrutny. Nastoletni Stiles wciąż tkwił w swoich zapomnianych jak dotąd wspomnieniach. Co ja tu robię? Przecież wiem, co się zaraz stanie? Pamiętam to dokładnie, każdą minutę, każdą sekundę. Nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Opierający się o ścianę nastolatek osunął się na ziemię z bezradności , podciągając kolana pod brodę. Chciał zapanować nad tym wszystkim i powstrzymać bolesne wspomnienia. Zaczął błagać:
- Nie, proszę, nie… - Wiedział, że nikt nie usłyszy, lecz dalej lamentował: - Nie… nie…
Sterylna biel w pomieszczeniu, szpitalna aparatura, do której podpięta była jego mama. Mały Stiles siedział na krześle przy łóżku chorej matki, ta zaś leżała w pościeli, blada i mizerna i przez cieknące jej z oczu łzy spoglądała na smutną twarzyczkę swojego jedynaka. Te oczy, te same oczy spoglądały na niego co ranek w lustrze. Te oczy to skarb, który odziedziczył po niej.
-Ma…mu…siu… - Głos malca był płaczliwy i urywany, przez powstrzymywane łzy nie mógł złapać tchu.
- Nie martw się, kochanie, wszystko będzie dobrze - mówiła uspokajająco Claudia, chciała jakoś pocieszyć syna i dodać mu otuchy.
- Ja cię wyleczę… ja… - skamlał błagalnie malec.
- Nie, skarbie, nie możesz, przecież wiesz - zaprotestowała twardo. Oczywiście chciała być zdrowa, żyć dalej i móc patrzeć, jak jej synek rośnie i dojrzewa, ale nie mogła pozwolić, by ją uleczył. Leczenie ran, a leczenie ludzi o krok od śmierci, to zupełnie inna sprawa. Stiles był za młody, jego moc jeszcze się nie ustabilizowała, gdyby spróbował ratować matkę, mógłby nieumyślnie przy leczeniu użyć za dużo mocy i w konsekwencji przypłacić to swoim życiem, a tego Claudja nie chciała. Dlatego nie powiedziała swojemu mężowi i synkowi o wykrytej u niej śmiertelnej chorobie. Przynajmniej jej ostatnie chwile były takie, jak powinny być, radosne i swobodne. Nie musiała patrzeć na smutek jej bliskich. Ale w końcu wszystko się wydało, gdy kobietę w ciężkim stanie zabrała z domu karetka. To moje ostatnie chwile, muszę je dobrze wykorzystać. Wiedziała, że moce Stilesa rosną z każdym dniem, a bez ochrony jest narażony na niebezpieczeństwa w postaci wrogich nadprzyrodzonych, którzy będą próbować odebrać mu moc i pozycję. Jako matka nie mogła do tego dopuścić. Kiedy Talia zginęła, została sama, tylko ona chroniła swojego syna. W prawdzie mały miał jeszcze swojego ojca, ale był on tylko człowiekiem, a jako człowiek był bezsilny. Kobieta podjęła więc jedyną słuszną decyzję. Jeśli skupię całą magię, zdołam stłumić wspomnienia Stilesa oraz jego moc, mały będzie bezpieczny, nikt nie zorientuje się, kim jest. Kobieta znała konsekwencje. W stanie, w jakim się obecnie znajdowała i przy użyciu resztki magii, jaka krążyła w jej ciele mogła rzucić tylko jeden czar, który niestety odebrałby jej życie. Bezpieczeństwo mojego syna jest tego warte. Mały przypomni sobie wszystko i odzyska moc w odpowiednim czasie, powtarzała sobie w myślach.
- Stiles, usiądź koło mnie - poprosiła syna. Chłopiec nie powiedział nic, szybko wdrapał się na łóżko i usadowił koło matki, spragniony jej bliskości i ciepła. Ta objęła go ramieniem i mocno przycisnęła do swojej piersi, następnie dotknęła małej rączki Stilesa, z jej palców popłynęły iskry. - Kocham cię, mój najdroższy skarbie, nigdy o tym nie zapominaj - wyszeptała do ucha brzdącowi. Pocałowała go w  czubek głowy, a potem z uśmiechem położyła głowę na poduszce i zamknęła oczy. Maszyna monitorująca prace serca zapiszczała przeciągle, oznajmiając że serce pacjentki przestało bić.

******
Scott został zaatakowany przez członkinię stada Alph. Na początku miał nadzieję, że sam upora się z tym problemem, ale po pewnym czasie rozsądek wziął górę nad brawurą, uzmysławiając mu że w pojedynkę nie ma szans z tą kobietą. Uświadomił sobie, że konfrontacja z wyraźnie bardziej doświadczonym przeciwnikiem  mogłaby być dla niego tragiczna w skutkach. Wyczerpany walką i leczeniem coraz to nowszych ran i zadrapań zdecydował się w końcu zawołać wsparcie. Zawył przeciągle i właśnie w tym monecie pazury wilkołaczycy wbiły się w jego ciało, raniąc go poważnie i na tyle głęboko, by Scott osunął się na trawę, tracąc świadomość. Kali zawarczała w geście zwycięstwa, drapieżnie unosząc górną wargę.

********

Pamiętał, jak od czasu jej śmierci starał się wyciszyć smutek. Sądził że będzie w stanie o tym rozmawiać. W rzeczywistości  nie było mu łatwo mówić, łudził się, że jakoś to będzie, ból po czasie złagodnieje, za parę lat minie. Na cmentarzu stał obok ojca, patrząc jak grabarze spuszczają na linach trumnę z ciałem jego matki. To były ostatnie chwile, kiedy byliśmy razem. To takie banalne, lecz prawdziwe. Płakał, histerycznie dławiąc się łzami. W dłoniach ściskał wieniec z białymi liliami. Kiedy trumna była już na dnie grobu, jego serce ścisnęło się jeszcze bardziej. Nie słyszał, co mówili ludzie, którzy składali kondolencję jemu i jego ojcu, nie docierały do niego żadne słowa. Załzawionymi oczami wpatrywał się w jeden konkretny punkt. Patrzył na nagrobek, miejsce pochówku jego ukochanej mamy i napis, napis, który mówił tak wiele. Lecz czemu wcześniej nie rozumiał tych słów? Złote litery krzyczały do niego słowami „Śpieszmy się kochać ludzi. Tak szybko odchodzą..."

********

Słone łzy ściekały spod zamkniętych powiek Stilesa. Derek sięgnął do jego twarzy i otarł mokrą strużkę, błagał już chyba wszystkie świętości, by nastolatek się obudził. Cokolwiek widział teraz chłopak, sprawiało, że był na graniczy rozpaczy. Wilkołak czuł jego smutek i wariował z bezsilności. Delikatnie przeczesał dłonią włosy śpiącego Stilesa, są takie miękkie i błyszczące… Idealne, tak jak i on.
Z zamyślenia wyrwał go skowyt. Derek usłyszał dobiegające z oddali pełne bólu wycie członka swojego stada.
- Scott?
Wilkołak spojrzał na twarz swojego ukochanego. Śpi, nic mu nie będzie, a stado… stado mnie potrzebuje, przekonywał się. Po cichu wyszedł z pokoju i pędem  rzucił się do schodów, by po chwili znaleźć się na parterze, ale zanim dopadł frontowych drzwi, ktoś złapał go od tyłu za ubranie i rzucił  o pobliską ścianę holu.
-Witaj - powiedział Deucalion. - Nieładnie tak wychodzić, gdy ma się gości, nie uważasz? - Przechylił głowę lekko w bok, patrząc na Dereka.
- Nie sądzę bym cię zapraszał - odpowiedział, podnosząc się z podłogi. Gdy stanął już pewnie na nogach i stwierdził, że mroczki przed oczami zniknęły, warknął wściekle na wilkołaka. - Czego ty chcesz?
- U… od razu do konkretów co? No cóż… - Udając, że się namyśla, jednym ze szpiczastych pazurów podrapał się po brodzie. - Chcę twojej śmierci. - Nie czekając na jego reakcję, rzucił się do przodu, by zaatakować.

******

Przeciągły  skowyt Scotta przyciągnął do siebie większość stada. Nigdzie nie było Dereka, Stilesa i bliźniaków. Reszta zgrai, widząc wilkołaka poobijanego i w ciężkim stanie, dopadła do nachylającej się nad nim Kali i zaatakowała, ta zaś spróbowała uciec. Powoli zaczęła się cofać, ale jej reakcja była odrobinę spóźniona . Isaac i Boyd przytrzymali ją za ręce, a Peter i Erica szponami przecinali skórę napastniczki Scotta tak, by zadać jak najwięcej poważnych ran. W tym czasie ludzka część ekipy, Allison i jej ojciec sprawdzali stan McCalla.
- Scott?!... Scott! Słyszysz mnie? - Allison  złapała go mocno za ramiona i delikatnie nim potrząsnęła, dając tym samym upust panice, która była dość mocno widoczna. - Scott?! -  Łzy spływały jej już po policzkach.
- Scott… – szepnęła, dotykając delikatnie jego policzka . Sięgnęła po jego dłonie i przytuliła je do swojego policzka.
- To nic nie da, jest nieprzytomny - powiedział grobowym tonem łowca. Wpatrywał się w córkę uważne, jakby bał się jej reakcji. Zarzucił sobie ramię McCalla na szyję, spojrzał na rozgrywającą się walkę pomiędzy wilkołakami i ponownie na córkę - Trzeba go zanieść w bezpieczne miejsce i wezwać druida. Idziemy do  domu Dereka - poinstruował dziewczynę. Nastolatka otarła rękawem mokrą od łez twarz i wstała. Chwyciła swojego chłopaka z drugiej strony i we trójkę skierowali się do domu Alphy, krzycząc jeszcze do pozostałych:
- Osłaniajcie nas!

*******

U Hale’ów toczyło się zaciekłe starcie pomiędzy dwoma Alphami .
- Nie masz ze mną szans. Zabiję cię - syknął nienawistnie Deucalion.
Derek  był poważnie wyczerpany i powoli zaczął rozważać prawdopodobieństwo najczarniejszego scenariusza tych wydarzeń. Nie, nie mogę się poddać, Stiles i moje stado… oni wszyscy liczą na mnie… Nie dam ich skrzywdzić. Zacisnął zęby.
-Nie dasz mi rady… Jesteś nic niewartym wilkiem, któremu wydawało się, że może być Alphą, śmieciem, który sądził, że może mnie zabić. - Złowieszczy śmiech przeszył powietrze. - Zabić?  - Twarz Deucaliona przybrała  diaboliczny wyraz, rysy jego twarzy wyostrzyły się, nachylił się nad Derekiem, który leżał poturbowany na ziemi. -  Mnie? - Nogą przyodzianą w solidny, ciężki but przygwoździł przeciwnika do drewnianej podłogi, utrudniając mu oddychanie. Derek nie miał siły, by ruszyć chociaż palcem , nie był w stanie odeprzeć ataku, łapał spazmatycznie choćby najmniejszą dawkę tlenu.
- O… Czyżby wilczur niedomagał, a taki wyszczekany był? - drażnił się Deucalion. – A teraz zginiesz – Jego ręka zbliżała się do szyi Dereka by odebrać mu życie…
- Nie wydaje mi się. – Donośny, spokojny głos przerwał tortury. Deucalion puścił swoją ofiarę i podniósł wzrok na nową postać, która weszła do pomieszczenia. Derek nie widział za wiele, wciąż przed oczami latały mu ciemne plamy, a powietrza w płucach było tak mało że zdawało się mu, że nigdy nie zdoła ugasić pragnienia tlenu.
- No proszę, proszę, kogóż my tu mamy? Mały Stiles dołączył do zabawy - ucieszył się Alpha. – Jak tam rana po moim ugryzieniu? Zagoiła się? - dopytywał z udawanym przejęciem.
Stiles nie odpowiedział, rozłoszczony impertynenckim zachowaniem przeciwnika, a zamiast tego posłał mu chłodne spojrzenie.
- Stiles, uciekaj - wycharczał Derek, jednocześnie starając się podnieść z podłogi. - Stil…es…
- Nie bój się, odpocznij, zostaw to mnie.
- Ha… Co ty mi możesz zrobić? – zapytał Deucalion, a po chwili zastanowienia kontynuował: - On nie dał mi rady. - Wskazał głową na Dereka. - Dlaczego sądzisz, że ty sobie poradzisz?
- Przekonajmy się więc – stwierdził bezbarwnym tonem Stiles, a na jego twarzy wykwitł drapieżny uśmiech. W oczach rozbłysły mu iskierki, które dały Alphie  do myślenia. Oszołomiony Deucalion przez dłuższa chwilę stał w miejscu, nie wiedząc, co począć, gdy jednak odzyskał rezon, rzucił się jak oszalały na chłopaka. Pędząc w kierunku swojego przeciwnika , wyglądał dość groźnie, ale nastolatek nie wydawał się poruszony. Stiles jakby od niechcenia uchylił się przed szponami Alphy. Jego ruchy były płynne, pełne gracji i wdzięku, a Deucalion z minuty na minutę stawał się coraz bardziej zdenerwowany tym, że nie może trafić w przeciwnika. Do furii doprowadził go jednak chichot nastolatka.
- Myślisz, że możesz sobie zemną pogrywać?! Zabiję cię! Rozpruje cię jak worek. Zabiję! Zabiję! - wrzeszczał wniebogłosy, nie mogąc opanować drżenia swego ciała. Na te groźby Stiles przestał się śmiać, jego twarz spoważniała, mięśnie się napięły. Całą swoją postawą emanował zdecydowaniem. Zamiast uciekać przed ciosami, zaczął zadawać własne. Deucalion nie był na tyle sprawny i szybki, by uniknąć takiej nawałnicy silnych uderzeń. Ostatnie, a zarazem najsilniejsze z nich, powaliło go na łopatki. Wilkołak padł nieprzytomny na ziemię. Za to nastolatek ze ściśniętym sercem dopadł do Dereka.
- Wszystko w porządku? - zapytał  pełnym troski głosem przez ściśnięte gardło. Derek przez chwilę przyglądał się Stilesowi spod wpółprzymkniętych powiek, analizując całe zdarzenie, po czym mruknął:
- To chyba ja powinienem o to pytać, byłeś nieprzytomny i…- zerknął na wrogiego wilka rozłożonego plackiem na jego podłodze. - Jak to zrobiłeś?- spytał i umilkł.
- Później ci wytłumaczę, teraz musisz odpoczywać. - Przestraszył się, widząc, jak Derek krzywi się z bólu.
- Spokojnie. Nic mi nie jest. - Stiles nic nie powiedział, przyglądając się mu dokładnie.
- Stado ma kłopoty, muszę im pomóc. -Wilkołak kucnął opierając dłonie na udach, próbując zapanować nad drżeniem kolan i starał się uregulować oddech.
- Nie, ja pójdę, zostań tu i odpo…
- Idę z tobą - przerwał nastolatkowi. Wyciągnął rękę i delikatnie pogłaskał policzek Stilesa, uśmiechając się blado. Chłopak zamknął oczy, chłonąc ten czuły dotyk. Opanował się jednak szybko i z pełnym przekonaniem powiedział:
- Raczej nie jesteś w stanie iść, a co dopiero walczyć.
- Idę – oznajmił władczym tonem. Zakaszlał. Nieważne, że ledwo stoję na nogach, nie puszczę cię tam samego.
Stiles westchnął cierpiętniczo i przygryzł wargi. Derek nie czekając na odpowiedź, niemal siłą wypchnął nastolatka na zewnątrz.
Jak dla Stilesa, Derek biegł zdecydowanie za szybko. W jego stanie to niewskazane. Derek trzymał dłoń nastolatka w mocnym uścisku, przez co młodzieniec czuł się trochę zażenowany, a świadomość, że pieką go policzki, co zapewne skutkowało pięknymi, soczystymi rumieńcami, wcale mu nie pomagała.
Derek nagle przystanął, przez co biegnący za nim chłopak uderzył nosem w jego plecy. Stiles z cichym jękiem wyprostował się, pocierając obolałą twarz. Przez ramię Dereka zerknął na nadchodzące z oddali postacie, ale nie był przygotowana na to, co zobaczył. Mrużąc  oczy był w stanie rozpoznać  trójkę członków stada. Allison i jej ojciec wlokący za sobą bezwładne ciało Scotta.
-Scott…? - Stiles usłyszał swój nasiąknięty bólem szept. - Scott? - Nieustanie coraz głośniej powtarzał imię przyjaciela. -Scott?! - krzyknął, biegnąc w stronę przyjaciela. -Co się z nim stało? Kto mu to zrobił? - Dopadając do trójki zadał nurtujące go pytania. Chłopak zacisnął pięści. Niezręczna cisza się przeciągnęła. Nikt nie wiedział, co mu powiedzieć . Nikt nie chciał odezwać się pierwszy.
- Kali – ostatecznie odpowiedział Chris. - A jeśli ona tu jest, reszta musi być blisko - dodał jeszcze.
-Tak - zgodził się z nim Derek, marszcząc brwi.
Chris przyjrzał się poobijanemu Alphie.
- Deucalion zaatakował mnie w domu – Derek odparł mocnym, ale zachrypniętym głosem, tłumacząc swój stan.
- Więc Ennis też musi się gdzieś tu czaić – wtrąciła się Allison. Westchnęła. -Trzeba się pośpieszyć i zanieść go do twojego domu – zasugerowała, zwracając się do wilkołaka. Ten  twierdząco pokiwał  głową. Chociaż jego oczy nie wyrażały żadnych emocji, Stiles czuł przenikające powietrze napięcie i podenerwowanie nie tylko wilkołaka. Miał złe przeczucia. Nastolatek spojrzał jeszcze na dziewczynę swojego najlepszego przyjaciela,  oczy miała czerwone i zapuchnięte, włosy w nieładzie. Wyczuła jego wzrok i spoglądając w jego stronę, spytała:  - Nic mu nie będzie prawda ? - Stilinski pokiwał głową trochę zbyt energicznie i wykrzywił usta w czymś na kształt uśmiechu.

******

Władca demonów  postanowił iść się przewietrzyć. Musiał poukładać wszystkie swoje myśli. Udał się na wielki balkon sąsiadujący z salą tronową . W całym tym zamku to było jego ulubione miejsce. Miał do niego sentyment, ponieważ to tu pierwszy raz pocałował Ajanę. Pamiętał to jak dziś… Ciepłe słońce lśniło na jasnym niebie, wiał lekki wietrzyk, a ptaki śpiewały słodkie ballady. Na balkonie stali sami, on i jego oblubienica. Pamiętał jej śmiech, piękne lśniące oczy i te usta, usta, które mógłby całować aż po kres świata.
- Panie? – Na balkon zawitał jeden z podwładnych króla.
- Czego chcesz? - Rozłoszczony Luke odwrócił twarz do sługi, w ręku trzymając kieliszek z czerwonym winem. Podwładny ubrany był w ciemne jeansowe spodnie. Górną część ubioru stanowiła granatowa tunika. Jasne, przydługie już włosy były roztrzepane. Jego twarz była chorobliwie blada.
- Panie mój, przepraszam - skłonił się znacząco. Jego ciemne oczy o gęstych, czarnych rzęsach omiotły króla długim, spanikowanym spojrzeniem. - Przepraszam, że przeszkadzam ale...ale… - Słowa plątały mu się na języku.
- No wyduś to z siebie wreszcie! - krzyknął zniecierpliwiony władca.
- Wilkołak… przybył - oznajmił pospiesznie.
- Wilkołak? Który wilkołak? - Nastąpiła chwila ciszy. Sługa zastanawiał się nad odpowiedzią, zapewne próbował sobie przypomnieć imię nieszczęśnika, który niedługo spotka się z podenerwowanym władcą.
- Deucalion, panie. Czy mam go wpuścić? - zapytał.
- Przyprowadź  go do mnie, kretynie… Już!
- Tak, panie- powiedział sługa. Skłonił się i wyszedł z komnaty. Przez chwilę było cicho. Luke lubił spokój, jednak widocznie nie dane mu było go dziś zasmakować. Po jakimś czasie do sali wkroczył podenerwowany Deucalion.
- Co tu robisz?! Wyraźnie pamiętam, że zleciłem ci misję!
- Tak, wiem, o dostojny, wszechmocny i wspaniały władco demonów. Światłość najjaś…
- Przestań się podlizywać, głupcze - wtrącił beznamiętnie blondyn. - Czy ten parszywy wilkołak, który śmiał położyć łapy na tym, co moje zdycha teraz w straszliwych mękach, błagając o życie? Czy Derek jest martwy?
- Mój panie, ja… bo… ci…
Na twarzy Luka gościł grymas pogardy i wstrętu.
- Odpowiadaj! - wszedł mu w słowo poirytowany władca.
- Nie, panie. Nie wiem, panie.
- Jak to nie wiesz? Gdzie twoje stado? - Blondyn przymknął powieki, aby uspokoić trochę swoje nadszarpnięte nerwy.
- Oni… - Wilkołak zerknął na rozmówcę niepewnie.
Luke domyślił się w czym rzecz.
- No tak, szczury zawsze uciekają. - Z drapieżnym błyskiem w oku  demon zaczął przybliżać się do wilkołaka. - Nieprawdaż? - wycedził przez zęby.
- Panie, dałbym mu radę, już miałem go zabić, ale wtrącił się ten nastolatek… Stiles i to wszystko przez niego. Nie karz mnie panie, proszę, panie - skamlał jak pies. Szkło z impetem uderzyło o ścianę i rozprysło się z głuchym brzękiem, zakłócając ten żałosny wywód.
- Derek żyje? - zapytał Luke - Żyje? – ponowił pytanie zaciskając wściekle dłonie w pięści.
-Tak… - zdążył wydusić wilkołak, nim zimne palce nie bez satysfakcji zacisnęły się na jego szyi.
- Ty bezużyteczny robaku! - wrzeszczał król, był na granicy wytrzymałości. Sytuacja Alphy nie przedstawiała się najlepiej.
- Mam cię dość - syknął. - Nie będziesz mi już więcej potrzebny. - W panującym tu mroku jego twarz i błąkający się po niej szatański uśmiech wyglądały przerażająco.
- Panie, proszę, miej litość. - Chłopak tylko parsknął śmiechem i rzucił mu rozbawione spojrzenie. - To twój koniec.
- Nie! - krzyknął, przerażony. – Błagam, błagam…
Luke nie słuchał próśb, złapał swoją ofiarę za głowę tak, że w każdej ręce trzymał jedną ze szczęk ofiary. Powoli, by zadać jak największy ból, zaczął rozchylać szczęki wilkołaka, co w konsekwencji doprowadziło do oderwania żuchwy. Krew lała się strumieniami. Luke, oblizując pazury  z czerwonej posoki swojego podwładnego, spoglądał na jego zmasakrowane ciało.
W ciemną noc słychać było tylko psychopatyczny śmiech władcy.

*******

- Tak – odpowiedziała Allison. - Zdawało mi się, że coś widziałam.
- Co takiego? - zaciekawił się Derek.
- Zauważyłam ruch pomiędzy tamtymi dwoma drzewami. - Wskazała w ich stronę.  
Wszyscy odwrócili głowy w danym kierunku i rzeczywiście coś lub ktoś czaił się za drzewami w mroku nocy. Stiles miał złe przeczucia. To dziwne uczucie, kiedy serce niemal rozrywa płuca, a w głowie zieje przejmująca  pustka. Derek zrobił krok w stronę niezidentyfikowanej postaci, jego oczy zaiskrzyły czerwienią.  Postać wynurzyła się z osłaniającej ją ciemności.
- Nie sądziliście chyba, że pójdzie wam tak łatwo? - Powietrze przeszył aksamitny męski baryton.
Wszyscy zamarli. Przed nimi stał Ennis.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   2/4/2014, 12:23

Przepraszam że tak długo musieliście czekać na nowy rozdział ale mam parę problemów rodzinnych Sad z którymi musiałam się uporać. Rozdział dedykuje wszystkim czytelnikom, tym którzy zostawiają komentarze i tym cichym również. Miłego czytania  I love you 



ROZDZIAŁ 18


Czuł się dziwnie. Kaszel, krew i mgła przed oczami. Ból był straszny, nie do zniesienia, to była agonia. Wręcz wyczuwał własne zmiażdżone płuca, całkiem pozbawione  tlenu, serce zmieniające wciąż swój rytm - raz rwało do przodu, to znów zwalniało, jakby miało za chwilę zakończyć swoją pracę. Spojrzał na bolącą nogę, z rozdartej nogawki spodni sterczał kawałek białej kości, a ona sama była zgięta pod dziwnym kątem. Patrzył na to tylko jednym okiem, drugiego już nie miał. Chris walczył ze zbliżająca się śmiercią. Cierpienie było wręcz niewyobrażalne i wiedział, że niedługo umrze. Tak widocznie musiało się stać. To tego chciał los. Nie mógł wydobyć głosu. Gardło mu się zacisnęło, dech uwiązł w płucach. Zebrał w sobie wszystkie siły.
- Allison... Alli…son.. - mamrotał, jego twarz była ściągnięta bólem.
- Nie…! - krzyczała Allison, cała drżała.  Cierpka woń krwi roznosiła się w powietrzu.
Tętnica Chrisa była  poszarpana. Z ust wypłynęła strużka krwi. Dziewczyna w szoku patrzyła na ciało, które leżało u stóp Ennisa. Wszyscy obecni w pobliżu znieruchomieli i biernie przyglądali się wydarzeniom. Ennis podniósł Chrisa z ziemi i cisnął nim w stronę jego córki. Oczy Allison pociemniały. Pochyliła się nad zmasakrowanym ciałem ojca. Jej ciałem wstrząsnął szloch, miała ochotę wyć z bólu i żalu.

******

Luke siedział w miękkim fotelu przed kamiennym kominkiem w swojej sypialni. Ogień w kominku już dogasał. Czas mijał, a zamknięta książka nadal spoczywała na jego kolanach. Ten zaś wracał myślami do Stilesa. Wreszcie z gniewnym pomrukiem otworzył książkę na pierwszej stronie, ale tak jak szybko ją otworzył tak szybko ją i zamknął. Nie rozróżniał słów. Serce trzepotało mu w piersi. Przesunął językiem po wargach, odchylił głowę na oparcie fotela, sapiąc przy tym głośno. A kiedy przymknął oczy , z całą siłą powracały do niego wspomnienia wszystkich cudownych doznań, którymi rozkoszował się, przebywając ze swoją miłością. Słyszał jego śmiech i głos tak wyraźnie, jakby stał tuż obok. Po pewnym czasie zdecydował się zejść na parter, ruszył prosto do salonu, nalał sobie koniaku i usiadł w fotelu z wysokim oparciem w najciemniejszym koncie pokoju. Potrzebował alkoholu, by uspokoić nerwy.  Uśmiechnął się krzywo. Nie łudził się jednak, że jeden kieliszek wystarczy.

******

Ryk targnął powietrzem, ogarniając cały  las. Stiles był wściekły, chciał dopaść wrogiego Alphę. Niestety on już stał za nim, uśmiechając się tak, aby ukazać swoje długie kły. Nie spodziewał się jednak, że Stiles ma świetny prawy sierpowy. Ennis dostał w szczękę, zatoczył się do tyłu i przewrócił. Nastolatek rzucił się na leżącego na ziemi wilkołaka.  Przekoziołkowali razem po trawie kilka razy. Stiles uderzał przeciwnika rękami na oślep. Walka była zagorzała, w ostateczności jednak Ennisowi udało się dźwignąć z ziemi i uskoczyć z daleka od rozwścieczonego nastolatka. Wykręcił się na pięcie gwałtownie, żeby stanąć twarzą w twarz z łowczynią która bez ostrzeżenia wbiła mu sztylet prosto w serce.
- To za mojego ojca! - wykrzyczała.
Stiles dźwignął się na nogi, otrzepał, powtarzając pod nosem różne, niekoniecznie przyzwoite, wyrazy. Pobieżnie obejrzał swoje kończyny, oględziny nie wykazały, by jakaś część jego ciała ucierpiała. Wzrok Stiles powędrował na  swojego przeciwnika. Ennis martwy leżał z rozrzuconymi rękami i nogami. Stiles popatrzył na Allison, a ona wzruszyła tylko ramionami. Potem podeszła  znowu do ciała swojego ojca , tuliła go w ramionach, płacząc przy tym, w końcu wyszeptała:
-Nie zostawię go tu.
-Nie musisz - zapewnił Derek łagodnym tonem. - Zabierzemy go do domu. - I po tym stwierdzeniu uniósł z ziemi poranione ciało.

******

Szli jakiś czas, droga do domu była długa. Drzewa przerzedziły się, gdy pokonali zakręt, a Derek ujrzał rodzinny dom. Żwir zachrzęścił pod ich stopami. Grupa pokonała schody prowadzące do frontowych drzwi posiadłości. Allison otworzyła drzwi i wszyscy weszli do środka. Scott zaczął coś bełkotać. Otwierał i zamykał usta niczym wyrzucona na brzeg ryba.
- Zabierz go na górę. - Tymi słowami zwrócił się Derek do niosącego Scotta Stilesa. - A ty. - Popatrzył na łowczynię. - Zadzwoń po Deatona. - To powiedziawszy, odwrócił się i odszedł w stronę jednego z pokoi, by ulokować w nim ciało Chrisa.
Po pewnym czasie do posiadłości zawitała reszta stada, w tym bliźniacy, którzy nie byli widziani podczas walki z Alphami.
- Gdzieście byli?! - Chwyciwszy jednego z braci za przód koszuli, krzyknął podenerwowany Derek. Aiden otworzył usta, ale szybko je zamknął.
- To nie jest tak, jak myślisz - zawołał Ethan, podchodząc do nich.
- Skąd wiesz, co ja myślę?
Zmieszany wilkołak milczał przez chwilę.
- Kali i Ennis dopadli nas i oni… - zaciął się. - Kurde, no… Oni nas pokonali! – krzyknął. – Byli silniejsi i dowalili nam sromotnie… Zadowolony? - oburzył się na koniec.
- Czemu was nie zabili?- Peter spojrzał na braci i zmrużył oczy. Bliźniacy zerknęli na niego przelotnie, a potem zgodnie odparli: - Nie wiemy.
- To podejrzane - odezwała się półgłosem Erica.
-No przestańcie już! - wtrącił się Stiles.- Teraz najważniejszy jest Scott. Gdzie, do cholery, jest Deaton?! - wybuchnął i zacisnął zęby.
Jak na zawołanie na teren posiadłości wjechał samochód weterynarza.

*********

Stiles od czasu do czasu rzucał zniecierpliwione spojrzenia na drzwi, za którymi ponad półtorej godziny temu zamknął się druid z rannym Scottem. Reszcie pozostawało tylko czekać. Siedzieli i czekali… czekali… czekali.
- Dlaczego to tak długo trwa? - Stiles wstał z krzesła. Był zbyt zdenerwowany, by usiedzieć w miejscu.
- Jestem pewny, że gdy tylko Deaton będzie miał nam coś do powiedzenia, na pewno wyjdzie i nas powiadomi - powiedział Boyd, spoglądając na chodzącego tam i z powrotem Stilesa. Nastolatek nie zaprzestał jednak swojej nerwowej wędrówki. Po raz kolejny przypomniał sobie chwilę, w której ujrzał nieprzytomnego i rannego przyjaciela prowadzonego przez dwójkę łowców. Jeśli coś mu się stanie… Nagły trzask otwieranych drzwi sprawił, że wszyscy drgnęli gwałtownie, a do pomieszczenia wszedł druid. W jednej chwili koło Stilesa stanął Derek, podtrzymując go za łokieć, zupełnie jakby chciał go wesprzeć na wypadek, gdyby mieli usłyszeć złe wiadomości. Nastolatek był mu za to ogromnie wdzięczny. Stiles nie odrywał oczu od Deatona, z zapartym tchem czekając na wieści. Ten natomiast przez dłuższą chwilę wpatrywał się w zgromadzonych  w milczeniu, wzrokiem, z którego nie potrafili nic odczytać.
- W tym momencie śpi - powiedział.
Z piersi zebranych wydobyły się westchnienia ulgi. Stiles oparł głowę na ramieniu Dereka i przymknął oczy.
- Najgorsze jednak jeszcze nie minęło - ciągnął doktor. - Kilka następnych godzin zdecyduje o wszystkim.

*******

Cała grupa zdecydowała, że przy McCallu będą czuwali wartami. Na pierwszy ogień poszli Allison i Stiles, których po skończeniu zmiany siłą trzeba było odciągać od łóżka wilkołaka. To druid nakazał im odpoczynek tłumacząc nastolatkom, że gdyby coś się stało lub Scott się obudził, zostaną zaraz powiadomieni, a na razie powinni się przespać i nabrać sił. Łatwo powiedzieć, pomyślał ironicznie nastolatek. Cicho i dyskretnie zegar na ścianie wybił godzinę trzecią nad ranem. Stilinski zerknął na czasomierz z irytacją. Wcale sobie nie życzył, by mu przypominać, że już najwyższa pora, by zasnąć. I bez tego poranek zaświta zbyt prędko. Nawet, gdyby chciał Stiles nie mógł zasnąć, bo ciągle dręczyły go natrętne myśli. Usłyszał pukanie do drzwi, które po chwili szczęknęły przy otwieraniu. Spojrzenie chłopaka natychmiast pobiegło ku nim. Derek ukazał się w progu. Wilkołak wślizgnął się do pokoju jak zjawa. Całkiem był do niej podobny, gdyż jego twarz była blada i zmizerniała.
- Derek…? - Stiles usiadł na łóżku, a kołdra opadła mu do pasa, odsłaniając nagi tors.
- Nie masz nic na sobie? - zdziwił się Hale.
- Przecież nie mam ze sobą piżamy – wyjaśnił nastolatek, podciągając przy okazji kołdrę pod samą szyję. Policzki zaczęły go piec.
Derek przysiadł na brzegu łóżka, oddychając głęboko i wpatrując się w twarz nastolatka.
- Powinieneś się przespać - stwierdził. – Nie wyglądasz najlepiej, wiem, że się zamartwiasz o Scotta. Wszyscy się martwimy, ale…
Stiles przerwał mu w pół słowa.
- Wiem, po prostu… po prostu nie mogę zasnąć… po tym wszystkim i sam rozumiesz? - Nie panował nad swoim głosem ,westchnął, zwilżył wargi językiem.  Derek potwierdził skinięciem głowy.
Stilinski miał oczy pełne łez. Wilkołak nie mógł na to patrzeć. Nie mógł znieść jego płaczu.
Usiadł koło roztrzęsionego chłopaka i wziął go w swoje silne i czułe ramiona, a Stiles wtulił się w nie bez sprzeciwu.
- Ciii… kochanie, wszystko będzie dobrze - szepnął, przytulając go jeszcze mocniej. Mamrotał potem jakieś niezrozumiałe słowa kojącym tonem wprost do ucha Stilesa, gładząc go przy tym po plecach. Po chwili Stiles odprężył się i uspokoił, by następnie odpłynąć do krainy Morfeusza. Derek wypuścił nastolatka z objęć i delikatnie ułożył jego głowę na miękkiej poduszce. Pocałował Stilesa w czubek głowy. Wstał i podszedł do okna. Westchnął, podniósł wzrok na świecący na niebie księżyc ,oparł czoło o zimną szybę. Potem spojrzał przez ramię na śpiącego Stilesa. Uśmiechnął się czule, po chwili skierował się ku drzwiom i po cichu wyszedł z pokoju.    
             
******

Obudziły go promienie słońca wpadające przez pozbawione zasłon okno. Pomacał ręką dookoła siebie, by znaleźć kołdrę lub koc, nakryć się po czubek głowy i spać dalej. Niestety, żadnego przykrycia nie znalazł.
- To tyle, jeśli chodzi o wypoczynek - mruknął. Zamrugał oczami i półprzytomnie rozejrzał się dookoła.
Po chwili wszystko mu się przypomniało, więc wstał, otworzył okno i natychmiast chłodne powietrze owiało jego twarz. Zaciągnął się zapachem, który pozostawiła po sobie burza. Ale to nie przewietrzyło jego głowy. W porannym powietrzu dało się jeszcze wyczuć trochę nocnego chłodu, lecz Stiles przypuszczał, że już niedługo słońce zacznie całkiem mocno grzać. Burczenie w brzuchu przypomniało mu, że nie jadł kolacji, ale głód okazał się mniej dojmujący niż potrzeba sprawdzenia stanu, w jakim znajdował się obecnie  jego najlepszy przyjaciel. Stiles uchylił drzwi pokoju, w którym wypoczywał Scott i zajrzał do niego, nie wchodząc jednak do środka. Siedząca w fotelu obok łóżka Allison spojrzała na niego z nikłym uśmiechem.
- Jak tam? – zapytał z troską Stiles.
- Nic mi nie jest - skłamała, oddychając głęboko. Mrugała energicznie powiekami, by zgromadzone pod nimi łzy nie popłynęły z oczu. Stilinski popatrzył na nią ze współczuciem,  a potem zwrócił twarz na śpiącego Scotta z niemym zapytaniem.
- Właśnie przed chwilą wyszedł stąd Deaton, powiedział, że Scott dochodzi do siebie i już wszystko będzie dobrze. – Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Stiles podszedł do zapłakanej dziewczyny i przytulił ją mocno. Łowczyni puściły nerwy, szloch, który wyrwał się z jej piersi był pełen cierpienia, jak również i szczęścia.

******

W kuchni zastał Petera.
- Czy to kawa? - zapytał Stiles z nabożną nutą w głosie.
- Owszem. - Peter pociągnął z kubka spory łyk, wyraźnie się nim delektując.
- Czarna? Bez śmietanki i cukru? Taka, jaką Bóg stworzył?
- Tak, czarna bez dodatków. Po co psuć coś doskonałego?
Stiles zgadzał się z nim bezsprzecznie.
- Jest więcej? - spytał z nadzieją Stiles.
- Cały dzbanek, świeżo zaparzony. - Znów się napił.
- Czy mogę mieć nadzieję, że będziesz miłym gospodarzem i się ze mną podzielisz? Czy ten uśmiech oznacza twierdzącą odpowiedź? - Przechylił głowę na bok i również uśmiechnął się czarująco.
- Niezmiernie mi przykro, ale dziś chyba nie będę szlachetny. - Pociągnął kolejny łyk, po czym uśmiechnął się z satysfakcją. Gdyby wzrok mógł zabijać, Stiles unicestwiłby Petera.
Nastolatek spochmurniał.
- Tylko dziś? To chyba twoja stała cecha. – Odwrócił się plecami do niego i pomaszerował w stronę lodówki, z której wyjął karton pomarańczowego soku.

******

Luke ocknął się nagle. W głowie mu się kręciło, nie wiedział, gdzie jest. Chciał rozejrzeć się po otoczeniu, więc odwrócił głowę i omal nie krzyknął z bólu. Kark całkiem mu zesztywniał. Mrugnął kilka razy, by odgonić resztki snu. I wtem ujrzał ciężkie draperie zasłaniające okna i uniemożliwiające orientację w czasie. I wtedy przypomniał sobie, gdzie się znajduje i czemu spędził tu noc. Podniósł się raptownie z fotela, zza zaciśniętych zębów wyrwał mu się jęk. Szyja bolała go tak, jakby ktoś uwiesił na niej ciężki, żeliwny łańcuch. Powolnym krokiem podszedł do okna i rozsunął kotary. Niebo było bezchmurne, słońce stało wysoko na niebie, w jego blasku pobliska flora skrzyła się tęczą barw. Przez chwilę król demonów napawał się tym pięknym widokiem. Następnie chwycił stojący na stoliku dzwonek na służbę i szarpnął nim.
- Fin! – ryknął na wypadek, gdyby dzwonek zawiódł. - Fin!
Kilka sekund później do pokoju wszedł, powłócząc nogami, sługa.
- Wasza Wysokość mnie wzywała?
- Posprzątaj to ścierwo leżące na balkonie koło sali tronowej.
- Tak jest, milordzie. - Fin schylił głowę w ukłonie i opuścił salon.

******

- Odzyskuje przytomność!
Scott zamrugał, a w polu jego widzenia znalazła się twarz Stilesa. Potem, gdy jego wzrok nabrał ostrości, przekonał się, że leży w łóżku pod ogromną błękitną pierzyną. Odwrócił głowę i dostrzegł Allison. Ściskała w ręku chusteczkę i walczyła ze łzami. Z drugiej strony łóżka, stał Derek w towarzystwie Deatona.
- Co się stało? Co tu robi doktor Deaton? - zapytał z trudem. Jego głos brzmiał sucho i ochryple.
- Przez ostatnie godziny robiłem co w mojej mocy, by utrzymać cię przy życiu – oznajmił druid.
- Mnie? Przy życiu? - Scott chciał się zerwać z łóżka, ale opadł z głośnym jękiem na poduszkę. Głowa pękała mu z bólu. Sięgną w jej stronę ręką i wymacał ogromny guz na potylicy. Potem spojrzał na Allison, usiadł na łóżku i chwycił swoją dziewczynę za ręce, nie zważając na gwałtowną falę mdłości.
- Jesteś ranna? - zapytał strapiony.
- Nie, nic mi nie jest - odparła uwalniając jedną rękę i delikatnie głaszcząc nią Scotta po policzku. - Połóż się proszę.
Wilkołak spełnił prośbę swej dziewczyny, ale nadal trzymał ją za drugą rękę.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał zdezorientowany McCall.
- W moim domu - odezwał się Derek. Scott raz jeszcze rozejrzał się po pokoju, przeciągnął się ostrożnie. Wszystko go bolało, ale był to całkiem znośny ból. Miękka pościel ślizgała się po nagiej skórze wilkołaka. Nagiej…  
- Kto mnie rozebrał?
- Ja - oznajmił tym razem milczący jak dotąd Stiles. Scott ukradkiem spojrzał na łowczynię. Policzki miała czerwone.
- Zaraz wstanę. - Uniósł się na łokciach.
- Mowy nie ma! Zostaniesz w łóżku, musisz odpoczywać - oświadczył kategorycznie druid.
- Po co? Za kilka minut będę  przecież zdrowy… - urwał nagle. Żołądek podszedł mu do gardła, ostatkiem sił powstrzymał wymioty.
- Wyjdźmy stąd, Scott potrzebuje odpoczynku. Trzeba przygotować mu coś do zjedzenia. Allison z nim zostanie w razie czego - stwierdził Stiles.
W kuchni Stiles zajął  się krojeniem chleba, a obecna w pomieszczeniu Erica zaoferowała swoją pomoc w postaci ugotowania dwóch jajek na kuchennym piecu.
- On wyzdrowieje, prawda? - zapytała nagle.
-Tak. Deaton mówi, że nic mu nie będzie, ale przez jakiś czas musi wypoczywać. - Ułożył na talerzu posmarowane masłem kromki, a Erica dorzuciła do nich ugotowane przez siebie jajka na miękko. Stiles chwycił jeszcze szklankę wypełnioną po brzegi sokiem pomarańczowym i całość zaniósł Scottowi.
- Nie jestem głodny - skrzywił się wilkołak.
- Jedz, nie marudź! Musisz nabrać sił - powiedziała Allison głosem nieznoszącym sprzeciwu. Z cierpiętniczą miną chłopak wgryzł się w kromkę patrząc nieprzychylnie na dwa jajka spoczywające na talerzu.
-Może jakiś pieczony boczek by się znalazł? - spytał błagalnie.
Stiles prychnął i potrząsnął głową.
- Poczekamy z tym, aż poczujesz się lepiej.
- Już czuję się lepiej -zapewnił, lecz szybko zmienił temat. – Jak długo byłem nieprzytomny?
- Kilka godzin, wprawdzie co pewien czas otwierałeś oczy i mamrotałeś coś bez ładu i składu. Trudno było się z tobą dogadać… - Oczy Scotta zwrócone na Allison i wreszcie spostrzegły, jaka była zmizerniała i blada. Jego spojrzenie przepełnione było miłością.
- Po raz pierwszy mówisz całkiem logicznie - dokończył za dziewczynę Stiles. Widząc wzrok przyjaciela postanowił zostawić ich samych. – Skoro nie wciśniesz już w siebie ani kęsa, to zabiorę resztę na dół, nie ma powodu, by jedzenie się zmarnowało, zapewne któryś głodny wilczek połasi się na takie rarytasy – uśmiechnął się szeroko  i znacząco popatrzył na przyjaciela, by następnie opuścić pokój.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   15/4/2014, 20:28

Dedykuje ten rozdział ars_amandi, która jest nadzwyczajną betą. Po prostu anioł nie człowiek. Smile
Oraz KATEE91 jej opowiadania skłoniły moją wenę do pracy i nawet zabrałam się do tworzenia kolejnego opowiadania Smile

Buziaki dla was :* :* :* :*



ROZDZIAŁ 19


Schodząc po schodach, Stiles usłyszał wrzaski dobiegające z kuchni, przystanął, oparł się plecami o ścianę i zaczął przysłuchiwać kłótni. Dobiegł go podniesiony głos Eriki.
- Gadajcie! - Nie czekając na odpowiedź, mówiła dalej, oskarżycielsko wpatrując się w bliźniaków. - Jak to się stało, że was nie zabili?! - Krzyk dziewczyny słychać było już pewnie w całym domu. Stilinski  wywrócił oczami, miał ochotę uderzyć głową w ścianę.
- Już mówiliśmy, nie wiemy czemu nas oszczędzili. - Aiden przeczesał dłonią włosy i dodał. - Może chcieli, żebyście zaczęli wątpić w naszą lojalność.
- I zadziałało - powiedział Peter z przekąsem. Towarzyszący tym słowom uśmiech nie był ani trochę  serdeczny.
- Cisza! – warknął Derek, z całych sił powstrzymując się, aby nie rozkwasić nikomu nosa. - Powiedzcie wszystko od początku – zaproponował.
- No więc tak… - Aiden zawahał się. -  Po tym, jak się rozdzieliliśmy, ja z moim bratem zostaliśmy zaatakowani przez Ennisa i Kali. Podkradli się do nas tak, że nawet się nie spostrzegliśmy. Walczyliśmy, ale z marnym skutkiem, w końcu nas ogłuszyli. Nie wiemy, dlaczego zostawili nas przy życiu i dlaczego odeszli. Uwierzcie nam - prosił błagalnie.
Stiles postanowił w końcu przerwać  tę bezsensowną kłótnię, z impetem otworzył drzwi i bez ceregieli wszedł do środka.
- Zostawcie ich już w spokoju, przecież wiecie, że nie kłamią! - krzycząc, zwrócił się do zebranych. Był już mocno poirytowany. Uniósł brew. - Posłuchajcie bicia ich serc - powiedział trochę spokojniej, odstawiając na stół talerz z kanapkami, a pustą szklankę po soku pomarańczowym do zlewu. Wszyscy patrzyli na niego lekko zdziwieni. Chyba nie spodziewali się wybuchu z jego strony.
- On ma racje, oni nie kłamią - potwierdził Boyd.
- Może i tak. - Peter skrzywił się lekko, a potem uśmiechnął nieco perfidnie, jakby chciał powiedzieć, że on i tak wie lepiej. Jednak przechwałka nie padła głośno. Ręce świerzbiły Stilesa, aby uderzyć uśmiechającego się mężczyznę  w nos. Blondwłosa wilczyca zerknęła na nie do końca pusty talerz, który Stiles niedawno położył na stole.
- Nasz poszkodowany ma awersje do jajek – stwierdził z lekkim uśmiechem, machnął od niechcenia ręką i opadł na krzesło próbując zająć jak najwygodniejszą pozycję. Zwrócił oczy na stojącego koło stołu Dereka i poklepał zapraszająco miejsce obok siebie. Hale usiadł obok niego w towarzystwie cichych chichotów reszty stada. Zaburczało mu w brzuchu. Na ten odgłos, Stilinski roześmiał się.
- Wcinaj. - Podsuwając Derekowi pod nos talerz z kanapkami, powiedział szybko Stiles, zanim ten  zdołał otworzyć usta. Napięcie, jakie jeszcze chwilę temu było mocno wyczuwalne w powietrzu opadło, gdy wszyscy zaczęli się śmiać.

******

Zajechał przed dom i wyłączył silnik, nie wysiadł jednak z samochodu. Oparł głowę o zagłówek i westchnął. Zmarszczył brwi, a jego czoło przeszyła głęboka bruzda. Wreszcie odpiął pas bezpieczeństwa i otworzył drzwi. Wolno skierował się w stronę domu, wsłuchując w echo swoich kroków. Dotarł do wejściowych drzwi , odetchnął głęboko, w końcu obrócił klucz w zamku i przestąpił próg. Kiedy wszedł do środka, jego ojciec właśnie schodził po schodach, ale zatrzymał się na podeście. Stilinski oparł się o poręcz i uważnie spojrzał na syna. Groźna zmarszczka na jego czole była oznaką złego humoru. Stiles schował ręce do kieszeni spodni , chciał coś powiedzieć, lecz jego ojciec go uprzedził.
- Jak ty wyglądasz? - zdenerwował się odrobinę. - Taki zmizerniały, blady, gdzie byłeś całą noc? - Głos mężczyzny brzmiał coraz bardziej stanowczo, aż drżał z emocji, jego oczy zwęziły się. Zapadła niezręczna cisza. Stiles zaczął w stresie szurać butami, poczuł ucisk w gardle. Co mam mu powiedzieć?
- No więc? - ponaglił go ojciec.
Nastolatek myślał intensywnie nad tym, co ma powiedzieć  swemu tacie. Nie mogę mu wyznać prawdy. Czuł, że jego usta otwierają się, ale nie wydobywa się z nich ani jedno słowo. Musiał zmusić się, by powiedzieć  cokolwiek.
- Byłem u mamy - stwierdził w końcu.
- Co? - Po holu rozniósł się donośny głos Johna, jego mina nie wróżyła niczego dobrego.
- U mamy, na cmentarzu - odchrząknął.
- Całą noc? - zapytał, przyglądając się mu z wyrzutem. John wiedział że chłopak po odejściu matki w każdą rocznicę jej śmierci i wówczas, gdy miał jakieś kłopoty szedł na jej grób, by się pomodlić i wyżalić , czasem trwało to kilka godzin niekiedy jednak nastolatek przebywał na cmentarzu cały dzień i noc . Och, dlaczego nie pomyślałem o tym wcześniej?, skarcił się w duchu.
- Tak - skłamał Stiles, próbując ukryć swój dyskomfort.
Jeśli Stiles myślał, że to oświadczenie poprawi jego ojcu humor, to był w błędzie. John jeszcze bardziej martwił się o syna i teraz był już pewny, że ma on jakiś poważny problem.

*****

Tymczasem Luke na białej kartce papieru rysował ołówkiem portret  ukochanego. Odchylił głowę na oparcie fotela, sapiąc przy tym głośno. Myśl, że znowu zobaczy Stilesa, była cudowna, nakazał przynieść sobie eleganckie garnitury i koszule, żeby  dobrze zaprezentować się chłopakowi. Chciał, żeby nastolatek widział w nim człowieka z klasą. Mimo całej swojej inteligencji nie zdawał sobie sprawy, że nie można zmusić kogoś do miłości. Jego zaślepienie doprowadziło do tego, że zaczął on miewać omamy. Widział w swoich komnatach Stilesa, a nawet z nim rozmawiał. Siadał wtedy w fotelu naprzeciwko zjawy i tłumaczył Stilesowi, jakie przyjemne życie będą już niedługo mieli. Chłopak uśmiechał się wtedy do niego uroczo i potakiwał głową.
- O kochanie, już niedługo znowu będziemy razem na  wieki. Cieszysz się, prawda? - Jego oczy przybrały błędny wyraz, przebywał we własnym świecie. - Musisz tylko być mi posłuszny, nie będę tolerował żadnych głupich wybryków. -  Zjawa kiwnęła głową, wyciągnęła do niego rękę, a jej oczy błyszczały łobuzersko.

*****

Atmosfera w czasie kolacji była nieco napięta. Jedli w ciszy, ale posyłane nad posiłkiem spojrzenia zawierały całą gamę uczuć. Nastolatek ciągle gnębił się tym, że po raz kolejny musiał okłamać ojca, jak również sprawą swojej nadprzyrodzonej natury, lecz w końcu postanowił, że jeszcze ma czas na zastanowienie się nad wszystkimi nurtującymi go rzeczami, a teraz spędzi miło czas z ojcem. Więc rozmawiali, żartowali, aż kolacja dobiegła końca.
- Ja pozmywam - powiedział po skończonym posiłku szeryf Stilinski, wolno wstając z krzesła. Podniósł cały stos talerzy i rzucając triumfalne spojrzenie synowi, ruszył w kierunku kuchni. Powoli otworzył drzwi stopą, przytrzymał je kolanem i z pełnym zadowolenia uśmiechem wkroczył do kuchni. Stiles wstrzymał oddech. Nie minęło dziesięć sekund, kiedy rozległ się potworny huk, brzdęk, a zaraz potem ryk:
- Jasna cholera!  
Stiles skwitował tę wypowiedź wybuchem śmiechu, wstał od stołu i ruszył na pomoc ojcu.

*****

Ten dzień minął szybciej niżby Stiles tego oczekiwał. Wieczorem, korzystając z chwili,  postanowił trochę się pouczyć. Ubrał dresowe spodnie, podszedł do swojego łóżka, wyciągnął spod poduszki książkę i kładąc się na posłaniu, zaczął czytać. Nie spodziewał się, że  nauka stanie się jego drogą ucieczki. Miał przynajmniej wymówkę, aby nie myśleć o problemach, z którymi przyszło mu się zmierzyć. Zamyślony, dopiero po chwili usłyszał natarczywe pukanie w okienną szybę. Miał ochotę nawymyślać osobie, która właśnie naruszała jego spokój. Jedynym podejrzanym był Derek, który już nieraz wkradał się w ten sposób do jego pokoju. Ku ogromnemu zdziwieniu Stilesa jednak to nie Derek dobijał się tak dobitnie do jego okna, był to jego wuj Peter. Stiles otworzył okno i wpuścił do środka wilkołaka. Powinienem  zablokować okno przed nieproszonymi wilczymi gośćmi, ale mogę sobie wybaczyć to zaniedbanie. Byłem zdecydowanie zbyt zajęty, aby myśleć o takich rzeczach. Peter rozsiadł się wygodnie na łóżku Stilesa i nieonieśmielony groźnym wzrokiem właściciela, popatrzył na chłopaka z wyczekiwaniem, jakby chciał mu przez to powiedzieć, że ma do niego dołączyć. Stiles, świadomy tego, że nie pozbędzie się wcześniej ze swojego pokoju intruza, dopóki go nie wysłucha, spełnił tę niemą prośbę.
- Czego chcesz? - zapytał, gdy już zajął miejsce obok gościa. Następnie założył ręce na piersi.
- Nie bądź taki niemiły, w końcu teraz, kiedy związałeś się z moim siostrzeńcem, jesteśmy rodziną, nieprawdaż? - powiedział Peter, lecz po chwili roześmiał się, nie mogąc dłużej utrzymać poważnej miny. Stilinski wywrócił oczami i skrzywił się. Język go świerzbił, aby rzucić jaką kąśliwą uwagę, ale postanowił ugryźć się w niego. Oczywiście nie dlatego, że się  bał. Po prostu nie zamierzał być dziecinny i niepotrzebnie się kłócić.
- Spokojnie – rzekł mężczyzna, a jego twarz natychmiast spoważniała. Przez chwilę mierzyli się z Stilesem na spojrzenia. - To twoje? - zapytał, wyjmując z kieszeni spodni rubinowy naszyjnik, a jego wzrok ślizgał się po twarzy gospodarza, jakby próbował coś z niej wyczytać. Nastolatek zachłysnął się powietrzem i na chwilę pobladł.
- Co znowu knujesz? - spytał podejrzliwie. Złączył dłonie tak, że opuszki palców przylegały do siebie.
Piter uśmiechnął się jakby usłyszał komplement, wzruszył ramionami i, ignorując wypowiedź chłopaka, mówił dalej:
- Piękna robota, ktoś musiał się postarać, umieszczając na nim tak silne inkantacje - skomentował.
- Zaklęcia, jakie zaklęcia? - zapytał Stiles, patrząc na rozmówce zdumiony, nie rozumiejąc, o co w tym wszystkim chodzi.
- Ochronę przed magią. Nie wiedziałeś? - zapytał z udawanym zdziwieniem. Jego spojrzenie ociekało kpiną. Stiles zamrugał. Czuł się całkowicie wyprowadzony z równowagi. Rysy jego twarzy wyostrzyły się. Oczy rzucały gromy. Usta były mocno zaciśnięte. Chwilę później wpadła mu do głowy jakaś błyskotliwa myśl, a jego twarz nabrała pogodnego blasku.
- A więc to tak - powiedział cicho, podnosząc się ze swojego miejsca. To dzięki naszyjnikowi zaklęcie, które rzuciła na mnie mama przestało działać. Niechciany gość patrzył na niego, jakby czuł się pominięty i żądał natychmiastowych wyjaśnień.
- Nie twoja sprawa! Dzięki za zwrócenie naszyjnika, a teraz prosiłbym cię byś opuścił mój dom.
Peter  popatrzył na niego, mrużąc niebezpiecznie oczy, a Stilesowi z jakiegoś powodu ten widok wydał się bardzo zabawny. Siłą powstrzymał się, aby się nie roześmiać.

*****

Stiles obudził się rankiem o bardzo wczesnej porze. Gdy spojrzał na zegarek, zauważył, że jest dopiero piąta. Był jednak wyspany, a jedyny dyskomfort, jaki odczuwał, to lekki ból mięśni. Rozejrzał się trochę zdezorientowany po pokoju, nie mogąc sobie przypomnieć, co robił przed pójściem spać. Zdziwiony dostrzegł, że przy jego łóżku, rozłożony na fotelu śpi Derek. Musiał przyjść, gdy spałem.
Wstał, a jego mięśnie boleśnie zaprotestowały. Starając się nie obudzić śpiącego obok wilkołaka, po cichu na palcach skierował się w kierunku łazienki. W końcu doszedł do celu. Wszedł do kabiny prysznicowej i odkręcił wodę. Strumień letniej wody spływał po jego ciele, łagodząc ból mięśni. Kilka minut później wyszedł stamtąd odświeżony. Stanął przed lustrem i zapatrzył się na własne odbicie. Jego twarz nie wyglądała już tak przerażająco jak wczoraj. Doprowadził się do względnego porządku i zszedł do salonu. Nie zastał tam nikogo, więc postanowił w spokoju zjeść wczesne śniadanie, a przy okazji przygotować porcję dla swego gościa. Zajął się więc przyrządzaniem kanapek. Gdy skończył, ułożył talerz z kolorowymi kanapkami na stole w kuchni. Derek w tym momencie złapał zaskoczonego Stilesa, całując go delikatnie na powitanie, jakby był zrobiony z kruchej porcelany.
- Dzień dobry - powitał nastolatka wilkołak i pocałował go ponownie.
- Cze… -  odpowiedział mu Stiles. Gdy w końcu się od siebie oderwali, był świadomy, że jego policzki muszą być całe czerwone. Było mu strasznie gorąco, ale nie mógł się powstrzymać, aby nie skraść Alphie jeszcze jednego pocałunku. Zasiedli w końcu do stołu, Stiles westchnął, a potem przeniósł swoje spojrzenie na talerz.
- Zapomniałem o herbacie. - Poderwał się z miejsca.
- Pomogę ci - zaproponował Alpha.
- Dobrze, dziękuję. - Chłopak obrócił się do bruneta i patrzył, jak ten wstaje, by pomóc mu w przygotowaniach napoju. Stiles nigdy nie pomyślałby, że ta czynność może wymagać udziału dwóch osób, ale nie protestował. Cieszył się tym gestem oraz faktem, że Derek nie czuje się w jego domu jak intruz. W końcu dwa kubki wypełnione parującym napojem znalazły się na drewnianym stole obok talerza z kanapkami. Siedząc przy stole milczeli przez chwilę, rozkoszując się własnym towarzystwem.
- Jak Allison się trzyma? - zapytał w końcu Stilinski. Wyraz twarzy Dereka momentalnie stał się posępny.
- Nie najlepiej - odpowiedział, a w jego głosie dało się słyszeć współczucie. - Na szczęście ma jeszcze Scotta.
Stiles wziął łyk napoju i pokiwał głową ze zrozumieniem. Widział, że Alpha czuł się odpowiedzialny za śmierć łowcy.
- W piątek jest pogrzeb - oznajmił z bólem, składając ręce na kolanach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   21/5/2014, 11:17

Proszę nie bić :)długo to trwało ale rozdział już jest ( na swoją obronę mogę powiedzieć, że miałam trochę na głowie -> szkoła/egzaminy, dodatkowo w pewnym momencie nawiedziła mnie totalna twórcza pustka, a nie chciałam zmuszać się do pisania, gdyż zaowocowało, by to tylko niezbyt ciekawym rozdziałem. Jednak przyciągnęłam moją wenę z powrotem więc zapraszam do czytania). Mam nadzieje, że rozdział się wam spodoba.




ROZDZIAŁ 20



Cisza jaka panowała w pomieszczeniu, aż dudniła w uszach.
- A Scott? Czy na pewno nic mu już nie jest? - wyrzucił z siebie jedno po drugim dwa zasadnicze pytania, przerywając w ten sposób pełne napięcia milczenie.
- Nic mu nie będzie. Doszedł już do siebie, ale na wszelki wypadek kazałem mu jeszcze wypoczywać - odrzekł Derek stłumionym, lekko schrypniętym, niskim głosem. Stiles usatysfakcjonowany taką odpowiedzią, skinął głową.
- To dobrze.
- Zanim wyszedłem, dzwonił do swojej mamy.
- Musiała się martwić.
- Była wściekła, że powiadomiliśmy ją o wszystkim dopiero po fakcie - odpowiedział.
- Nie dziwię się, ale jakoś nie miałem głowy, by do niej zadzwonić. Swojego ojca też nie informowałem, że nie będzie mnie w domu. - Westchnął. - Musiałem mu potem sporo nakłamać - powiedział z smutną miną. Derek po tym wyznaniu spojrzał na chłopaka z nieczytelnym wyrazem twarzy. Zapadła krótka chwila ciszy, którą przerwał Stiles:
- Dobra, jadę do szkoły. Wypadałoby się w końcu w niej pokazać - powiedział z uśmiechem. - Potem wpadnę do Scotta. Dalej jest u ciebie? - spytał, oblizując wyschnięte wargi.
- Tak. - Pokiwał głową, potwierdzając.
- No to idę się spakować - powiedział z uśmiechem wstając od stołu. Derek natomiast ruszył do wyjścia. Stiles odprowadził go wzrokiem.

*****

Stiles przez cały czas będąc w szkole myślał o stanie zdrowia swojego przyjaciela. Zaczął wyglądać przez okno, podziwiając krajobraz. Ciepłe słońce, wlewało się przez szklaną taflę.
- Stilinski… Stilinski…!
- Tak? - zapytał zdezorientowany chłopak.
- Czy zechciałbyś podjąć próbę wypowiedzenia własnej opinii?
- Ja... o czym właściwie? - Stiles miał niewielkie pojęcie o tym, czego w ogóle dotyczyła dyskusja.
- Czy trzeci akt sztuki zamienia komedię w tragedię?
- Trudno powiedzieć - zaczął, nie chcąc przyznać, iż nie czytał utworu, o którym mowa. Nauczyciel przyglądał się mu przez dłuższą chwilę.
- Bardzo trudno. Wyobrażam sobie - skomentował sucho i zadał pytanie innemu uczniowi.

*****

Kilka godzin później było już po zajęciach, więc Stiles od razu pojechał do Hale’ów. Chciał zobaczyć, jak ma się Scott i Allison. Gdy wszedł do domu, w salonie zastał tylko Petera. Siedział wygodnie w ogromnym, skórzanym fotelu, zadowalając się alkoholem. Wzrok wbijał w Stilesa. Mógłby chociaż mrugnąć.
- Jeszcze wpadniesz w alkoholizm. - Szatyn palnął pierwsze, co mu przyszło do głowy. Nastolatek pokręcił z niedowierzaniem głową, widząc, że wilkołak nalewa sobie następną porcję trunku. Peter szybko przechylił kieliszek i wypił wszystko do dna.  Obrzucił uważnym spojrzeniem gościa. Stiles czuł się nieco nieswojo. Westchnął głęboko, aby dodać sobie otuchy. Peter wciąż tylko wpatrywał się w niego w sposób, który sprawiał, że Stiles pragnął, by rozstąpiła się pod nim ziemia i pochłonęła go na wieki. Ziemia jednak bezsprzecznie nie zamierzała wyświadczyć mu tej przysługi. Nastolatek zmarszczył nieznacznie brwi i powiedział, patrząc na mężczyznę:
- Pójdę do Scotta. - Przełknął ślinę.
Peter nie powiedział nic. Stilinski wzruszył ramionami, odwrócił się i wyszedł z pokoju.

*****

Allison czuła się całkowicie bezsilna, półprzytomna, bliska omdlenia. Jej świat raz jeszcze przewrócił się do góry nogami. Tak samo było, gdy umarła mama.  Dziewczynie zrobiło się całkowicie obojętne, co robi i gdzie jest. Marzyła tylko o jednym: żeby położyć się i usnąć. Byle spać. Byle o niczym nie myśleć, niczego nie pamiętać, nad niczym się nie zastanawiać, nic nie wiedzieć. Tylko spać. Cóż, śmierć to przecież też sen, tylko wieczny. Wieczny odpoczynek, pomyślała. I szepnęła:
- Odpoczywaj w pokoju, tato. - Płakała. Łzy ciekły jej strumieniami po policzkach. W końcu usłyszała czyjeś kroki na schodach i wzięła kilka głębokich oddechów, gdy zobaczyła, że klamka się porusza. Drzwi uchyliły się lekko. Łowczyni nerwowo otarła mokrą od łez twarz. Spojrzała przez ramię w stronę drzwi. W progu stał zatroskany Scott.
- Kochanie? - Chłopak wszedł do środka. - Wszystko w porządku?
- Tak. - Bezwolnie skinęła głową i posłała mu słaby uśmiech.
- Erica pojechała po pizzę. Skusisz się na kawałek?
Było jej wszystko jedno.
- Musisz jeść. – Zachęcał. - Allison.... Kochana moja. - Scott podszedł do niej ostrożnie. - Drżysz. - Wilkołak stał już kilka milimetrów od niej, patrzył jej w oczy i delikatnie położył rękę na ramieniu.
- Zmarzłam... - Nic więcej nie powiedziała. McCall podniósł ją z podłogi, przeniósł na fotel i otulił kocem.  - Twój ojciec był dobrym człowiekiem. Odszedł za wcześnie - westchnął.
-  To stało się zbyt nagle. Zbyt brutalnie. - Nerwowo mięła bluzkę, próbowała powstrzymywać łzy. - O Boże, jak bardzo mi go brakuje!
Scott delikatnie dotknął jej podbródka i uniósł lekko w górę. Wpatrywała się w jego oczy i czuła, jak rozpacz powoli znika, a na jej miejsce pojawia się odrobina nadziei. Ciepło jego spojrzenia dodawało jej sił. Allison pragnęła teraz tylko tego, by Scott przytulił ją mocno. Gwałtownie wstała z krzesła i rzuciła się w jego ramiona.
- Wiem wszystko, moje śliczności. - Łagodne słowa wilkołaka koiły jej ból. - Wiem, wiem...
Scott  obejmował ją mocno, a ona chłonęła jego ciepło i siłę. Dzięki niemu czuła, że jest jeszcze na tym świecie coś trwałego i niezłomnego, na czym może się oprzeć, że jest ktoś, z kim może dzielić swoją rozpacz. Wtulona w niego słyszała bicie jego serca i czuła zapach jego ciała. Objęła go w pasie i przyciskała się do niego tak mocno, jak on do niej.

*****

Stiles leniwym krokiem podążał w stronę tymczasowego pokoju Scotta. Będąc już niedaleko celu, usłyszał strzępki rozmowy. Głosy dobiegały z pobliskiego pomieszczenia. Skradając się po cichu podszedł do uchylonych drewnianych drzwi. Ze środka usłyszał głosy:
- Twój ojciec był dobrym człowiekiem. Odszedł za wcześnie.
-  To stało się zbyt nagle. Zbyt brutalnie. O Boże, jak bardzo mi go brakuje!
Nie chcąc podsłuchiwać, oddalił się dyskretnie.

*****

Siedząc w kuchni w towarzystwie Scotta, Stiles nie był zbyt rozmowny. Można by rzec, że był wręcz chorobliwie cichy jak na niego. Zapewne ten fakt zaalarmował jego przyjaciela, gdyż po kilkuminutowej obserwacji Stilesa zapytał w końcu:
- Coś się stało, Stiles? - McCall nadal wpatrywał się w przyjaciela uważnie.
Szatyn nie zareagował. Donośne pikanie telefonu otrzeźwiło chłopaka, wyjął z kieszeni telefon. Na wyświetlaczu widniało zdjęcie Luke'a. Stiles bez wahania wcisnął czerwoną słuchawką.
- Wszystko w porządku?- zapytał znów wilkołak, zamykając z piskiem zawiasów kuchenną szafkę.
Nastolatek spojrzał na niego i  odetchnął głęboko. Podszedł do okna. Nie, nic nie jest w porządku, pomyślał.
- Tak - odpowiedział sztucznie, uśmiechając się i zaglądając za okno. Słońce świeciło jasno. Scott  zmarszczył czoło.
- Stiles, wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko, prawda?- zapytał, uśmiechając się.
- Wiem. - Patrzył nieobecnie w punkt za oknem.
- Nie jest w porządku, prawda? - dopytywał Scott zbliżając się do przyjaciela.
Stilinski zaprzeczył, kręcąc głową. Scott dotknął jego ramienia.
- Co cię gryzie? - McCall patrzył na niego wyczekująco.
Niespodziewanie szatyn odwrócił się, włożył ręce do kieszeni i stał tak przez chwilę w milczeniu, pochylony, jakby jego ramiona uginały się pod jakimś nieznośnym ciężarem. Ale wkrótce podniósł głowę i popatrzył na zmartwioną twarz przyjaciela.
- Musisz pytać, Scott? To wszystko co się ostatnio tu dzieje, to po prostu za dużo. Do tego te wspomnienia, medalion i czary mojej matki. - Potrząsnął gwałtownie głową.
- Zaraz, zaraz bo nie kojarzę. Jaki medalion? Czary twojej matki? Stiles, chyba o czymś nie wiem?
- Ja… - Potarł czoło drżącą ręką i zaczął streszczać przyjacielowi każdą poszczególną rzecz.

*****

Chłopak metodycznie pracował nad zadaniami szkolnymi aż do chwili, gdy poczuł głód. Po przerwie na zjedzenie kanapki i wypicie kawy postanowił przejechać się do sklepu.  Lał deszcz i nie zanosiło się na przejaśnienie. Żwawym krokiem z toną zakupów ruszył zalaną deszczem ulicą w stronę swojego auta. Wtem mijający go samochód wjechał rozpędem w kałużę. Stiles odskoczył, lecz za późno, błotnista woda oblała go całego, spodnie  nieprzyjemnie przykleiły mu się do nóg, a koszulka do torsu, nawet kurtkę miał mokrą.
- W niektóre dni nie powinienem w ogóle ruszać się z domu - stwierdził smętnie. Przetarł ręką mokrą twarz i rzucił wściekłe spojrzenie na odjeżdżający samochód. Prychnął pod nosem i potrząsnął głową otrzepując się.
- Stiles… Sti…les…?! - usłyszał z oddali.  -  Stiles.  - Na dźwięk głębokiego barytonu obrócił się i zobaczył, że Luke stoi za nim  ze skrzyżowanymi na piersi rękami.
- Luke? To ty? - Stiles uśmiechnął się do niego i  odgarnął z czoła mokrą grzywkę.
- Cześć, dawno się nie widzieliśmy - przywitał go mężczyzna, uśmiechając się serdecznie. Przybliżył się do niego i odgarnął z jego twarzy kilka mokrych, zabłąkanych kosmyków. Niebieskooki wydawał się być nieskrępowany nawet w najmniejszym stopniu. Zachłannie obserwował szatyna, a jego wzrok ślizgał się po całym jego ciele.
- Widzę, że miałeś nieprzyjemną przygodę z uliczną kałużą. - Stiles pod badawczym spojrzeniem blondyna poczuł się trochę nieswojo. - Ostatnio nie dzwoniłeś. Czy coś się stało?
- Tak, miałem dość dużo spraw na głowie. - Rozmasował sztywniejący kark.
- Rozumiem. Masz ochotę wyskoczyć ze mną na randkę? - zapytał niespodziewanie, jakby w ogóle nie zarejestrował wypowiedzi swojego rozmówcy.
- Widzisz, bo ja… - jąkał się. - Dużo się zmieniło od kiedy ostatnio się widzieliśmy. Pamiętasz Dereka?
- Tego gburowatego bruneta? - spytał, przybliżając się jeszcze bardziej do Stilesa.
- Tak, tak właśnie tego. Bo widzisz jesteśmy parą.
- Ach tak .- Przestał się uśmiechać, poczuł pieczenie w żołądku na myśl o Stilesie z innym mężczyzną. Miał ochotę natychmiast uderzyć coś albo kogoś. - Gratulacje. - W jego głosie nie dało się wyczuć ani krzty szczerości.
- Dzięki… - Po chwili ciszy Stiles kontynuował. - Ale wiesz, to nie znaczy, że nie możemy się przyjaźnić.
- Przyjaźnić? - Uśmiechnął się ironicznie. Rzucił się do przodu obejmując chłopaka w pasie. - Nie chcę się przyjaźnić, chcę czegoś więcej - powiedział, łapiąc go za ramię. Stiles chciał wyrwać rękę z uścisku mężczyzny, ale ten jedynie zacieśnił palce mocniej. Nastolatek spojrzał mu w oczy, ale nic w nich nie odnalazł. Przestraszył się nie na żarty i zaczął się gwałtownie szarpać, co spowodowało, że mężczyzna przyciągnął go do siebie.
- Puść mnie! – Wyrywał się z objęć blondyna.
- Dopiero, kiedy wyjaśnimy kilka spraw, słoneczko. - Dotyk tego delikatnego ciała, szamoczącego się tuż przy jego ciele, sprawiał Luke'owi nie lada przyjemność. Poczuł, jak chłopak  zadrżał. Nie mógł się powstrzymać, żeby nie dotknąć wargami jego szyi. - Nie oddam cię, jesteś mój. - Stilinski niemożliwie szeroko rozwarł oczy i otworzył usta, bez wątpienia w szoku, ale to było wszystko, czego jasnowłosy potrzebował. Wepchnął język między jego wargi, jednocześnie opuszczając ręce, aby schwycić go za pośladki i, ugniatając wypukłości, przyciągnąć nastolatka bliżej. Przycisnął dowód swojego podniecenia do krocza Stilesa, ocierając się bezwstydnie.
- Puść mnie! – krzyczał zrozpaczony. - Odbiło ci? - Szarpał się coraz bardziej, desperacko próbując uwolnić. Kiedy znów go odepchnął, Luke pozwolił mu się wyzwolić.
- Ej… Co tam się dzieje?! - zawołał jakiś mężczyzna. Miał ciemne włosy, był też dobrze zbudowany.
- Nic, zupełnie nic.
- Mam zadzwonić po gliny?
- Kocham cię, moje słońce. Już niedługo na zawsze będziemy razem… - powiedział Luke i nie czekając na odpowiedź, wyminął chłopaka, znikając tak szybko, jak szybko się pojawił.
- Wszystko ok? - spytał nieznajomy.
- Ja... - Stiles próbował przemówić, ale gardło miał zbyt ściśnięte.
- Chłopcze, czy wszystko w porządku?
- Tak - mruknął i wyglądało na to, że przez wzburzenie nie zdoła powiedzieć nic więcej. Po chwili jednak dodał: -  Jestem naprawdę wdzięczny za pomoc.
Szedł powoli do samochodu, czując niepokój. Wrzucił do wozu najpierw torby, po czym siadł za kierownicą. Po przejechaniu połowy drogi zjechał na pobocze, zatrzymał się, żeby uspokoić nerwy i patrzył przez przednią szybę w dal. Doszedł  do wniosku, że Luke oznacza kłopoty przez duże „K". Coś z nim nie tak.

*****

Nim Stiles zaparkował przed domem, zdążył ochłonąć i, z trudem wprawdzie, ale opanować emocje. Wysiadł z samochodu.
- Gdzie byłeś? - zapytał znienacka Derek, przyprawiając chłopaka o palpitacje serca.
- Boże, czy mógłbyś się tak nie skradać, omal nie zszedłem na zawał! - Demonstracyjnie chwycił się za klatkę piersiową. Stiles starał się nie zauważać, jak szara koszula podkreśla jego szerokie barki, a zniszczone dżinsy opinają silne uda. Gdy zbliżał się do niego, czuł, że puls mu przyspiesza i z trudem łapie powietrze.
- Co ty tu robisz? - spytał Stilinski. Derek wziął od niego zakupy.
- Stęskniłem się za tobą - oznajmił wprost i ruszył w stronę domu. Stiles patrzył za nim, nie mogąc uwierzyć, że wilkołak to powiedział. Po chwili wrócił do przytomności i ruszył za swoim chłopakiem. Dogonił go dopiero przy drzwiach.
- Czy ty nigdy niczego nie zamykasz? - warknął brunet  z nagłą złością. - Nie wiesz, że każdy mógłby sobie po prostu wejść i wziąć, co chce? Zrobić ci krzywdę? Co się z tobą dzieje?
- Uspokój się - parsknął, rozbawiony. - To dom szeryfa, każdy o tym wie i nikt o zdrowych zmysłach nie odważy się tu wejść. -  Sięgnął po zakupy, ale Derek nie chciał ich puścić.
- Nie pamiętasz już jak było z bliźniakami? - W jego oczach Stiles widział wściekłość. Szarpnął za torbę z zakupami, wzburzony, bo on miał rację. Torba pękła. Pomarańcze, jabłka, kartony soku i puszki rozsypały się po schodach.
- A niech to trafi szlag! - krzyknął chłopak.
- Stiles, nie chcę, by coś ci się stało - powiedział  Derek miękko i kucnął obok niego, gdy gorączkowo usiłował pozbierać rozsypane zakupy.
- Nie mogę pozwolić, by stała ci się krzywda  - wyznał. Wydawał się udręczony i niewiarygodnie sfrustrowany. Stiles nie odważył się powiedzieć Derekowi o incydencie z Lukiem. Wiedział, że to by go zdenerwowało. Na razie Stiles denerwował się za nich obu.
- Wiem, ja też nie chcę, by coś ci się stało, ale bliźniacy sią teraz z nami, a stado Alph zostało rozgromione  - oznajmił. Niespodziewanie Hale chwycił go za ramiona i przyciągnął do siebie.
- A ten nieznany zleceniodawca? Wiem, że tak, jak ja ciągle zastanawiasz się, kim on jest. Nie działaj w pojedynkę, Stiles, jesteśmy watahą, rodziną, trzymamy się razem na dobre i na złe. - Stiles nie wytrzymał i roześmiał się głośno.
- Wiesz, że to zabrzmiało jak przysięga małżeńska. - Derek parsknął.
- Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, dopóki nas śmierć nie rozłączy… - recytował nastolatek.
- Stiles…
- No dobrze już, dobrze, będę ostrożny. Będę zamykał drzwi na klucz.  - Trzymał jedną dłoń na sercu, a drugą w górze do przysięgi. - I nie będę przyjmował słodyczy od obcych. Obiecuję.

*****

Z Derekiem do późna oglądali filmy na laptopie Stilesa. Nic dziwnego, że po pewnym czasie zmorzył ich sen. Nastolatek uderzył  łokciem o podłogę. Głuchy łoskot i ból sprawił, że obudził się i skrzywił. Jęknął. Wzdrygnął się z zimna i przetarł zaspane oczy. W pomieszczeniu panował gęsty mrok. Wziął do ręki leżący na łóżku telefon i popatrzył na wyświetlacz, było czterdzieści minut po północy. Spojrzał na pogrążonego w śnie wilkołaka, który leżał na łóżku nieokryty żadną narzutą. Stiles, kierowany troską o swojego chłopaka, podniósł granatową narzutę z podłogi i szczelnie okrył nią wilkołaka. Następnie jego spojrzenie padło na okno. Tam za szklaną taflą zobaczył małego, czarnego kruka o przenikliwych oczach. Nagle ślepia ptaka zmieniły barwę. Chłopak rozszerzył oczy ze zdumienia, zamknął je, nabrał powietrza do płuc i ponownie otworzył oczy. Zwierzęcia już nie było.
- Zdawało mi się, widocznie jeszcze śpię - przekonywał siebie nastolatek. Podszedł do okna i uchylił je. Wyjrzał na zewnątrz, rozglądając się uważnie dookoła. Poczuł zimny podmuch na twarzy. Na dworze panował mrok, nie było widać żywego ducha. No świetnie, Stiles, masz zwidy, pomyślał, całkowicie załamany. Westchnął i udał się z powrotem do łóżka. Wczołgał się pod pościel. Była śliska w dotyku, ale musiał przyznać, że niezwykle przyjemna. Dodatkowy bonus stanowiło miłe towarzystwo. Pomimo wielu myśli kłębiących mu się w głowie, Stiles bardzo szybko zapadł w sen.

*****

Luke, leżąc w zimnym, pustym łóżku, wciąż nie mógł sobie poradzić z problemem, który go gnębił. Jeszcze kilka godzin temu Stiles był jego, a teraz przypałętał się ten Derek. Blondyn był  tak zdenerwowany, że myślał, że wyskoczy ze skóry. Bo widzisz jesteśmy parą. Słowa, które wypowiedział Stiles, wciąż powtarzały się w jego głowie, doprowadzając go do szewskiej pasji. Aż usiadł na łóżku.  Przeklęty Derek! Jeśli miał czelność dotknąć Stilesa, to…. Znów opadł na poduszkę, w dalszym ciągu zdenerwowany. I dlaczego się tym w ogóle tak przejmuję? Stiles jest przecież tylko mój. Westchnął i przesunął ręką po czole, przymykając oczy. Ten wilkołak omamił go, zaczarował, bo przecież Stiles kocha tylko mnie. Zadowolony, że wszystko już sobie wytłumaczył, przewrócił się na brzuch, próbując zasnąć.

*****

Kiedy się obudził, Derek siedział obok łóżka i go obserwował. Nastolatek otworzył oczy i na twarzy wilkołaka pojawił się seksowny uśmiech, więc Stiles również odpowiedział uśmiechem.
- Dlaczego tam siedzisz? - zapytał. Czuł się winny. - Wracaj tu. Przecież łóżko jest wygodniejsze niż krzesło.- Uniósł głowę i spojrzeli sobie w oczy. Derek usiadł na łóżku, nie spuszczając wzroku ze Stilesa, a nastolatka opuściła odwaga i ogarnęło zawstydzenie. Brunet zmarszczył brwi, widząc zachodzącą w nim zmianę. Następnie odgarnął kołdrę i wśliznął się na posłanie obok Stilesa, by po chwili pocałować go w usta. Stiles czuł bicie swego serca.  Hale przytulił go do siebie. Objął mocno i po prostu trzymał w ramionach, aż do chwili, gdy znów zaczęli się całować. Gdy język wilkołaka zetknął się z jego językiem, fala gorąca ogarnęła całe jego ciało i skupiła się w dolnej partii brzucha, a każda komórka budziła się do życia. Strużka śliny ściekła z otwartych warg młodszego chłopaka. Derek ostrożnie pogładził policzek szatyna szorstkimi dłońmi. Całowali się namiętnie, a Derek przesuwał dłońmi po ciele Stilesa. Mężczyzna czuł, że nastolatek drzy. Przytulił go mocniej i całował gorąco. Stiles pozwolił  wilkołakowi wsunąć język i pogłębić pocałunek. Poczuł, że temperatura mu wzrosła i coś ścisnęło go w podbrzuszu. Oboje tracili panowanie. Stilinski odsunął się nieco od rozgrzanego ciała swojego kochanka. Derek zesztywniał. Odrzuca go?? Mijały sekundy. Po chwili poczuł, że nastolatek odwraca jego twarz do siebie. W ciemnościach spojrzeli sobie w oczy. To nie było odrzucenie. W oczach nastolatka Derek zobaczył miłość i wiedział, że Stiles widzi to samo w jego oczach. Pieścił go delikatnie.
- Jesteś piękny. Doskonały - szepnął mu wprost do ucha. Szatyn potrząsnął głową. To nieprawda. A jednak jego oczy potwierdzały to, co powiedział. Derek patrzył na niego, gdy wsuwał rękę pod koszulkę i przesuwał ją po nagiej skórze. Stiles przymknął oczy, lecz wiedział, że jego kochanek ciągle na niego patrzy. Nie otworzył oczu, gdy zaczął dotykać go ustami. Jęczał tylko z rozkoszy, kiedy język bruneta poruszał się po jego skórze. Derek robił to raz delikatniej, raz mocniej, a Stiles przestawał kontrolować ruchy własnego ciała. Ciepło jego spoconego ciała, zapach, dotyk skóry, niewyobrażalna rozkosz, jaką sprawiał. To było tak naturalne. Dotyk jego twardych mięśni przyspieszył Stilesowi tętno. Umysł nastolatka przyćmiła mgła pożądania i czuł  jedynie, jak dłonie jego kochanka wędrowały po wnętrzu jego ud. Kiedy znalazły się w najbardziej intymnym zakątku, poczuł dziwny, cudowny ucisk i pod zamkniętymi powiekami zamigotały mu światła. Oddychali razem, ich ciała tworzyły jedność, maksymalną rozkosz przeżyli jednocześnie. W ekstazie krzyczeli swoje imiona. Uczucie bycia jednością wypełniało ich serca. Po pewnym czasie Stiles powoli zaczął powracać do rzeczywistości, leżał w ramionach Dereka i słuchał, jak bije mu serce. W jego objęciach czuł się najszczęśliwszy na świecie.

*****

Wszedł do sypialni syna i zamarł w  progu. W łóżku Stilesa spał naturalnie jego syn, lecz nie był sam. Towarzyszył mu bowiem  jakiś mężczyzna. Oboje spali głęboko, przytuleni do siebie ściśle. Oczywiście John domyślał się, że coś się święci po tym, jak syn oświadczył mu, że był u Claudii w odwiedzinach, ale nie przypuszczał, że może spodziewać się czegoś takiego. Ciekawe, jak często wykorzystywali to, że mam nocne dyżury?
- Pobudka! - krzyknął z niemałą satysfakcją w głosie.
Śpiący poderwali się z łóżka, nie mając pojęcia, co się dzieje.
- Co jest? - zapytał ze zdziwieniem Stiles. Spojrzał na osobę stojącą przed nim i ździebko się zarumienił. - Tato? - zapytał zaskoczony, przecierając zaspane oczy. Miał ochotę zapaść się pod ziemię.
- Zejdźcie na dół, tam porozmawiamy - powiedział szeryf. Wykręcił się na pięcie i opuścił pokój, nie obejrzawszy się ani razu.

*****

Mężczyzna o jasnych włosach siedział w fotelu koło kominka. Miał zamknięte oczy, a w ręku trzymał kryształowy kielich wypełniony po brzegi czerwonym winem. Blask płonącego ognia w kominku odbijał się w krysztale, załamując się i tworząc różnobarwne cienie na szklanym naczyniu. Na twarzy mężczyzny nie było żadnej emocji, wydawała się martwa, zastygła, jakby wykuta w marmurze. Pod napiętą skórą były wyraźnie widoczne kości policzkowe. Ta twarzy wzbudzała strach i niepokój wśród jego poddanych. Chłód, który emanował od tej osoby, był wyraźnie wyczuwalny, prawie że namacalny w powietrzu. W blasku ognia z kominka można było dostrzec, jak szczupła klatka piersiowa opada i podnosi się prawie niedostrzegalnie podczas jego spokojnego oddechu. Nagle mężczyzna spiął się i jego oczy otworzyły się raptownie. Przepełnione blaskiem źrenice zapałały gniewem i wyraźnym zaskoczeniem. Przez kilka sekund wpatrywały się w ogień bez ruchu, a następnie przymknął powieki, czując, jak przyjemność rozchodzi się po całym jego ciele. Znał to uczucie, znał je doskonale. Czysta rozkosz, pożądanie, miłość? Tak wiele pozytywnych uczuć. Kielich wysunął się z jego dłoni i z hukiem rozbił się na posadzce. Czerwony płyn rozlał się po podłodze. Luke wiedział, Stiles go zdradził. Zdradził go z tym nic niewartym kundlem. To ten pies go omamił, na pewno, przecież to mnie Stiles kocha, tylko mnie…
- Panie, czy wszystko w porządku? - Mężczyznę dobiegł głos zaniepokojonej służki.
Blondyn otworzył ponownie oczy, które nadal płonęły z niedowierzania. Bez słowa, jakby od niechcenia machnął ręką i naprawiony kielich wypełnił się winem, znajdując ponownie w jego dłoni.
- W porządku - odpowiedział, nie zwracając uwagi na poddaną, a następnie pogrążył się we własnych myślach. Kobieta z ciekawością spojrzała na niego swoimi brunatnymi oczami. Ciche i niepewne pukanie do drzwi wybudziło władcę z zamyślenia. Zmarszczył brwi i jego twarz stała się ponownie bez wyrazu, bez emocji.
- Wejść! - rzucił ostrym i zrazem niechętnym głosem.
Drzwi skrzypnęły. Do komnaty wszedł niski i przygarbiony demon, który drżał na całym ciele.
- Panie, przepraszam, że przeszkadzam, ale… - Zadrżał, jakby miał dreszcze, po czym odchrząknął.
- Czy wszystko już gotowe? - Demoniczny uśmiech pojawił się na jego twarzy i jasnowłosy podniósł kielich do swoich  warg. Przechylił naczynie i chłodne wino napłynęło do jego ust. Przez moment delektował się jego smakiem. Po chwili odsunął kielich, bawiąc się nim i przyglądając się zawartej w nim cieczy.
- Tak, panie. - Ukłonił się i zadrżał z obawą.
- Doskonale  - odparł lodowato, przyglądając się uważnie swojemu słudze. Następnie wstał z fotela i odłożył puchar na blat drewnianego stołu.
- Więc nadszedł czas. Nareszcie - powiedział z satysfakcją. Uśmiechnął się do siebie. Czarna, długa szata powiewała za nim, kiedy zniknął za drzwiami, pozostawiając swoje sługi w swojej komnacie.

*****

Derek objął go ramieniem, zeszli razem schodami na dół. Szeryf siedział za kuchennym stołem i rozmawiał przez telefon. To właśnie w kuchni odbywały się te poważne rozmowy ojca z synem.
- Cieszę się. - Wskazał młodym miejsce po drugiej stronie stołu. Zaśmiał się z czegoś, co powiedziała osoba, z którą rozmawiał. - Daj mi znać, kiedy dowiesz się czegoś więcej. To na razie. - Kiedy John się rozłączył i spojrzał na Stilesa, spoważniał. Przez kilka sekund patrzył na niego w napięciu. Nastolatek poznał  po wyrazie jego oczu, że za chwilę nastąpi rozmowa, której tak się obawiał. W miarę, jak mijał czas, policzki Stilesa coraz bardziej różowiały. Nastolatek szybko odwrócił głowę i spojrzał na swoje ręce. Nie wiedział, co zrobić, jak postąpić.
- Jak ci się spało, synu? - zapytał John. Jego pytanie zaskoczyło obecnych, więc spojrzeli na niego, zdziwieni.
- Ee… Dobrze…? - wystękał w końcu.
- Nie interesuje mnie, jak śpisz, tylko z kim śpisz? - odpowiedział, poirytowany i spojrzał sugestywnie na towarzyszącemu synowi mężczyznę.
- Jednak zadane przez ciebie pytanie wskazywało na tę pierwszą opcję - wykręcił się Stiles, w międzyczasie próbując wymyśleć, co powiedzieć tacie. Tęga mina ojca przekonała Stilesa, że lepiej nie kłamać.
- Tato, poznaj Dereka. Derek jest moim… - Przekrzywił głowę, zmieszany.
- Chłopakiem? - dokończył za syna szeryf.
- Tak - odpowiedział zawstydzony, unosząc głowę ciut wyżej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
merllo
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 215
Punkty : 1
Join date : 11/11/2013
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   13/6/2014, 12:24

Niestety to nie nowy rozdział Sad
Z przykrością muszę poinformować, że nowy rozdział nie pojawi się zbyt szybko. Mój komp padł-> moje pliki odeszły do komputerowego nieba. Postaram się w miarę możliwości szybko naprawić laptopa, by zabrać się do pracy i dokończyć to opowiadanie.
Trzymajcie kciuki Smile
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Mrok sprzed wieków   Today at 22:58

Powrót do góry Go down
 
Mrok sprzed wieków
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Twórczość :: Opowiadania-
Skocz do: