IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 I am not alone.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   10/12/2012, 18:16

Moim muszkieterkom :heart:
Dla Weroniki (Lyn) i Magdaleny (Lucca) za ten cudny komplecik należą się specjalne podziękowania!! Natomiast Lynette powinna wiedzieć dlaczego Wink. Mam nadzieję, że się nie rozczarujesz ;d
A zatem...


ROZDZIAŁ 10
CHEMIA



Siedziałam w swoim pokoju i kończyłam malować paznokcie na krwistoczerwony kolor. Musiałam siedzieć w domu po ostatnich wyczynach, za te wszystkie wagary dostałam szlaban na wychodzenie. Oprócz szkoły, jednakże teraz były ferie, więc musiałam siedzieć bezczynnie w domu. Z westchnieniem przyjrzałam się sobie w lusterku stojącym na moim biurku i uśmiechnęłam się. W wyprostowanych włosach też mi było ładnie i pomyśleć, że dawniej miałam jedno wielkie pobojowisko na głowie, nad którym nigdy nie mogłam zapanować. Tak wiele się zmieniło…

Nagle do pomieszczenia, zupełnie niespodziewanie wpadł Isaac. Spojrzałam na niego zszokowana. On tylko uśmiechnął się wymownie i usiadł na moim łóżku. Tym razem obdarzyłam go krytycznym spojrzeniem, bo nie raczył nawet zamknąć za sobą drzwi.
- Moja mama cię wpuściła? – spytałam naprawdę zdziwiona. Bardziej bym chyba uwierzyła w to, że ją zabił w progu. I nagle na samą myśl zapragnęłam pójść sprawdzić czy wszystko z nią w porządku, bo jak na Isaaca, było to bardzo możliwe.
- Nie oparła się mojemu urokowi osobistemu – przerwał moje rozmyślania chłopak i wyszczerzył do mnie zęby w uśmiechu, na co tylko przewróciłam oczami i przyjrzałam się swoim paznokciom.
- Jesteś mi potrzebna – powiedział spokojnie.
- A to nowość – odparłam opryskliwie. Jedna jego brew uniosła się w górę.
- A więc poprawka: mamy zadanie.
- Co tym razem? – spytałam szczerze zaciekawiona. Zanim łaskawie mi odpowiedział, rozejrzał się po pokoju. Ostatniej nocy, kiedy to mnie przyniósł do domu, jakoś chyba w ciemnościach nie zwrócił większej uwagi na to, co w nim miałam. Jego wzrok spoczął na mojej antyramie nad łóżkiem. Zacisnęłam usta. Znajdowały się w niej stare zdjęcia, takie na których była dawna Erica. Na jednym z nich byłam malutka – miałam może pięć lata, w rączce trzymałam sztuczne ognie, wystawiałam język, na innym miałam czternaście, piętnaście lat, były też zdjęcia ze świąt oraz urodzin, właściwie większość ważnych epizodów w moim życiu. Jedno było z moim dawnym przyjacielem na huśtawkach, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. Trzymałam je poprzez wzgląd na sentyment. Zauważyłam, że Isaacowi lekko podniósł się kącik ust. Odchrząknęłam znacząco, dopiero wtedy chłopak spojrzał na mnie. Rzuciłam mu karcące spojrzenie.
- Idziemy do klubu – odpowiedział mi krótko.
- Lahey… mógłbyś mi wyjaśnić o co chodzi? – spytałam już zażenowana faktem, że trzeba od niego tak wszystko na siłę wyciągać.
- Mamy plan. Musimy dopilnować by Jackson i jego pan pozostali w klubie. Stiles w tym czasie otoczy cały klub magicznym pyłkiem. Wtedy Scott wstrzyknie Jacksonowi ketaminę a to go sparaliżuje. Później zajmą się nim Scott i Derek. My będziemy odwracać uwagę Jacksona od zabijania i tak oto ułatwimy zadanie McCallowi. Nic prostszego, nie? – Głos Isaaca był przesiąknięty sarkazmem, na co już na samym początku uniosłam zdumiona jedną brew ku górze. Chłopak chyba nie wierzył w powodzenie tego planu.
- Powiedzmy – odparłam cicho i odwróciłam wzrok. Na samo wspomnienie pazurów Whittemor’a przeszedł mnie dreszcz.
- Nadal się boisz? – zgadnął Isaac i to wcale nie złośliwie. Zacisnęłam zęby i pokręciłam przecząco głową.
- Niczego się nie boję – odparłam dumnie i uniosłam wysoko głowę. Choć w głębi nie byłam siebie aż taka pewna.




Isaac kulturalnie wyszedł drzwiami, za to ja musiałam wymknąć się znów oknem. Obawiałam się trochę tego, że rodzice sprawdzą przed snem moją sypialnie, ale nic nie mogłam zrobić. W końcu miałam zadanie.

- Mam ci oddać za wejściówkę? – spytałam, gdy wchodziliśmy już do klubu, w którym głośno rozbrzmiewała muzyka techno.
- Nie kupiłem ich – odpowiedział mi Lahey. Pokiwałam z zażenowaniem głową, w sumie tego mogłam się po nim spodziewać. Widząc moją wymowną minę, wzruszył tylko ramionami i wszedł do środka, odsłaniając sobie kotarę. Podążyłam za jego śladem. Naszym oczom ukazała się olbrzymia sala, na której wszyscy tańczyli. Do głowy przyszła mi śmieszna myśl, gdybym miała epilepsje nie mogłabym się tu znajdować, ponieważ światła, które migały na wszystkie strony były zbyt jaskrawe. Ale już nie miałam i w sumie niepotrzebnie nawet do tego wracałam.
- Widzisz gdzieś McCalla albo Dereka? Ewentualnie Jacksona? – usłyszałam tuż przy uchu głos Isaaca, który musiał się ku mnie znacznie pochylić. Rozejrzałam się uważnie, ale nigdzie go nie widziałam. Pokręciłam przecząco głową. Szukałam wzrokiem kogoś znajomego, ale dostrzegłam jedynie Allison, która niespodziewanie pojawiła się kilka metrów przede mną. Była razem z Mattem. Zdziwiłam się i ruchem głowy wskazałam ją Isaacowi, ale ten tylko pokręcił przecząco głową.
- Chodź! – zawołał i zaczął przedzierać się przez tłumy ludzi. Idąc za nim, rozglądałam się z uwagą na wszystkie strony.

W jednej chwili dostrzegliśmy i McCalla, i Jacksona. Scott rozmawiał z Argent a Jackson po prostu stał w jednym miejscu. Nie widziałam na co patrzył. Pośpiesznie chwyciłam Isaaca za rękę, tym samym go zatrzymując. Odwrócił się do mnie z zapytaniem w oczach.
- Zatrzymam Jacksona a ty pogadaj z McCallem! – zawołałam a on pokiwał potakująco głową. Rozdzieliliśmy się. Przyznam, że trochę się bałam. Jednak dzielnie podeszłam do Jacksona i zaczęłam koło niego tańczyć. A wreszcie z nim. Zabawiałam go przez chwilę, ale ciężko było mi go samej zatrzymać. Whittemore miał jeden cel, nieuchronnie zbliżał się do bramki za którą znajdował się DJ.

W oddali zobaczyłam Isaaca, który w ręce trzymał strzykawkę. Najwyraźniej plany się zmieniły. Widząc jak blisko Jacksona jestem, przyśpieszył. Wtedy odważnie chwyciłam Jacksona za szyje i przyciągnęłam go nieco do siebie. Wydawał się zdezorientowany, choć jego oczy wyrażały tylko pustkę. Widziałam w nich pustą, ciemną otchłań, która jakby przenikała do jego duszy. Nie mogłam jednak okazać strachu. Musnęłam wargami jego usta tym samym zwracając na siebie jego uwagę. Poczułam na plecach palce Isaaca, co dodało mi odrobinę poczucia bezpieczeństwa. Drugą ręką sięgnęłam za siebie i przyciągnęłam Laheya, tak, że we trójkę znajdowaliśmy się naprawdę blisko. Lekko odchyliłam głowę i zobaczyłam, że Isaac uśmiecha się do mnie zachęcająco. Ustami dotknęłam szyi Jacksona a on odwdzięczył się mi tym samym. Pozwalałam mu się całować po szyi, choć przed oczami miałam tylko postać tej obrzydliwej kanemy. Cały czas przytrzymywałam Jacksona i patrzyłam na niego z uśmiechem. Isaac opierał policzek o moją głowę, ale ja starałam się na niego nawet nie zerkać, po to by utrzymać przez cały czas kontakt wzrokowy z Whittemorem. Wystarczyła mi ta świadomość, że jest tuż obok mnie. Dłonie Jacksona błądziły po moim ciele na tyle, na ile pozwoliła mu osoba Isaaca za mną. Przez cały czas okręcaliśmy się w kółko. Brunet wziął rękę z moich pleców i sięgnął nią do kieszeni, wyjął z niej strzykawkę. W ułamku sekundy rzuciliśmy sobie porozumiewawcze spojrzenie i nagle Isaac, i Jackson mierzyli się groźnymi spojrzeniami. Ale zanim Lahey wbił Wittemorowi igłę, Jackson wbił mu w ramie pazury a następnie mi. Na szczęście niezbyt głęboko.
- Ona należy do mnie – warknął. O czym on do cholery mówił? Chyba obaj nie mieliśmy pojęcia.
Osuwając się na ziemię, poczułam jak Isaac mnie przytrzymuje. Praktycznie dzięki temu spadłam na niego.
- Wbij pazury – jęknął ledwo słyszalnie.
- Po co?
- Musi dojść do samo leczenia, wtedy jad wyjdzie szybciej – przypomniał mi Isaac. Naostrzyłam pazury i wbiłam mu się w brzuch. Sam też skaleczył się w nogę. Po krótkiej chwili delikatnie zepchnął mnie z siebie, przy czym lekko wbił mi pazur w ramię. W kończynach najszybciej odzyskał czucie, dlatego pośpiesznie zaczął wlec się po podłodze, zabierając po drodze strzykawkę. Leżałam sobie i powoli odzyskiwałam czucie, patrząc jak Isaac zmaga się z przebyciem drogi czołgając się. W końcu udało mu się wstać i wbić igłę do żyły na szyi Jacksona. Przytrzymał go i zaczął wlec do jakiegoś pomieszczenia. Z ulgą stwierdziłam, że mogę wstać. Zerwałam się na równe nogi i dogoniłam bruneta. Uwielbiałam kluby, nikt nigdy nie zwracał uwagi na to, że leżysz na podłodze niemal bez ruchu, a co tam, najwyraźniej taką miałeś właśnie ochotę, nic ci nie grozi. Phi.
- W porządku? – spytał Isaac. Przytaknęłam i weszłam za nim do pomieszczenia zabitego blachą w którym znajdowało się krzesło. Lahey rzucił na nie Jacksona.

Przez chwilę patrzyliśmy to na siebie, to na niego. Nagle zaczęły otwierać się drzwi. Odruchowo skoczyłam do ataku. W drzwiach stał Stiles podnosząc ręce w geście obronnym.
- Och, nie, nie! To tylko ja! – wszedł do środka i zamknął drzwi. – Nie świruj.

Byliśmy nieco podenerwowani, przynajmniej ja. Bynajmniej obecność Stilinskiego nie działała na mnie kojąco.
- Czy wszystko z nim w porządku? – spytał. Przełknęłam ślinę i stanęłam tuż obok niego. Isaac natomiast podszedł do Jacksona.
- Przekonajmy się – powiedział i już chciał się zamachnąć na niego pazurami, gdy nagle chłopak siedzący na krześle chwycił go za ręką i mu ją wykręcił. Lahey skulił się z bólu.
- Isaac! – jęknęłam bezradnie. Nie byłam w stanie się poruszyć. Szatyn dyszał ciężko, ale zdołał się wyrwać kanemie. Cofnął się do nas i usiadł na jakiejś skrzyni. Przerażona patrzyłam na Jacksona.
- Nikt już nie robi podobnych rzeczy, jasne? – zakomenderował Stiles a ja automatycznie pokiwałam głową nie odrywając oczu od Whittemorea.
- Myślałem, że ketamina miała go uśpić – wymamrotał z trudem Isaac. Spojrzałam na niego, drugą ręką ściskał tą bolącą go dłoń i nadal dyszał z bólu.
- Widocznie tyle dało się zrobić – odparł Stiles. – Miejmy nadzieje, że ktokolwiek go kontroluje pokaże się nam dzisiaj.

Z powrotem zwróciłam wzrok na Jackosna, który nagle i niespodziewanie otworzyły oczy. Drgnęłam lekko, przy czym szturchnęłam Stilesa.
- Jestem tu z wami – odezwał się grubym głosem Jackson. Zupełnie jakby ktoś inny przez niego przemawiał. Odruchowo przysunęłam się jeszcze bardziej do Stilinskiego, ale on nie zważając na mnie podszedł do kanemy.
- Jackson czy to ty? – spytał.
- My wszyscy – odpowiedział mu. Stiles spojrzał na nas jakby szukał wyjaśnienia. Zaraz jednak zwrócił się z powrotem w stronę Jacksona.
- Czy to ty zabijasz ludzi?
- My zabijamy morderców.
- Więc ludzie, których do tej pory zabiłeś…
- …zasłużyli na to – dokończył za niego blondyn. Aż mnie zmroziło.
- Mamy taką ciekawą książkę, w której jest napisane, że zabijasz morderców. Wszyscy, których zabiłeś byli mordercami?
- Wszyscy – potwierdził Jackson.
- A kogo zamordowali?
- Mnie. – Znów mnie zmroziło. Mimowolnie zadrżałam.
- Czekaj… Że co?
- Zamordowali mnie – warknął Jackson a ja już naprawdę się przestraszyłam. Zresztą nie tylko ja. Isaac zerwał się gwałtownie i stanął tuż obok mnie. Wtedy oczy Jacksona stały się żółte i takie… gadzie, a on sam zaczął się trząść i przemieniać. Wbijałam palce w drzwi, gotowa w każdej chwili je otworzyć.
- Ok… Więcej ketaminy – zażądał Stiles. Isaac wyjął fiolkę i spojrzał na nią z rozpaczą.
- Nie mamy więcej.
- Zużyłeś całą fiolkę?!
- Chłopcy… - jęknęłam i dotknęłam ramienia Stilesa. Jackson wstał i to wcale nie wyglądało za dobrze, bo zawył i zaczął się okręcać wokół własnej osi i to każdą częścią ciała. Patrzyliśmy na to przerażeni.
- Ok. Wychodzimy! – zawołał Stiles i popchnął mnie w kierunku drzwi. Wypadliśmy z nich jak huragan. Staliśmy pod nimi, przytrzymując je. Jednak… kanema okazała się sprytniejsza. Przebiła się przez ścianę i uciekła.




Ten dzień był jedną wielką katastrofą. Cały nasz plan nie wypalił, pan i kanema uciekli a Scotta chciała zabić matka Allison (nic dziwnego, to w końcu musiało się zdarzyć!) i gdyby nie Derek byłoby z nim naprawdę źle. Derek zaniósł go do weterynarza, który na pewno wiedział jak mu pomóc. Wracając sądziłam, że już gorzej być nie może. Jednak nie doceniłam swoich rodziców. Okno w moim pokoju było zamknięte, więc musiałam wejść drzwiami.
- Gdzie ty byłaś?! – usłyszałam krzyk matki, gdy tylko przekroczyłam próg.

Westchnęłam, miałam wszystkiego dość a tu jeszcze czekała mnie kłótnia z rodzicami i pewnie jakieś kazanie. Kobieta o blond włosach wpatrywała się we mnie z niemałą złością. Położyła ręce na biodrach i czekała na jakieś słowa wyjaśnienia.
- Przepraszam, ja… Miałam pewną sprawę do załatwienia.
- To ten chłopak, prawda? Wiedziałam, że coś z nim jest nie tak! To przez niego taka jesteś! – rzuciła oskarżycielsko matka. Przez chwilę nie rozumiałam o kim ona mówi. Zmarszczyłam brwi, ale potem mnie olśniło.
- Co? Nie! To nie o Isaaca tu chodzi. – Miałam ochotę się zaśmiać na samą myśl, ale sytuacja była zbyt poważna.
- Pytam gdzie byłaś?
- Mówię, że…

Nie zdążyłam dokończyć, mama wymierzyła mi mocny policzek. Właściwie wcale go nie poczułam fizycznie a psychicznie. Chwyciłam się za policzek i patrzyłam na nią z bólem w oczach. Własna matka mnie uderzyła, ta, która od zawsze tuliła mnie, gdy coś było nie tak. Ta, która nigdy nie dałaby mnie skrzywdzić. Z kuchni dobiegło mnie wołanie ojca.
- Marie! – zwrócił się karcąco do mamy i zaraz stał tuż obok nas. Ale ona nie słuchała, wpadła w histerię i zaczęła krzyczeć.
- Co się z tobą dzieje, dziecko? Co myśmy ci takiego zrobili, że stałaś się taka? Spójrz na siebie! Zmieniłaś się… – Kobieta zaczęła żywo gestykulować, kolejno wskazując na to co miałam na sobie. – Wyglądasz jak tania dziwka, Erica!
- Mamo… - szepnęłam nie mogąc w to uwierzyć, ale ona nie zważała już na słowa.
- Gdzie się podziała moja mała córeczka?! Zachowujesz się jak szmata! I dlaczego? Dla tego chłopaka? Dla bycia lubianą? Tak nie znajdziesz przyjaciół jeśli o to ci chodzi… Ty nigdy nie…
- Wystarczy! – uciął stanowczo tata. – Erica, idź do swojego pokoju.

Miałam łzy w oczach. Z premedytacją trzasnęłam drzwiami i rzuciłam się na łóżko.
- To nie tak miało być – szepnęłam żałośnie. Zaraz jednak wstałam i powstrzymując płacz przebrałam się w czarne, wąskie spodnie, fioletowy top i czarną, skórzaną kurtkę. Nie zadawałam sobie nawet trudu i nie wychodziłam oknem. Przeszłam przez cały dom i wybiegłam z niego nie odwracając się ani razu. Nawet nie zamknęłam za sobą drzwi wyjściowych.

Biegłam przez las z prędkością światła. W końcu się zatrzymałam. Wokół panowała ciemność, która chłonęła całkowicie las. Warknęłam. Byłam wściekła, emocje prawie rozsadzały mi mózg. Jednocześnie miałam ogromną ochotę nadal płakać. Zawyłam a zaraz po tym bezwładnie opadłam na miękkie liście i spróbowałam opanować złość. Udało mi się, wściekłość została zastąpiona przez bezradność i dziką rozpacz. Dlaczego to wszystko musiało być takie skomplikowane? Oparłam się o gruby pień drzewa i przymknęłam oczy spod których popłynęły łzy. Powoli miałam tego wszystkiego dość i czasami, ale tylko czasami żałowałam, że jestem wilkołakiem. W tej chwili nie chciałam nim być, powtórnie wolałabym być normalną nastolatką z epilepsją. TAK! Zniosłabym nawet ciągłe ataki padaczki.

- Erica? – usłyszałam cichy głos tuż zza drzew. Uniosłam zapłakane oczy i ujrzałam Isaaca, który wpatrywał się we mnie z niepokojem. Nadal miał na sobie tą bluzkę, w którą był ubrany na dyskotece. Zaszlochałam i spuściłam wzrok. Prawdopodobnie byłam cała umazana tuszem.
- Zostaw mnie, Lahey – jęknęłam żałośnie. Chłopak wyraźnie chwilę się wahał po czym przykucnął koło mnie.
- Co się stało? – spytał z westchnieniem.
- Powiedziałam: zostaw mnie! – warknęłam, zaciskając mocno powieki i usta. Nieustannie płakałam, byłam tak osłabiona psychicznie, że nawet nie byłam w stanie zapanować nad tymi niechcianymi łzami.
- A ja pytam co ci jest? – upierał się przy swoim chłopak.

Przez chwile nie odpowiadałam. Otworzyłam oczy i spotkałam się spojrzeniem z jego zielonymi tęczówkami, dostrzegłam w nich coś więcej. Jego oczy wyrażały cierpienie, którego kiedyś doznał. Wtedy dotarło do mnie, że Isaac jest chyba jedyną osobą, która jest w stanie mnie zrozumieć. Moje wszystkie wątpliwości i wahania. Ojciec go bił, dla niego Isaac nigdy nie był wystarczająco dobry. Zobaczyłam w jego oczach coś jeszcze – cień zrozumienia. To mnie przekonało.
- Mój dom… Nie jest w nim tak jak kiedyś – powiedziałam cicho i spojrzałam na swoje dłonie. Na palcu serdecznym nosiłam złoty, pięknie rzeźbiony pierścionek, który dostałam na urodziny od rodziców. Zaczęłam się nim bawić, przesuwając go o kilka milimetrów w górę i w dół. Lahey pokiwał potakująco głową i usiadł na ziemi obok mnie tak, że stykaliśmy się ramionami. Nie patrzył na mnie, zapatrzył się daleko w przestrzeń przed siebie. Chłopak umiał słuchać, choć zawsze wydawało mi się, że jest wręcz przeciwnie.
- Nie dogaduje się z nikim – zdobyłam się na kolejne wyznanie, wzdychając. - Moi rodzice wypytują mnie gdzie tak ciągle znikam, z kim przebywam, czemu opuszczam szkołę, dlaczego czasem w nocy zastają moje łóżko puste… A ja… Ja nie mam pojęcia jak im powiedzieć, że tak już zawsze będzie, nie wiem jak im wytłumaczyć to wszystko. Myślą, że się buntuję, że znikam tak, bo się wymykam do chłopców, na imprezy, sprawdzają mnie przez to jeszcze częściej. Wymyślam coraz to nowe wymówki, ale nie daję już rady. Nie rozumieją też tego, że nie mam już ataków epilepsji ani tego, że nie muszę brać lekarstw, ani chodzić do lekarza na badania. – Słowa sypały się jak lawina, dawało mi to upust i zarazem przynosiło ogromną ulgę. – Isaac, nie pociągnę tak dłużej.
- Mogło być gorzej, Erica – powiedział chłopak i po raz pierwszy od dłuższego czasu na mnie spojrzał. Uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco, ze współczuciem, ale przede wszystkim tym uśmiechem chciał mi dodać otuchy.
- To nie wszystko – odparłam kręcąc głową. Na samą myśl, ponownie polały mi się gorzkie łzy, które szybko wytarłam wierzchem dłoni. – Nie akceptują mnie takiej. Nie podoba im się to jak wyglądam ani mój nowy styl bycia.
- Co ty mówisz? Wyglądasz świetnie – zapewnił mnie ciepło brunet, ale ja pokręciłam z zaprzeczeniem głową.
- Matka powiedziała mi dziś, że wyglądam jak tania dziwka i, że zaczęłam zachowywać się jak szmata.

Wyrzuciłam z siebie to wszystko. Zapadła cisza, podczas której Isaac odszukał wśród liści moją dłoń. Uścisnął ją i nie wypuszczał ani na chwilę. Pod wpływem jego dotyku powoli zaczynałam się odprężać i uspokajać choć w głowie nadal słyszałam słowa mamy pełne oskarżycielskiego tonu: zmieniłaś się. Niemniej jednak zdziwiło mnie to jak ciepło wobec mnie zareagował.
- Na pewno powiedziała to w gniewie – szepnął. Usprawiedliwił moją matkę, nie wiedzieć czemu. Sądziłam, że kto jak kto, ale Isaac będzie raczej po mojej stronie, nie będzie szukał zrozumienia reakcji rodziców. Myślałam, że będzie mnie tylko prowokował do walki z nimi. Tym bardziej, że… owszem, pokłóciłyśmy się, ale to wcale nie dawało jej prawa, by mnie tak nazywać. Nawet jeśli mój wygląd dawał im do myślenia, nie miała prawa… Nikt nie miał żadnych praw, by mnie osądzać. Powiedziałam mu to, a on przyznał mi rację.
- Ale i tak uważam, że powinnaś raz jeszcze porozmawiać z rodzicami. Spróbować im choć trochę wyjaśnić.
- Wyjaśnić?! I co im powiem? „Mamo, tato, wasza córeczka jest wilkołakiem i stąd te wszystkie zmiany”? Proszę cię, Lahey! – warknęłam nieprzyjemnie i odwróciłam wzrok. Dość już miałam łez, szczególnie przy tym chłopaku. Zupełnie niespodziewanie zezłościło mnie to, że przy nim płaczę. Pokręciłam przecząco głową a moje gęste i falowane blond włosy zatrzepotały. Wyswobodziłam dłoń z jego uścisku i poprawiłam nią opadające mi na twarz kosmyki.
- A może gdybyś im powiedziała zrozumieliby? – spytał niepewnie Isaac. Wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Przestań – ucięłam krótko. Nie chciałam już dłużej brnąć w ten temat, dlatego dodałam jeszcze. – Nie wracam tam.
- Więc gdzie pójdziesz?
- Zostanę tutaj. Pobiegam – odparłam pierwsze co mi ślina na język przyniosła, powiedziałam to nieco ze zwątpieniem. Prawdą było, że wymyśliłam to na poczekaniu. Nie wiedziałam jeszcze do końca co będę robić i gdzie się udam. Nie planowałam tego, właściwie to przecież nie planowałam niczego.
- Erica. – Wypowiedział moje imię z jakąś przestrogą, jakby miał zamiar mnie pouczyć. Skojarzyło mi się to z zachowaniem starszego brata. Wstał i podał mi rękę, która ufnie pochwyciłam.
- Przenocujesz u mnie – powiedział zwyczajnie, ze wzruszeniem ramion. Pomógł mi wstać. Zmierzyłam się z nim a on jednym zgrabnym ruchem wytarł z policzków moje łzy. – I nie rycz już.
- Poważnie? Mam spać u ciebie? – upewniłam się. Zastanowiło mnie czy Isaac nocuje w swoim starym domu czy nadal w kryjówce Dereka.
- A wolisz ze mną? – spytał zadziornie z kpiącym uśmieszkiem. Ujrzałam w jego oku szaleńczy błysk.
- Lahey! – skarciłam go, ale w duchu sama się uśmiechnęłam.

Chłopak wybuchnął śmiechem. Po chwili schylił się i oparł czoło o moje czoło, poczułam się nieco speszona. Nie mogłam zrozumieć całej tej popapranej sytuacji i tego co się działo między nami. To było… jakieś inne niż do tej pory. Być może ta dyskoteka nas do siebie zbliżyła, ale mimo wszystko… Tamto to było zupełnie co innego. On odpowiedział mi bardzo cicho:
- A od czego ma się przyjaciół, Erica? Musimy o siebie nawzajem dbać.
- Dziękuję ci – szepnęłam i zrobiłam coś, czego na pewno nie robią przyjaciele. Stanęłam na palcach i pocałowałam Isaaca w usta. W zasadzie to był niewinny, dziękczynny buziak. Gdy szybko oderwałam się od chłopaka, spojrzałam na niego z przestrachem. Przestraszyłam się, bo zupełnie nie miałam pojęcia jak zareaguje. On najpierw spoglądał na mnie z niemałym zaskoczeniem a potem powoli ujął moją twarz w swoje dłonie i pocałował mnie jeszcze raz. Znaczniej intensywniej, ale też bardzo delikatnie jakbym była jakąś kruchą ptaszyną. Gdy się nie opierałam, pogłębiał pocałunek, całował mnie coraz namiętniej tak, że czułam się niezwykle. Wplotłam dłonie w jego ciemne loczki i coraz chciwiej pragnęłam jego ust. Jego dłonie zjechały na moje biodra i lekko mnie przytrzymywały. Oparł mnie o gruby pień i zaczął całować moją szyję swoimi rozgrzanymi wargami. Przymknęłam oczy z rozkoszy, był tak niesamowicie blisko, że aż czułam całe jego ciepło. Wspaniałe i kojące ciepło płynące z serca wilkołaka. Choć prawie odlatywałam to odzyskując resztki rozsądku, łagodnie go odepchnęłam. Przytrzymałam ręce na jego torsie i przełknęłam ślinę.
- Stop – szepnęłam niechętnie. Posłusznie przestał i odsunął się na zaledwie krok. Spojrzał na mnie miną zbitego szczeniaczka. Aż żal było mi na to patrzeć.
- Przyjaciele tak nie… - urwałam. Doszło do mnie, że to była moja wina. To ja zaczęłam. On od samego początku chciał mi tylko pomóc. A ten pocałunek… Po prostu dał się ponieść emocjom. Patrząc mu prosto w oczy wyjąkałam ciche „przepraszam”. Isaac spojrzał na moje usta i przejechał językiem po wargach jakby szukając na nich resztek mojego smaku. Nadal znajdowaliśmy się niebezpiecznie blisko siebie i każde z nas mogło w każdej chwili przekroczyć ponownie granicę. Przyglądałam mu się uważnie, czekając na jego reakcję.
- Nie no, nie ma sprawy. Chwila zapomnienia. Chyba wykorzystałem twoje załamanie… - odparł po chwili dłuższej i nieco krępującej ciszy. Podrapał się z zakłopotaniem po głowie i odwrócił wzrok. A nawet odsunął się o kilka kroków w tył.
- To moja wina – wtrąciłam pośpiesznie, rzucając mu przepraszające spojrzenie.
- Dawno nie byłem z nikim tak blisko. Podziałało jak magnes – wytłumaczył gorzko i z zażenowaniem chłopak, tak jakby nie słyszał moich słów.

Przez chwilę zastanawiałam się czy nie podziękować mu za nocleg i w zasadzie byłam nawet skłonna wrócić do domu, do rodziców. Zniosłabym to, byleby tylko nie musieć spędzić tej niepewnej nocy z Isaacem. Poczułam wyrzuty sumienia. Z bólem w sercu i smutkiem w oczach patrzyłam na Isaaca, który wcale nie wydawał się być na mnie zły. Jedynie zasmucony.
- Wybaczcie gołąbeczki, że wam przerywam – usłyszeliśmy czyjś głos. Drgnęłam i odruchowo przysunęłam się do chłopaka. Na górce naprzeciwko nas dostrzegłam pewnego nieznanego mi chłopaka. Wpatrywał się w nas z kpiącym uśmieszkiem. Łowca, przemknęło mi przez myśl.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynette
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 768
Punkty : 0
Join date : 12/05/2012
Age : 20

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Allison Argent
Wiek: 17
Rasa: Łowca

PisanieTemat: Re: I am not alone.   11/12/2012, 21:14

O matulu! Surprised
Jestem w szoku! To znaczy, wiedziałam, że skoro Erica była sama w lesie, to ktoś musiał ją pocieszyć, ale końcówka... aż mi ciśnienie podskoczyło. Czemu to przerwała? To było przecież takie piękne... nie rozumiem jej motywów.
Bardzo dobrze czytało mi się przy piosenkach Cary Brothers - Loneliest Girl in The World i If You Were Here.
Jestem pod wrażeniem. Naprawdę. W fascynujący sposób przekazałaś emocje, wciągnęłam się i zaczęłam żałować, że skończyło się takim zwrotem akcji.
Cud, miód i orzeszki
A i oczywiście; coś czułam, że wybuchnie konflikt między rodzicami a Ericką. Ostre słowa... współczuję bohaterce. :/
Ja chcę jeszcze!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgan
Betha
Betha


Liczba postów : 951
Punkty : 24
Join date : 25/06/2012
Age : 19

PisanieTemat: Re: I am not alone.   12/12/2012, 14:34

To tak na początek muszę coś naprostować. Nigdy tu nie komentowała ,ale czytałam to. I czuję się trochę głupio. Zawsze komentowałaś moją "grafikę" ,a ja nigdy nie pokusiłam się ,żeby skomentować twoje opowiadanie . Przeepraaszam!
A co do opowiadania . No kocham cię za te twoje długie rozdziały :heart:
Podoba mi się to ,że opierasz się na serialu , dzięki temu w pewnym sensie można poznać uczucia Eric'i. Przyznam szczerze dziwnie czytało mi się gdy opisywałaś Isaaca jako debila i świnie ,ale na tym polega fanowska twórczość. Rozdział o pijanym Isaacu - booski Very Happy
Cytat :
Pijany Isaac to gadatliwy Isaac i to bardzo fajny.
:heart: Kiedyś użyje tego w napisie do swojej sygnaturki ..Pozwolisz ? Nooo kocham ten tekst <3 Podoba mi się to ,że w tamtym rozdziale opisałaś ich jako takich dobrych przyjaciół , to lubię ,ale jako para to oni mi nie pasują ;c
Dziękuje za dedykacje ,obiecuje będę komentować. :heart:

______________________



~ ♥ Stydia ♥ ~





But down to earth
 If you choose to walk away, don’t walk away

 _________________________
team Stiles,Parrish and Peter!
By me

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://see-rome-and-die.tumblr.com/
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   12/12/2012, 19:15

Nie chcę za dużo zdradzać, ale... Coś wam odpowiedzieć muszę. xD
Zatem... Weroniko (preferujesz jakieś skróty? Twoje pełne imię brzmi w moim tonie strasznie oficjalnie), motywy Ericii są strasznie oklepane: chcę być przyjaciółką Isaaca, bo durzy się w Stilesie xd Wiem, wiem. Banał, ale mam co do nich pewien plan ]:-> Cieszę się, że Ci się podobało. Cóż, oklepane romansidła chyba wychodzą mi najlepiej. Very Happy Ale to przecież banalne. + Piosenki przy których czytałaś, są świetne Smile Dzięki za polecanie btw. Wink
I Magdo, nie przepraszaj, fajnie, że czytałaś i byłaś moją "cichą czytelniczką" Very Happy:D I tak się cieszę i dziękuję za komentarz Wink Dedyk zasłużony jak najbardziej, bo opracowujesz "mój wygląd" xd. Isaac niestety na początku nie był taki super, a nie chciałam go od razu tak na kolorowo przedstawiać, więc... wiesz, ale debilem go chyba nie zrobiłam ;o, w każdym bądź razie nie chciałam Razz.
Co do mojego tekstu... Będę zaszczycona jeśli mnie zacytujesz kiedykolwiek! Very Happy Chyba umrę ze szczęścia a potem będę skakać z radości albo raczej w odwrotnej kolejności xd. To zdanie jest tak średnio składniowe (jak tak teraz patrzę), ale cóż... ;D Co do Isaac+Erica=duet, to raczej się nie zawiedziesz Wink

Ale nic więcej nie zradzę Very Happy Musicie chyba śledzić :p
I dziękuję wam za te miłe opinie! Smile Tym bardziej, że z tego rozdziału byłam najbardziej zadowolona, ale też trochę obawiałam się reakcji xd
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Miss_Lena
Stały Bywalec
Stały Bywalec


Liczba postów : 89
Punkty : 15
Join date : 28/10/2012
Age : 19

PisanieTemat: Re: I am not alone.   14/12/2012, 21:37

Ach, ten Lahey. Taki nachalny! Very Happy Aczkolwiek przez chwilę zazdrościłam Ericę tych emocji ]:->. Ale skoro mówisz, że masz jakiś plan co do Stilesa i Ericii, to pewnie go masz, więc nic tylko zostaje mi czekać na rozwój sytuacji! Gdyż nie widzę jej z Isaacem. A przy końcówce spodziewałabym się raczej Dereka niż łowcy... xd
Pozdrawiam
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   16/12/2012, 04:49

Dotrzymując towarzystwa Lyn, stweirdziłam, że dodam rozdział teraz. Casper z wyglądu przypomina Alex Pettyfer'a, przynajmniej tak sobie go wyobrażam.
Miłego czytania xd


music
Rozdział 11

Casper



Zrównałam się z Isaacem i wpatrywałam się w nieznajomego z niepokojem. Nie widziałam, by miał kuszę czy też inne narzędzie, którym chciałby nas skrzywdzić. Jednak, gdy z szybkością niegodną człowieka podbiegł ku nam i stanął z Isaacem twarzą w twarz, w świetle księżyca dostrzegliśmy, że również był wilkołakiem. Wzdrygnęłam się. Głupia, skarciłam się w myślach, oczywiście, że bywali inni.

Wyszczerzył do nas swoje ostre zęby i popchnął z całej siły Isaaca, który natychmiast po wylądowaniu na ziemi przemienił się. Również i ja ujawniłam się w swojej wilkołaczej postaci i ryknęłam w stronę nowoprzybyłego złowrogo. Lahey szybko odparł atak nieznajomego. Jednakże ten go ponownie zaatakował z o wiele większą siłą. Rzuciłam się na niego, skacząc mu na plecy a wtedy on mnie zepchnął i przewrócił. Wylądował na mnie. Przez chwilę wydawało mi się, że kogoś mi przypomina, jednak odsunęłam te myśli. Warknęłam na niego i odepchnęłam go nogami. Przeleciał o kilka stóp i uderzył w drzewo. Wtedy podszedł do niego Isaac i już się zamachnął na niego ręką, gdy nagle zatrzymałam go. Coś we mnie ponownie drgnęło i tym razem nie dawało mi spokoju. Jakieś wspomnienie.
- Zaczekaj!

Spojrzałam na odmienionego chłopaka. Te lekko kręcone blond włosy, orzechowe oczy i te przystojne rysy twarzy wydawały się mi skądś znajome. Zmrużyłam oczy i zastanowiłam się przez chwilę. Przecież to nie mógł być…
- Casper? – spytałam niepewnie podchodząc do chłopców. Blondyn również na mnie spojrzał. Jego twarde spojrzenie natychmiast złagodniało, uśmiechnął się do mnie.
- Tak. Casper Looney. Znamy się, piękna nieznajoma? – Isaac posłał mu groźne spojrzenie, które chłopak tylko zignorował i nadal patrzył na mnie trochę zaskoczony.
- To ja, Erica – powiedziałam kucając przy nim z szerokim uśmiechem. Miałam nadzieję, że mnie rozpozna. Przez chwilę wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem a po chwili z ogromnym niedowierzeniem.
- Reyes? – upewnił się chłopak, na co pokiwałam potakująco głową. Wytrzeszczył na mnie oczy i odwzajemnił mój uśmiech. – Nie wierzę! Ale ty wyładniałaś! Nie jesteś już chora?

Lahey prychnął, ale odsunął się od nas o krok. Spojrzał na Caspra niemalże karcąco.
- Jest wilkołakiem, jakbyś nie zauważył – mruknął do niego i przewrócił oczyma. Casper jednak niezbyt go słuchał, wziął mnie w ramiona mocno przytulając. Odwzajemniłam jego uścisk i odsunęłam się od niego z szerokim uśmiechem, który nadal gościł na mojej twarzy.
- Co ty tutaj robisz? Myślałam, że jesteś z rodzicami we Francji.
- Bo byłem – odpowiedział mi nieco ponuro chłopak i spuścił wzrok. Zasmucił się. Zmarszczyłam brwi.
- Co się wydarzyło? – zapytałam z niepokojem. Casper ciężko westchnął i wstał, również to uczyniłam. Isaac natychmiast, cały czas podejrzliwy wobec Caspra, zbliżył się do mnie, ale nie zwróciłam na niego większej uwagi. Wpatrywałam się tylko w smutne oczy blondyna, położyłam mu rękę na ramieniu. Czułam, że coś było nie tak i koniecznie chciałam się dowiedzieć co.
- Moi rodzice nie żyją – na te słowa wytrzeszczyłam oczy i otworzyłam buzię. Nie wydusiłam jednak z siebie żadnego słowa. Nie mogłam w to uwierzyć. - Mieli „wypadek samochodowy” – zakreślił w powietrzu niewidzialne cudzysłowie - właściwie to zatrzymali się tuż przed wilkołakiem, który ich rozszarpał a później mnie przemienił. Chyba uważał to za zadośćuczynienie i… dar.
- O mój Boże, tak mi…
- Twój Alfa też tu jest? – przerwał mi ostro Isaac. Zmarszczył brwi i patrzył na Caspra wyzywająco. Posłałam mu ostre spojrzenie, zastanawiając się czemu Lahey czasem kompletnie nie wykazuje taktu, ale niczym niezrażony Casper odparł:
- Nie. Zostawiłem go. Jestem teraz Omegą.

Tym razem zerknęłam na Isaaca już bez niechęci. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia.
- Tutaj nie jesteś bezpieczny, będąc samotną omegą – oznajmiłam ostrzegawczo.
- Dlaczego? – spytał chłopak. Nie wydawał się szczególnie tym faktem zaskoczony, brzmiał jakby się jedynie upewniał.
- Łowcy – odparłam z ciężkim westchnieniem i wywróciłam oczyma.
- Tak też myślałem. Możesz mi wierzyć lub nie, ale łowcy są dosłownie wszędzie i nie sposób ich w żaden sposób uniknąć – odparł ze wzruszeniem ramion. Ten gest miał w sobie trochę bezradności. Pokiwałam przytakująco głową i zacisnęłam usta w cienką kreskę.
- Gdzie się zatrzymałeś? – zapytałam, zmieniając temat.
- U mojego wuja.
- Aa, no tak. – Wyszczerzyłam do niego zęby w uśmiechu. Zerknęłam na Isaaca, który nadal patrzył na blondyna trochę z podejrzeniem. Postanowiłam ich sobie oficjalnie przedstawić.
- Casper, poznaj Isaaca Laheya, Isaac, to Casper Looney, mój przyjaciel z dzieciństwa – powiedziałam tonem formalnym. Chłopcy nieco niechętnie wymienili się uściskiem dłoni. Przewróciłam na to oczami.

Nastała krótka cisza, którą przerwał Casper.
- A co z tobą, Erica? Też jesteś Omegą? – skierował wzrok na Isaaca i uniósł pytająco brew w górę. – Chociaż raczej nie sądzę. - Lahey odpowiedział mu wymuszonym i nieco ironicznym uśmiechem.
- Nie – zaprzeczyłam pośpiesznie i stanowczo. – Mam swoje stado.
- Może mógłbym poznać waszego Alfę? – zaproponował pewnym siebie tonem Casper.
- Myślę, że nie byłby to żaden problem – oznajmiłam ochoczo. Jednak Lahey widocznie się ze mną nie zgadzał, bo posłał mi nieco wymowne i zarazem pytające spojrzenie.

Casper, prawdopodobnie wyczuwając widoczną na kilometr niechęć u Isaaca, postanowił odejść.
- Będę już leciał. Może spotkamy się jutro, Erica? Zapraszam cię na obiad! Mamy tyle do nadrobienia, a wuj na pewno się ucieszy – powiedział blondyn uśmiechając się do mnie promiennie. Chętnie przyjęłam zaproszenie i pożegnałam się z przyjacielem krótkim uściskiem.

- To ktoś dla ciebie ważny? – spytał niby od niechcenia Isaac, gdy już zostaliśmy sami. Uśmiechnęłam się pod nosem i przekornie odpowiedziałam, że może. Chłopak włożył ręce do kieszeni spodni i odwrócił wzrok.
- Naprawdę masz zamiar poznać go z Derekiem? – spytał nieco rozdrażniony.
- Uważasz, że to zły pomysł?
- Tego nie powiedziałem. Tylko, że to Omega…
- No i co? – spytałam mrużąc oczy. Isaac olewająco, wzruszył ramionami.
- Jak uważasz. Co teraz zrobisz? – chyba specjalnie zmienił temat. Westchnęłam ciężko i uważnie na niego spojrzałam. W jego oczach czaiła się obojętność, której nijak nie mogłam rozgryźć. Tym bardziej, że jeszcze jakiś czas temu całowaliśmy się.
- Jeśli mówisz o…
- Tak – odparł krótko. - Wracasz do domu?
- Nie – zaprzeczyłam i spuściłam wzrok. Naprawdę nie byłam na to gotowa, nie miałam powodu ani nawet ochoty, by wracać. Ponownie westchnęłam i kopnęłam w kupkę liści. – Chyba przenocuje u Lydii.
- Ok – rzekł Lahey chłodno.

Przez chwilę milczeliśmy. Nie chciałam poruszać tematu pocałunku, ale czułam, że chyba muszę. Zagryzłam wargę i przymknęłam oczy.
- Ja naprawdę nie chciałam…
- Ej, nie mówmy o tym – powiedział Isaac i machnął jakby lekceważąco ręką. Posłał mi lekki i chyba wymuszony uśmiech. Przynajmniej była to jakaś poprawa, podsumowałam w myślach i szybko go odwzajemniłam. – W takim razie chodź. Odprowadzę cię do niej.

Zgodziłam się, a on objął mnie po przyjacielsku ramieniem, podczas gdy ja zajęłam się dzwonieniem do mojej przyjaciółki.



Obudziłam się rano i spostrzegłam, że Lydia jest już na nogach. Ubrana, uczesana i całkowicie umalowana stała przed otwartą szafą. Mruknęłam coś niezbyt wyraźnie, a ona odwróciła się do mnie z promiennym uśmiechem. Czy ona nawet rano musiała być idealna? Podczas, gdy ja nie ogarniałam czemu w ogóle spałam w jej łóżku i znajdowałam się w jej cudownym jasnoróżowym pokoju i pewnie wyglądałam jak jakiś strach na wróble.
- Dzień dobry, słoneczko! – zawołała Lydia. Chyba miała dobry humor, co wbrew przekonaniom nie było częste. Przeciągnęłam się i przetarłam zaspane oczy.
- Heej – odparłam mrukliwie i przeczesałem dłonią włosy.
- Zauważyłam, że nie wzięłaś ze sobą żadnych ubrań. Więc szukam czegoś dla ciebie w mojej szafie – powiedziała z uśmiechem.
- To miłe – stwierdziłam i ponownie się przeciągnęłam wydając z siebie krótki i cichy jęk. Z westchnieniem wstałam i zrównałam się z dziewczyną. Miałam zamiar zabrać ubrania z domu po południu, wtedy gdy nikogo w nim nie będzie. Miałam swoje klucze, więc bez problemu mogłam wejść.
- Dzisiaj masz tą swoją randkę? – zagadnęła jasnowłosa obdarzając mnie przenikliwym i bardzo znaczącym spojrzeniem.
- Nie randkę! Tylko spotkanie z dawnym przyjacielem – oznajmiłam z lekkim uśmiechem, który sam wkradł mi się na usta, na samą myśl o Casprze.
- Tak sobie wmawiajmy – mruknęła ironicznie dziewczyna.

Przewróciłam oczyma. W tym czasie Lydia wcisnęła mi do rąk jedną z jej sukienek. Czerwoną w kratkę, krótką, na grubych ramiączkach i z kokardką na brzuchu. Popatrzyłam na nią wymownie, ale ona zignorowała to spojrzenie.
- Czy mogę zapytać co z Laheyem? – zapytała mnie Martin.
- A co ma być?
- Przecież wiesz! – oburzyła się dziewczyna i prawie tupnęła nogą. Uśmiechnęłam się na sam widok tej reakcji. Zaraz jednak uśmiech zszedł mi z twarzy. Odwróciłam wzrok. Poprzedniej nocy długo rozmawiałyśmy i opowiedziałam jej poniekąd o tym, co się zdarzyło na dyskotece, później o kłótni w domu i o całym zdarzeniu w lesie, o tym ostatnim mówiłam jak najbardziej szczegółowo. Oczywiście pominęłam kwestię tego, że czułam się przez chwilę wyjątkowo dobrze całując się z nim. Jakby… spełniona. Ale tylko przez chwilę.
- Jesteśmy przyjaciółmi – odparłam na zakończenie stanowczym i pewnym siebie tonem. Lydia uniosła jedną brew, ale nic nie odpowiedziała. Tylko wzruszyła ramionami.
- Zrobię nam śniadanie, a ty się przebierz.

Kilkanaście minut później siedziałam w sukience i dżinsowej kurtce w jej kuchni i jadłam czekoladowe płatki z zimnym mlekiem. Dziewczyna siedziała naprzeciwko mnie i pałaszowała swoje miodowe płatki, niespodziewanie wymierzyła we mnie łyżką.
- Skąd znasz Caspra? – spytała z zaciekawieniem. Uśmiechnęłam się.
- W dzieciństwie się przyjaźniliśmy. Dopóki nie wyjechał. Zawsze mnie wspierał i… Jemu jedynemu chyba nigdy nie przeszkadzały moje ataki. Nieraz bronił mnie przed złośliwymi kolegami z podstawówki. Płakałam przez dwa dni po jego wyjeździe – wyjaśniłam jej. Lydia posłała mi znaczący uśmiech. Natychmiast zaprzeczyłam ruchem głowy.
- To nie tak.
- Jak? – spytała, udając głupią.
- Nie byłam w nim zakochana. Po prostu był dla mnie jak starszy brat.
- Nie pytałam o to – odparła Lydia ze wzruszeniem ramion. Po jej twarzy błąkał się drwiący uśmieszek. – Ta informacja raczej przyda się Laheyowi.
- Weź przestań – mruknęłam przewracając oczami. Martin zaśmiała się i wystawiła mi język.



Po południu moja przyjaciółka wybrała się do Allison. Natomiast ja odwiedziłam Caspra i jego wujka, który mieszkał na obrzeżach miasta. Był to niewielki, dwupiętrowy bladoniebieski dom z niedużym ogródkiem z tyłu oraz niewielką werandą, na której były poustawiane trzy krzesła. Wujek Caspra – George Looney był architektem i ojcem chrzestnym chłopaka. Zawsze bardzo się lubili. Mężczyzna był podobny do Caspra, z tą różnicą, że posiadał ciemną karnację, wręcz czekoladową.

- Nie jestem za dobry kucharzem – oznajmił mi wuj Caspra. Położył na stole wielki karton z pizzą. Uśmiechnęłam się lekko do niego, z całkowitym zrozumieniem. – Nie to co twoja mama, jak ona się ma?
- Świetnie – odparłam nie patrząc na niego. Sięgnęłam po kawałek pizzy z największą ilością sera. Casper, który siedział naprzeciwko mnie podchwycił moje spojrzenie i uniósł pytająco brew. Gdy pan Looney nie patrzył, pokręciłam przecząco głową. Dałam mu znak, by na razie o to nie pytał. Odczytał bezbłędnie moje intencje.
- Jesteś do niej bardzo podobna – ciągnął wuj. W końcu również i on zasiadł do stołu. Posłałam mu uśmiech w podziękowaniu. Tym razem nie chciałam tego uznać za komplement, choć kiedyś bym się pewnie bardzo ucieszyła. Nie miałam zamiaru jednak rozmawiać z nimi o sobie, dlatego zagadnęłam Caspra.
- Opowiedz mi, gdzie się podziewałeś przez ten czas?
- Wiesz… Tu i tam. Przez jakiś czas kręciliśmy się po Ameryce, później przeprowadziliśmy się do Anglii, konkretnie do Londynu a później skończyliśmy we Francji. A wakacje zazwyczaj spędzaliśmy we Włoszech. Zwiedziłam trochę kawałka świata. Niektóre miejsca na świecie są przepiękne i naprawdę warto je zobaczyć.
- Nie wątpię – odparłam z rozmarzeniem. Trochę zazdrościłam Casprowi, sama chciałabym zwiedzić wszystkie wspaniałe miejsca świata. Najlepiej wraz z nim.

Jego wuj w końcu zostawił nas samych, ubrany w koszulę i spodnie starannie uprasowane, wyperfumowany i ogolony, wyszedł. Wyczuwałam randkę, spytałam o to Caspra.
- Dokładnie. Spotyka się z niejaką Melissą McCall, wiesz kto to? – zapytał mnie chłopak.
- Owszem! – zaśmiałam się. - To pielęgniarka i matka mojego kolegi ze szkoły. Jest miła– odparłam. No cóż, pani McCall była naprawdę przemiłą i piękną kobietą i oczyma wyobraźni zobaczyłam ją szczęśliwą u boku George’a Looney’a. Odsunęłam od siebie ten obraz i skupiłam się na siedzącym naprzeciwko mnie Casprze. Tyle czasu go nie widziałam i dopiero teraz odczułam jak bardzo za nim tęskniłam przez ten cały czas. Za parkiem, za huśtawkami, za domkiem na drzewie i wspólną jazdą na rowerze, za wspólnymi grami na Xboxie, za rozmowami…
- No to dobrze – mruknął chłopak i tym samym wyrwał mnie z zamyślenia, nieśmiało przeczesał ręką włosy. – Opowiadaj co u ciebie. Widzę ogromne zmiany!
- Przesadzasz – zaśmiałam się krótko. Wskazałam na siebie. – To nadal ja.
- Jak to się stało, że… No wiesz? - Westchnęłam.
- Derek Hale, mój Alfa, dał mi szansę na lepsze życie. To coś w rodzaju prezentu dla każdego z nas.
- Naprawdę tak to odbierasz? – mruknął niezadowolony Casper. Prychnął zniesmaczony. Spojrzałam na niego nieco zaskoczona. Drgnęłam i uniosłam pytająco brew.
- Co masz na myśli? – spytałam niepewnie i pochyliłam się z zaciekawieniem w jego stronę.
- Jesteś wilkołakiem… I traktujesz to jako dar?
- Owszem. To był mój wybór. Moja własna decyzja. Tak jak i Isaaca, i Boyda, pozostałych członków mojego stada. Derek odnalazł mnie w szpitalu, gdy byłam chora, tuż po jednym z ataków. Wyjaśnił co i jak, obiecał, że moje wszystkie problemy się skończą. Zgodziłam się na to. Ja... Chciałam tego – wyjaśniłam mu wszystko pośpiesznie. Chłopak patrzył na mnie trochę z niedowierzeniem.
- Dużo bym dał, by nie być wilkołakiem – oznajmił Casper i odwrócił wzrok. Zaskoczył mnie. Nie był pierwszą osobą, która tak to odbierała. Scott McCall, on również wiele by oddał, by to zmienić. Ale Scott nie został wilkołakiem z wyboru. Dotarło do mnie, że Casper również nie. Tym się wszyscy od siebie właśnie różniliśmy.
- Dlaczego? – spytałam jednak, choć odpowiedź już znałam. Chciałam jednak wiedzieć, co chłopak o tym naprawdę myśli.
- Bo to okropne.
- Okropne? – zdziwiłam się szczerze, ciągnąc dalej ten temat. Intrygowało mnie, że nie zgadzamy się w jakiejś kwestii. W dzieciństwie nigdy tak nie było. – Zobacz jaka jestem dzięki temu! Zmieniłam się.
- Ale za jaką cenę?
- Naprawdę niewielką – oznajmiłam choć nie już z taką determinacją.

Przez chwilę milczeliśmy.
- Posłuchaj, wiem, że dla ciebie pewnie to wiele znaczy. I szanuję to. Jednak ja po prostu uważam to za… spore utrudnienie w życiu i chętnie bym się tego pozbył – powiedział Casper. Uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco. Spojrzał na moją dłoń położoną na stole i przykrył ją swoją dłonią. – Dla mnie zawsze byłaś wystarczająca.
- Dzięki, Casper.
- Miałaś już swoją pierwszą pełnię? – spytał mnie cicho. Zaprzeczyłam ruchem głowy i spuściłam wzrok na nasze dłonie. Chłopak syknął i westchnął. – Pierwsza najgorsza.
- Nie chcę na razie o tym myśleć – oznajmiłam stanowczo.
- Chciałbym wtedy być przy tobie. Ważne jest wsparcie kogoś doświadczonego.
- Jestem pewna, że ktoś na pewno przy mnie będzie.
- No tak… - mruknął blondyn i odsunął rękę. Przez jego twarz przebiegł grymas niezadowolenia. – Ten Isaac to pewnie ten ktoś?
- Isaac to skomplikowany temat dla mnie jak na razie – oznajmiłam z lekkim i nieco niechcianym uśmieszkiem. Założyłam kosmyk włosów za ucho. – To mój dobry… kumpel i na tym pozostanę.
- Mój konkurent? – zakpił Casper i posłał mi swój zawadiacki uśmiech. Przewróciłam oczami. Stary, dobry, nabijający się z mojego życia miłosnego (lub wcześniejszego jego brak) Casper.
- Jasne – zironizowałam. Chłopak zaśmiał się głośno na to.
- Tęskniłem za tobą – oznajmił po chwili. Odpowiedziałam mu uśmiechem, płynącym prosto z mojego zmiękczonego serca. – I mam coś dla ciebie!

Wstał i poszedł w stronę swojego pokoju. Wrócił z różowym pudełeczkiem w kształcie serduszka, które postawił przede mną. W drugiej ręce trzymał plik związanych kopert.
- Co to? – spytałam szczerze zaciekawiona.
- Otwórz to się przekonasz – oznajmił uśmiechająco się do mnie szeroko. Zagryzłam wargę i sięgnęłam po pudełeczko. Otworzyłam je a moim oczom ukazała się złota obrączka na łańcuszku. Ujęłam ją w palce i zbliżyłam do oczu. Obejrzałam ją dokładnie. Wewnątrz był wygenerowany napis: Erica+Casper=BFF. Zaśmiałam się radośnie. W moich oczach zapewne można było dostrzec wesołe iskry.
- Zrobiłem to w rok po wyjeździe. Tęskniłem i chciałem ci to wysłać, ale… Cóż, powiedzmy, że miałem przynajmniej konkretny powód, by wrócić do Beacon Hills.
- Żartujesz? Po to by mi to dać? – spytałam już naprawdę ucieszona. Spojrzałam na niego uważnie.
- Tak. Specjalnie dla ciebie – oznajmił twardo, ale z uśmiechem Casper.
- Piękne! Dziękuję. – Od razu zabrałam się za zakładanie łańcuszka na szyję.
- Zaczekaj, pomogę ci – powiedział i natychmiast wstał. Odłożył listy na stół. Podałam mu łańcuszek a on rozpiął go i założył mi na szyję. Przytrzymałam przez chwilę włosy i cieszyłam się w duszy prezentem od Caspra. Ucieszyłam się już samym faktem, że o mnie pamiętał i myślał.
- Wiedziałem, że ci się spodoba – dodał po chwili blondyn. A ja posłałam mu wymowny uśmiech. Oczywiście, której by się nie spodobał?
- A to, co to? – spytałam wskazując na plik kopert.
- A to… wszystkie listy, które chciałem lub mogłem wysłać, a nie wysłałem z niewyjaśnionych przyczyn – oznajmił cicho i przesunął je w moją stronę. Zdecydowanym ruchem po nie sięgnęłam. – Przeczytaj dopiero w domu.
- No dobrze – zgodziłam się i cofnęłam rękę. Byłam ich niezmiernie ciekawa.

Spędziliśmy razem pół dnia. Rozmawiając o wszystkim i nadrabiając stracony czas. Opowiedziałam mu o mojej kłótni z mamą, o kanemie, o Lydii, o wszystkim co się u mnie ostatnio działo. On również. Opowiedział mi o wszystkich miejscach, które zwiedził, pokazał zdjęcia z każdej wyprawy, mówił o swoim przyjacielu Danielu, który nauczył go jak być wilkołakiem i jak przetrwać pełnią. I dziewczynie o imieniu Anette, którą zostawił we Francji. Miał jej zdjęcie w telefonie. Anette była śliczną blondyneczką, która pochodziła z Anglii. Późnym wieczorem Isaac wysłał mi chyba ze trzy smsy z zapytaniem gdzie się podziewam i z nakazem stawienia się na stacji metra. Zignorowałam je. Leżeliśmy z Casprem na jego ogromnym łóżku i patrzyliśmy w sufit. Zachowywaliśmy między sobą pewien dystans jak zwykle. Dawno się nie widzieliśmy, a ja wolałam nie dawać upustom moim szalonym uczuciom, gdyż ostatnio były one nieposkromione i dzikie, a nawet zbyt targane namiętnością. Szczególnie w obecności Isaaca, a nie mogłam też ręczyć za siebie w obecności Caspra. Wolałam być przezorna i ostrożna. Faceci w moim życiu za bardzo mieli nade mną przewagę. Wspominaliśmy wszystkie nasze wspólne zabawy i wyprawy, wspólne urodziny i chodzenie do szkoły. Śmiałam się jak nigdy.

Dopiero sms od Dereka sprowadził mnie na ziemię. Kazał on mi się niezwłocznie stawić w kryjówce. Ponoć w ważnej sprawie. Wiedziałam jednak, że Lahey mógł maczać w tym palcami. Z westchnieniem i ociąganiem podniosłam się.
- Musisz iść? – zgadnął Casper i również się podniósł.
- Nie chcę, ale muszę – odparłam z westchnieniem. Spojrzałam mu przenikliwie w oczy. - Zostajesz, prawda?
- Nigdzie się nie wybieram, Erica – powiedział ciepło chłopak i pocałował mnie w czoło. Od razu się uśmiechnęłam.

Chłopak odprowadził mnie do drzwi i ponownie pocałował, tym razem w policzek. Po czym przytulił mnie na pożegnanie i bardzo niechętnie wypuścił z domu.
- Na pewno nie chcesz dzisiaj poznać Dereka? – spytałam jeszcze stojąc już za progiem.
- Nie sądzę, by był to na razie dobry pomysł. Może kiedyś – odpowiedział mi spokojnie. Uśmiechnęłam się ze zrozumieniem i pomachałam mu na pożegnanie. Niemal tanecznym krokiem szłam wzdłuż ulicy. Szczęście wypełniało mnie całą, można powiedzieć, że od stóp do głów.

Biegnąc do stacji metra, przypominało mi się jak kiedyś razem tam przesiadywaliśmy. Bawiliśmy się nawet w małżeństwo. Bardzo tęskniłam za tymi czasami. A może zostałam wilkołakiem w desperacji, że już bez Caspra sobie nigdy nie poradzę? Może… Może to miało podłoże psychiczne.



Nie mogłam wiedzieć, że mówił prawdę i naprawdę zamierzał mnie już nigdy nie opuszczać. Nie mogłam wiedzieć, że obrączka, którą mi podarował miała swoje drugie, symboliczne znaczenie. I nie mogłam też wiedzieć, że dokładnie godzinę po moim wyjściu, Caspra odwiedził dziadek Allison wraz z łowcami. Weszli siłą do domu i zaatakowali Caspra, chcieli by wyjawił wszystko, co wie o wilkołakach w sąsiednich rejonach. Ale on nic nie powiedział. Porwali go lecz upozorowali wszystko tak, by wyglądało to na samowolne opuszczenie miasta przez niego. Nawet napisali list do jego wuja, w którym rzekomo wyjaśnił, dlaczego musiał wrócić do Francji. Prawdopodobnie w kilka dni później go zabili. Ale tego nie mogłam wiedzieć, bo spędzałam czas na wysłuchiwaniu kazania i jakiś durnych ćwiczeniach, które podobno miały pomóc mi przeżyć w tym brutalnym świecie. Szkoda, że nikt nie pokazał ich Casprowi…


Ostatnio zmieniony przez wiedźma dnia 26/12/2012, 15:43, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgan
Betha
Betha


Liczba postów : 951
Punkty : 24
Join date : 25/06/2012
Age : 19

PisanieTemat: Re: I am not alone.   20/12/2012, 20:03

Wiedziałam ! Po prostu wiedziałam ,że coś mu się stanie! :C Boski rozdział , polubiłam Caspra ,a może on wcale nie umarł ? Uhh Argentowie
Obrączka ,wspomnienia ,ale Erica się teraz musi okropnie czuć ;C

______________________



~ ♥ Stydia ♥ ~





But down to earth
 If you choose to walk away, don’t walk away

 _________________________
team Stiles,Parrish and Peter!
By me

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://see-rome-and-die.tumblr.com/
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   26/12/2012, 15:40

Heej Smile Jak święta? Very Happy Były prezenty pod choinką? ;p Na pewno Very Happy A ja... W końcu nieco mniej rozleniwiona i całkowicie pełna i przejedzona postanowiłam dodać kolejny rozdział ;d;d i byle do końca Smile Pozdrawiam wszystkich i szałowego Sylwka życzę oraz Szczęśliwego Nowego Roku! Smile


music
ROZDZIAŁ 12
CAŁA MOJA RODZINA


Dwa dni później, gdy Casper Looney nie odpowiadał na żadne moje smsy i próby połączenia, zadzwoniłam do jego wuja. Dowiedziałam się, że Casper wyjechał. Ta wiadomość uderzyła mnie z o wiele większą siłą niż każda inna. Nie potrafiłam… Nie, poprawka. Nie chciałam zrozumieć, dlaczego Casper znów mnie opuścił. I to zupełnie bez słowa pożegnania. Jego wuj również wydawał się tym faktem zaniepokojony. Dopiero co odzyskał bratanka a już powtórnie go stracił. Ale tak właśnie było, Casper zostawił jedynie list. Świstek papieru z pożegnaniem i kilkoma słowami wyjaśnienia, że zostawił „coś” cennego we Francji i musi wracać. Do chwili, gdy dowiedziałam się, że wyjechał, sądziłam, że to ja jestem cenna, ale okazało się, że znów „coś” było ważniejsze ode mnie i jego wuja. Byłam rozgoryczona i smutna. Dobiło mnie to chyba najbardziej ze wszystkich wydarzeń z minionych miesięcy. Przede wszystkim odczuwałam ogromny żal.

Lydia i Isaac robili wszystko, by udało mi się o tym nie myśleć a nawet zapomnieć. W szczególności Isaac… Nawet zdecydowali się zabrać mnie na pizzę i kręgle. Wspólnie. Najbardziej normalny wypad od wszechczasów, powinnam była to zapisać w kalendarzu. Lydia zaprosiła też Allison, jednak ona się wykręciła. W sumie dobrze, bo nie zamierzałam się z nią użerać. Również i Boyd nam odmówił. W związku z tym wybraliśmy się we trójkę, co z początku wydawało mi się nieco dziwnym pomysłem, niemal niewykonalnym, ale Lydia… jakoś przyzwyczaiła się do obecności Isaaca w moim wilkołaczym życiu. I do samego faktu, że miała do czynienia z wilkołakami. Nie powinno to nikogo dziwić, Lydia była odporna na wszelkie uczucia i emocje, mogłaby być aktorką, potrafiła z łatwością się dopasować do każdej sytuacji.

W pizzerii „MONA”, w której siedzieliśmy było jak zawsze głośno i tłoczno. Siedziałam obok Isaaca i za wszelką cenę starałam się nie myśleć o Casprze. Chociaż dość usilnie chłopak wkradał mi się do głowy, odpychałam każdą myśl.
- Wy dwoje… wyglądacie jak para – oznajmiła Lydia, przymykając oko i wydymając do przodu usta. Utworzyła z palców ramkę, w którą ujęła nasze osoby. Lahey zachował kamienną twarz, ale ja zarumieniłam się lekko i skarciłam ją wzrokiem. Zaraz jednak zaśmiałam się głośno i powiedziałam ironicznie:
- Ach tak! Prawie nas rozgryzłaś – powiedziałam i spontanicznie pochyliłam się, by pocałować Isaaca w policzek. Chłopak uśmiechnął się lekko a wtedy Lydia zrobiła nam zdjęcie swoim telefonem. Na jego policzku odbił się jasnoróżowy ślad mojej szminki. Pośpiesznie, z lekkim uśmieszkiem starłam ten ślad z jego twarzy.
- No pięknie! Lahey trafisz do antyramy – zawołała dziewczyna i wystawiła mi język. Pokazała nam zdjęcie, które było naprawdę… słodkie. Spojrzałam niepewnie na Isaaca, nie chciałam, by w jakikolwiek sposób źle to odebrał, ale on tylko szturchnął mnie lekko kolanem pod stołem jakby chciał powiedzieć „daj spokój”.
- Co zamawiamy? – spytała Lydia odkładając na bok swój telefon i poprawiając swoje rudawe, gęste włosy.
- Tylko nie wegetariańską – mruknął Isaac z przestrogą i wywrócił oczyma.
- Ale wegetariańska najlepsza! – zaprotestowała rudowłosa wykrzywiając ustami w zabawny sposób. W jej oczach ujrzałam błyskawice, którymi ciskała w stronę chłopaka.
- Martin, zlituj się! Wiesz co to wilczy apetyt? My potrzebujemy mięsa – kłócił się z nią Lahey. Położył rękę z oparciu za moimi plecami i usadowił się wygodnie na miękkim, czerwonym siedzeniu. Uśmiechnęłam się szeroko. Moi przyjaciele byli naprawdę wspaniali i co więcej chyba oboje pałali do siebie jakąś sympatią, bo ich kłótnie nie były już tylko zwykłymi kłótniami, były… niczym przyjacielskie sprzeczki. Oczywiście nie mogłam oczekiwać niewiadomo czego, ale cieszyłam się, że przynajmniej się jakoś dogadują.
- Erica też lubi wegetariańską – argumentowała głośno Lydia. Szukała poparcia u mnie, ale ja byłam zbyt rozkojarzona, by dołączyć do wykłócenia się. Martin wywróciła oczyma i ponownie zwróciła się do Isaaca: – Lahey nie bądź zwierzęciem. Mógłbyś też trochę o siebie zadbać, zwłaszcza o zdrowe odżywianie się.

Na czole chłopaka pojawiła się głęboka bruzda, spojrzał na mnie błagalnie. Zaśmiałam się.
- Weźmiemy połówki – zadecydowałam za wszystkich.
- Świetny pomysł – przystał na to Isaac i od razu się rozpromienił.
- Będziesz gruby – odparła Lydia niemal śpiewająco. Spojrzała wymownie w sufit.
- Raczej silny i męski – zaoponował szatyn i uniósł w górę jedną brew.
- Żal mi cię, Lahey – odparowała mu natychmiast a ja wybuchłam śmiechem.

Poczułam się lepiej z nimi. Dotarło do mnie, że między mną a Casprem wszystko się zmieniło. Ja się zmieniłam i on sam to przyznał. On również się zmienił. Ale co najważniejsze… Nasze towarzystwa i cele się zmieniły. Być może nie mogłam winić go za to, że ponownie odszedł. Może nie mógł się tutaj odnaleźć, w końcu sama długo szukałam swojego miejsca w Beacon Hills i pewnie gdyby nie przemiana, nadal bym go nie odnalazła. Dotknęłam złotej obrączki na mojej szyi. Mimo wszystko zamierzałam ją nosić.
- Rozumiem, że wróciłaś już do domu? – zwrócił się do mnie Isaac tym samym wyrywając mnie z zamyśleń. Zawiesił przez chwilę wzrok na przedmiocie, który trzymałam w palcach. Puściłam swój wisiorek.
- Noo… - przeciągnęłam niedbale i zmrużyłam oczy. – Niezupełnie. Tymczasowo mieszkam u Lydii.
- Och – mruknął ze zdziwieniem Isaac. Martin posłała mu promienny uśmiech.
– Jeśli chcesz to Erica na pewno odstąpi Ci połowę łóżka.
- Lydia! – warknęłam pośpiesznie i karcąco. Dziewczyna wzruszyła ramionami a Isaac zaśmiał się z zakłopotaniem.
- Nie, nie. Mam się gdzie podziać – zaprzeczył z gorącym zapewnieniem.

Wtedy podeszła do nas kelnerka. Zamówiliśmy pizzę składającą się w połowie z wegetariańskiej a w połowie z tradycyjnej z salami i trzy coca-cole. Kompromis to jednak piękna rzecz. Gdy kelnerka przyniosła nam pizzę od razu zajęliśmy się jedzeniem i uregulowaniem rachunku. Podkradałam z jednej i drugiej połówki, gdyż prawdę mówiąc uwielbiałam każdy rodzaj pizzy.
- Moglibyście mi powiedzieć co się dzieje obecnie z Jacksonem? – zapytała niespodziewanie Lydia. Wymieniłam z Isaacem zaniepokojone spojrzenia.
- Wiesz… - zaczęłam, ale Lahey mi przerwał.
- Martin, nie wymagasz od nas czasem za dużo? – spytał dobitnie chłopak. Szturchnęłam go lekko w żebra.
- Staramy się mu pomóc, ale... powiedzmy, że on teraz nie jest sobą, ok? – odezwałam się szybko. Nie chciałam, by Lydia poczuła się odpychana, co prawda nie powinna o niczym wiedzieć, ale… choć zabrzmi to pretensjonalnie to i tak sporo wiedziała.
- Jasne. – Głos Lydii zabrzmiał gorzko, zbyt gorzko jak na nią. Chciałam ją pocieszyć, powiedzieć cokolwiek, co dałoby jej choć trochę nadziei, ale w tym momencie do pizzerii wpadł jak tornado, Scott.
- Erica! – zawołał i stanął nade mną. Wytrzeszczyłam na niego oczy. To nie było normalne zachowanie a przecież to zazwyczaj Scott zachowywał się jak zwyczajny nastolatek. Szczególnie publicznie. Tymczasem teraz wszyscy wlepiali w niego zaciekawione spojrzenia.
- Co się stało, McCall? – spytałam niepewnie.
- Dzwoniła moja mama… Ze szpitala. Twoja mama… Ona miała wypadek.

Serce zabiło mi szybciej, zerwałam się na równe nogi i spojrzałam na Scotta z niedowierzeniem.
- Jak to? Dlaczego nikt nie…
- Próbowali! Ale nie odbierasz telefonu – odparł ostro. Wyminęłam go i wybiegłam z restauracji, a za mną Isaac, który natychmiast mnie dogonił i zatrzymał. Chwycił mnie za przedramiona i zmusił bym spojrzała mu w oczy. Chciałam mu się wyrwać, ale nie pozwolił mi na to.
- Zaczekaj. Spokojnie – powiedział cicho. Przestałam się wiercić i spojrzałam na niego smutno. Dostrzegłam niepokój w jego zielonych oczach. – Nie panikuj, dobrze?
- Słyszałeś co…
- Tak, ale przestań działać impulsywnie. Lydia nas podwiezie – mówił do mnie bardzo powoli. Odetchnęłam głęboko i ze spuszczoną głową podążyłam w stronę samochodu mojej przyjaciółki. Wraz z Isaacem zajęliśmy miejsca z tyłu. Scott i Lydia z przodu. Nikt się nie odzywał. Cały czas wpatrywałam się w swoje buty. Czerwone trampki od Conversa. Moje ulubione. Zafundowane przez mamę. Trzymałam dłonie na kolanach. Nagle i niespodziewanie, Isaac przykrył jedną z nich swoją. Chciał mi dać to poczucie, że… po prostu jest. Spojrzałam na niego a on uśmiechnął się do mnie pocieszająco.
- Na pewno nic jej nie będzie – dodał cicho z zapewnieniem. Zmusiłam się do odwzajemnienia uśmiechu. Zaraz jednak wyciągnęłam swoje dłonie i oparłam je o przednie siedzenie. Pochyliłam się ku siedzącemu na nim Scottowi.
- Nie wiesz jaki jest jej stan? Albo co się stało? – spytałam chłopaka.
- Wypadek samochodowy. Auto z naprzeciwka wjechało prosto w nią na zakręcie, przez co twoją mamę odrzuciło. Uderzyła w drzewo. Na razie ją badają, ale jej stan jest... dość niepewny. I powinnaś coś wiedzieć. – brunet odwrócił się w moją stronę. – To nie był tak do końca nieumyślny wypadek.
- Co masz na myśli? – wtrącił się Isaac natychmiast. Spięłam się.
- Mam na myśli, że to był jeden z łowców – odparł lodowatym tonem McCall. Wzdrygnęłam się nerwowo. Isaac położył dłoń na moich plecach i zaczął mnie uspokajająco głaskać. Znów okazywał mi potrzebne wsparcie. Nieco się rozluźniłam, co zapewne wyczuł, bo nie przestawał.
- Czemu oni tak bardzo uwzięli się na Ericę? – zapytała Lydia nie odrywając wzroku od drogi. Scott drgnął, jakby zapomniał, że ona tu jest. Zaraz jednak otrząsnął się i mruknął nieco niepewnie i trochę niechętnie:
- Nie wiem… - Wiedział. Lecz przy niej nie chciał powiedzieć. Również wiedziałam. Łowcy szukali u nas czułego punktu, mama Scotta, moi rodzice oraz my sami. Każdy kto miał z nami jakikolwiek związek mógł być zagrożony. I to wszystko z naszej winy.




Do szpitala władowali się wszyscy ze mną na czele. Isaac dorównywał mi kroku, ale już nie wykonywał żadnych intymnych czy czułych gestów. Byłam mu za to wdzięczna. Gdy tego nie robił nie czułam się taka speszona i przynajmniej wiedziałam na czym stoimy. A tak to… Zwyczajnie nie umiałam się zachować. I nie chciałam tego. Naprawdę nie chciałam.
- Mamo! – zawołał Scott z odległości pięciu metrów, widząc panią McCall, szczupłą kobietę o latynoskiej urodzie i burzy czarnych kędziorków, która tylko spojrzała na niego karcąco. Przyłożyła palec do ust i zbliżyła się do nas.
- Jesteś w szpitalu – upomniała go i obrzuciła nas podejrzliwym spojrzeniem.
- Gdzie leży mama Ericii? – spytał natychmiast. Byłam mu niezmiernie wdzięczna. Ja jak na razie dochodziłam do siebie i nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa. Mama Scotta spojrzała na mnie ze współczuciem.
- W sali numer 123 – odpowiedziała od razu i wskazała palcem kierunek, w którym powinniśmy iść. Automatycznie tam poszliśmy. Prawie biegłam. Nie. Zdecydowanie biegłam. Do pomieszczenia wpadłam niczym tornado prawie tak jak poprzednio Scott do pizzerii.

Zobaczyłam mamę. Leżącą w ohydnej biało-zielonej, szpitalnej koszuli nocnej. Miała bandaż na czole i zadrapania na policzku, pewnie od szkła. Leżała nieprzytomna i całkiem blada. Przy jej łóżku stał lekarz a obok niego mój tata, który tylko potakiwał ruchem głowy i uważnie słuchał. W ogóle nie skupiłam się na rozmowie jaką prowadzili.
- Co z nią? – wtrąciłam się, być może trochę nieuprzejmie, ale kto by się tym przejmował w takich okolicznościach.
- Stan stabilny. Wyzdrowieje, ale zatrzymamy twoją mamę dopóki się nie obudzi – odpowiedział mi niczym nieurażony lekarz. Był młodym, umięśnionym brunetem o jasnej karnacji. Pamiętam nawet, że byłam u niego chyba ze dwa razy na badaniach, jeszcze przed przemianą. Uśmiechnął się do mnie dobrotliwie. – A teraz muszę porozmawiać z twoim tatą na osobności.

Pokiwałam ze zrozumieniem głową. Tato położył mi rękę na ramieniu, gdy mnie mijał. Trwało to zaledwie dwie sekundy, ale znacznie podniosło mnie na duchu. Uzyskałam przebaczenie. Moi przyjaciele skinęli na dzień dobry głową mojemu tacie a on im odpowiedział. Po czym wyszedł z doktorem.
- Wszystko będzie dobrze, widzisz. – Lydia objęła mnie ramieniem i uśmiechnęła się lekko. Stykałyśmy się głowami.
- Jest w dobrych rękach – dodał Scott. - Moja mama ma dziś dyżur, więc jeśli chcesz to będziesz informowana na bieżąco.
- Nie. Dzięki, Scott, naprawdę – odpowiedziałam i spojrzałam na niego z wdzięcznością. Przywołałam na twarz lekki uśmiech, dziękczynny. – Wracam dzisiaj do domu. Nie zostawię taty samego.

Po pół godziny Scott i Isaac musieli iść. Lydia obiecała, że zabierze mnie do siebie bym mogła się spakować a potem odwiezie mnie do domu. Kiedy tylko będę chciała. Byłam jej za to niezmiernie wdzięczna. Wyszłam na korytarz, by ich pożegnać. Podziękowałam raz jeszcze Scottowi, który wymieniając porozumiewawcze spojrzenie z Isaacem oddalił się nieco. Zerknęłam na szatyna, który uśmiechnął się do mnie lekko. Wziął mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Pozwoliłam się przytulić.
- Będzie dobrze – szepnął mi we włosy. Odsunęłam się od niego z uśmiechem. Przytaknęłam ruchem głowy i patrzyłam jak chłopak zrównuje się z McCallem.
- Zemścimy się, co nie? – usłyszałam jak jeszcze skierował do bruneta te słowa. Zmiękło mi serce. Westchnęłam i przewróciłam oczyma z lekkim uśmieszkiem. Mój głupiutki Lahey.



Lydia podwiozła mnie do domu. Westchnęłam i chwyciłam za klamkę.
- Erica… - zatrzymała mnie jeszcze. Spojrzałam na nią z zapytaniem. – Gdybyś czegoś potrzebowała to dzwoń. Do mnie, do Isaaca. I po prostu powiedz, ok?
- Dobrze, dziękuję. Za wszystko – odparłam i uścisnęłam ją na pożegnanie. Dziewczyna obdarzyła mnie buziakiem w policzek i wypuściła mnie z objęć.
- Jednak cieszyłabym się bardziej, gdybyś zadzwoniła najpierw do mnie – dodała, gdy już wysiadłam. Uśmiechnęłam się szeroko i wyciągnęłam swoją torbę z tylniego siedzenia. Idąc do domu odwróciłam się jeszcze i pomachałam swojej przyjaciółce na pożegnanie. Z ciężkim sercem zadzwoniłam na dzwonek do drzwi. Otworzył mi tato.
- Cześć… Ja… - urwałam i patrzyłam na człowieka, który przez te wszystkie lata mnie wychowywał. Teraz wyglądał… na zmęczonego, pojawiły mu się zmarszczki jako oznaka starości. Okulary w grubych czarnych oprawkach zsunęły mu się trochę z nosa. Sprawiał wrażenie wyprutego z emocji. Westchnęłam a on odpowiedział mi tym samym.
- Cieszę się, że wróciłaś – powiedział cicho i przytulił mnie do siebie.
- Wiem. Ja też – szepnęłam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Miss_Lena
Stały Bywalec
Stały Bywalec


Liczba postów : 89
Punkty : 15
Join date : 28/10/2012
Age : 19

PisanieTemat: Re: I am not alone.   26/12/2012, 15:55

Genialne ! Very Happy Obydwa rozdziały. Choć z początku niebardzo podobał mi się parring Erici z Isaacem, to teraz stwierdzam, że to całkiem ciekawe połączenie i możliwe, że coś z tego fajnego wyniknie. O ile Erica przestanie się tak usilnie bronić. Bosh... Łowcy mnie powoli wkurzają, zaczynają przeginać i odbierają Erice wszystkich, których kocha. To okrutne >.<
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   3/1/2013, 19:43

I kolejny rozdział ;> Nie lubię go, ale... jest mi potrzebny xd. Bez zbędnych tłumaczeń. ;p

ROZDZIAŁ 13
URODZINY LYDII

- Co myślisz o tej sukience?
- Jest śliczna – odpowiedziałam szczerze. Chodziłyśmy z Lydią po sklepach od ponad godziny i wybierałyśmy wspólnie kieckę na jej przyjęcie urodzinowe. Tym razem Martin pokazała mi granatową, króciutką sukienkę z bufiastymi rękawami i dołem na bombkę. Naprawdę mi się podobała, pasowałaby jej. Miała taki elegancki i klasyczny styl.
- Jesteś pewna, że nie chcesz przyjść na moje przyjęcie? – zapytała mnie Lydia, zabawnie marszcząc czoło.
- Chciałabym przyjść – odparłam z westchnieniem i zamaszystym ruchem przesunęłam kilka wieszaków z sukienkami, przyjrzałam się im dokładnie, jednak żadna z nich nie przykuła jakoś szczególnie mojej uwagi – ale nie mogę. Wiesz, że dzisiaj jest pełnia.
- No wiem. Szkoda. – Lydia posłała mi smutny uśmiech. – A co z twoją mamą?
- Niby w porządku, ale… jeszcze przetrzymują ją na obserwacji. Sama nie wiem po co. Jakieś dodatkowe badania czy coś takiego.

Dziewczyna pokiwała ze zrozumieniem głową. Niespodziewanie wyjęła jedną z rzędu sukienek. Była prosta, miała pięknie zdobiony i idealnie wycięty przód bez ramiączek oraz była wiązana z tyłu niczym gorset, posiadała też kusy, zakrywający tylko jedno kolano, plisowany spód. O kolorze ecru wchodzącym w róż. Natychmiast pożałowałam, że nie wybieram się do Lydii, bo z pewnością bym ją założyła. Rudowłosa zauważyła, że przyglądam się sukience, bo przyłożyła ją do mnie z lekkim uśmiechem.
- Przymierz – zażądała. Pokręciłam przecząco głową i niechętnie odsunęłam od siebie sukienkę.
- Nie miałabym nawet gdzie jej założyć.
- Tylko przymierz – upierała się dziewczyna.

Nie trzeba było mnie długo namawiać. Bardzo szybko wcisnęłam się w sukienkę. Sama przed sobą przyznałam, że wyglądałam w niej świetnie. Przejrzałam się w lustrze. Niepotrzebnie ją przymierzałam, teraz znacznie trudniej było mi ją odłożyć na wieszak i nie kupować jej. Westchnęłam i odsłoniłam czerwoną kotarę. Lydia, która siedziała na miękkim, zielonym fotelu przyjrzała mi się z uśmiechem. Zmrużyła oczy i zacmokała kilka razy. Pewnie poczuła się jak jakieś jury w jednym z tych tandetnych programów.
- Uroczo – skomentowała krótko i przekrzywiła lekko głowę. Zerknęłam na metkę i trochę mnie zamurowało. Sukienka była naprawdę droga, nawet jak na ten sklep. Widocznie była z nowej kolekcji. Skrzywiłam się.
- Bierzesz? – spytała mnie dziewczyna.
- Chyba nawet mnie nie stać – zaśmiałam się z zakłopotaniem i zaczęłam delikatnie ściągać ją z siebie. Przebrałam się w swoje ciuchy i z ciężkim sercem stanęłam przed przyjaciółką.
- Daj, odłożę – zaproponowała Lydia i wyszła z przymierzalni. Podczas, gdy ja zajęłam się oglądaniem dodatków do sukienek takich jak ozdobnych spinek w kształcie różyczek czy też różnorakiej biżuterii. W końcu wybrałam srebrny łańcuszek z wisiorkiem w kształcie ogromnego serca, kolczyki kulki i srebrne bransoletki. Upewniając się, że Martin ogląda kolejne sukienki, zakupiłam dane rzeczy i poprosiłam sprzedawczynię by zapakowała mi to jako prezent w ładny ozdobny papier. Schowałam szybko rzeczy do torebki i podeszłam do Lydii.
- I jak? – spytałam.
- Biorę tą zieloną – oznajmiła i machnęła mi przed oczami sukienką z delikatnej tkaniny. – Poczekasz na mnie w kosmetycznym naprzeciwko?
- Jasne – odparłam i podążyłam we wskazane miejsce.

W sklepie z kosmetykami wybierałam sobie różową szminkę, która niedawno mi się skończyła. Gdy próbowałam jednej z tych malinowych, usłyszałam za sobą głos Boyda. Odwróciłam się i dostrzegłam go stojącego przy lakierach do paznokci. Nieco zdziwił mnie ten widok, więc zaskoczona natychmiast do niego podeszłam ciekawa co on tam robi.

W istocie Boyd był znudzony i stał z założonymi rękami, czekając na pewną kasztanowłosą dziewczynę. Zdziwiona rozpoznałam w niej Stellę – koleżankę ze szkoły.
- Cześć wam! – przywitałam się z uśmiechem. Boyd na mój widok rozpromienił się nieco i natychmiast odwzajemnił uśmiech. Natomiast Stella, widząc reakcję Boyda, zmierzyła mnie beznamiętnym i trochę odpychającym spojrzeniem.
- Cześć – fuknęła.
- Co słychać? – spytałam Boyda nie bardzo rozumiejąc co robi tutaj ze Stellą.
- Moja dziewczyna nie może się zdecydować na co wydać swoje kieszonkowe – mruknął, przewracając oczyma Boyd. Zaśmiałam się szczerze.
- Nie wiedziałam, że masz dziewczynę – powiedziałam z uznaniem i spojrzałam na nieco naburmuszoną Stellę naprawdę przyjaźnie.
- No to teraz już wiesz – mruknęła szorstko dziewczyna.

Odniosłam wrażenie, że chyba mnie nie lubi. Była drobniutką i niemal słodką szatynką o jasnej cerze i niebieskich oczach. Chodziłam z nią na historię i nawet kilka razy pożyczyła mi notatek. No tak, ale to było jeszcze wtedy, gdy miałam epilepsję. Wtedy chyba darzyła mnie sympatią czy może raczej współczuciem. Teraz zdecydowanie za mną nie przepadała. Spróbowałam się do niej uśmiechnąć, ale nawet to starannie zignorowała. Wyprostowała się i wzięła Boyda za rękę.
- To wy się znacie? – spytała swojego chłopaka niby od niechcenia. Tak naprawdę to była raczej zbyt cholernie ciekawa, by dało się to ukryć.
- Tak, przyjaźnimy się – odparł jej chłopak.
- Och, naprawdę? – Jej głos był przepełniony irytacją, której najwyraźniej Boyd nie dostrzegł. Nagle poczułam się nieco głupio. Przecież nie miałam zamiaru konkurować z nią o Boyda. Bez przesady, może zaraz po przemianie bym to zrobiła, bo miałam wtedy wysokie mniemanie o sobie i zdawałam sobie sprawę z tego, że mogę mieć każdego, ale Stella na to nie zasłużyła i poza tym przeszły mnie te głupie pragnienia udowodnienia wszystkim, że jestem lepsza niż niejedna dziewczyna… Przecież.
- Jakoś o tym nie wspomniał – dodała patrząc na mnie twardo. Wzruszyłam ramionami i zaśmiałam się nerwowo. Sytuacja stawała się coraz bardziej krępująca.
- Więc… zakupy, co Stella? – zagadnęłam kompletnie nie wiedząc co powinnam zrobić a chcąc jakoś uratować sytuację.
- No.

Tak krótkiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Stella zawsze wydawała mi się miłą osobą i być może taką była, ale tylko dla starej Erici. Postanowiłam się ewakuować stamtąd.
- Yyy… Chyba muszę lecieć – odezwałam się i wzrokiem zaczęłam szukać Lydii, ale nigdzie jej nie dostrzegałam.
- Dobry pomysł – mruknęła Stella, a ja zaczynałam coraz bardziej być rozdrażniona. Złościło mnie to jak traktowała mnie ta dziewczyna. Jednakże zważywszy na to, że była dziewczyną Boyda, postanowiłam się pohamować i trzymać język za zębami. Choć to, że ubzdurała sobie, że jestem dla niej zagrożeniem, nie było moją winą. Może jeszcze niedawno zareagowałabym agresywnie i coś bym jej odpyskowała, ale obecnie… byłam zbyt zmiękczona i miałam za dużo na głowie, by przejmować się jakąś zazdrośnicą.

Wtedy tuż obok mnie zjawiła się Lydia i kompletnie niewtajemniczona w sytuacje, ponownie zagadnęła parkę.
- Mam nadzieję, że wpadniecie na moje dzisiejsze przyjęcie urodzinowe? – zapytała radośnie, tryskając energią. Objęła mnie przyjaźnie ramieniem i popatrzyła uważnie na Stellę. Zastanawiałam się czy słyszała naszą rozmowę.
- To zależy od towarzystwa – powiedziała głośno Stella i wydęła wargi do przodu. Rzuciła w moim kierunku krótkie i twarde spojrzenie, tak, że aż się spięłam i zmrużyłam groźne oczy. Lydia zmarszczyła brwi i obrzuciła ją szybkim spojrzeniem od stóp do głów.
- Będzie cię krępowało towarzystwo najładniejszych dziewczyn w szkole? Takich jak ja i Erica? – spytała ją dziewczyna. Stella spłonęła rumieńcem a Boyd rzucił jej wściekłe spojrzenie. Dyskretnie i delikatnie obdarowałam ją szturchnięciem w żebra. Tak tylko dla utrzymania pozorów, że mi trochę głupio, w rzeczywistości wcale nie było mi głupio.
- No co? – szepnęła bez zakłopotania dziewczyna i przywołała na twarzy jeden ze swoich czarujących uśmiechów. Odpowiedziałam jej wymownym spojrzeniem.
- My już pójdziemy, do zobaczenia – ostatnie słowa chłopak skierował do mnie. Kiwnęłam mu głową. Dziś była pełnia i mieliśmy spędzić tę noc razem z Derekiem i Isaacem w metrze. Starając się ze wszystkich sił zapanować nad sobą.

Gdy odeszli, niby karcąco zwróciłam się do dziewczyny:
- Lydia…
- Nie musisz dziękować, jesteś moją przyjaciółką! – oznajmiła wesoło rudowłosa i uśmiechnęła się szeroko nadal obejmując mnie ramieniem. Wywróciłam na nią oczyma.
- A teraz chodź! Musimy znaleźć też sukienkę dla Allison – dodała jeszcze i pociągła mnie w stronę kolejnego sklepu.



Kilka godzin później spotkałam się z Derekiem, Boydem i Isaacem w metrze. Obmyślaliśmy plan na pełnię.
- Derek… Myślisz, że nie jesteśmy w stanie sobie poradzić z przemianą? – spytałam z zaciekawieniem.
- Ty i Boyd na pewno nie. Isaac ma przynajmniej jedną już za sobą – odparł mi Derek i otworzył wielki kufer, z którego wypadł pergamin. Lahey schylił się i wskazał na symbol spirali.
- Co to? – spytał.
- Trójszkielet – odpowiedział mu Boyd. Spojrzałam na niego zaskoczona. Zresztą nie tylko ja, oni dwaj również. Niezrażony czarnoskóry kontynuował: - Spirale oznaczają różne rzeczy. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Matkę, ojca, dziecko.
- Wiesz co oznacza to dla mnie? – zapytał go Derek.
- Alfę, betę, omegę?
- Zgadza się – odparł Derek i uśmiechnął się do niego lekko. – To spirala. Przypomina nam o tym, że możemy wznieść się lub upaść. Bety mogą stać się alfami, ale alfy mogę stać się również betami albo nawet omegami.
- Tak jak Scott? – zapytał Isaac i spojrzał beznamiętnie na naszego przywódcę. Posłałam mu wymowne spojrzenie i przewróciłam oczami. Nie musiał tego mówić, dobrze wiedział jak temat przynależności McCalla do stada drażnił Dereka. Ale on tylko zmrużył oczy i odpowiedział mu stanowczo, choć usłyszałam w jego głosie cień niepewności:
- Scott jest z nami.
- Naprawdę? – zdziwił się sztucznie Isaac. Rozejrzał się po metrze. – Gdzie jest teraz?
- Szuka Jacksona – odparł z naciskiem Derek. – Nie martw się, on też nie będzie miał dzisiaj łatwo. Żadne z nas nie będzie miało.

Zajął się wyjmowaniem różne dziwnych sprzętów z kufra. Sprzętów, które już kiedyś widzieliśmy. Szturchnęłam lekko stojącego koło mnie Boyda. Chłopak posłał mi zaniepokojone spojrzenie, jednak ja byłam dziwnie spokojna.
- To cena jaką płacisz za tę moc. Zyskujesz zdolność do uleczania się, ale dziś będziesz chciał zabić wszystko, co tylko znajdziesz – mówił Derek i podawał Isaacowi łańcuch i zatrzaski.
- Dobrze więc, że miałam okres w zeszłym tygodniu – oznajmiłam swobodnie. Boyd nieco speszony odwrócił wzrok, a Isaac odchrząknął z głupkowatym uśmieszkiem. Natomiast Derek parsknął krótko.
- W takim razie ten jest dla ciebie – powiedział unosząc coś w kształcie kołowrotu z zaciskaczami. Z wymuszonym uśmiechem popatrzyłam na kołowrót. Wcale nie wyglądał przyjemnie.

Derek nie pozwolił nam nigdzie już tego dnia wychodzić. Przed dziesiątą mając chwilę dla siebie siedziałam na schodkach i dzwoniłam do Lydii. Po trzech sygnałach odebrała.
- Cześć! – zawołała radośnie.
- Hej, chciałam ci oficjalnie złożyć życzenia, więc wszystkiego najlepszego! Znalazłaś prezent? – spytałam z lekkim uśmiechem.
- Tak! Dziękuję, wszystko jest takie urocze – odpowiedziała mi dziewczyna. – A te kolczyki! Jestem w nich zakochana. Od razu je założyłam!
- Cieszy mnie to. A jak impreza?
- Jakoś się rozkręca – oznajmiła Lydia. Dziwiłabym się, gdyby było inaczej. Uśmiechnęłam się do siebie i wtedy ujrzałam przed sobą postać Isaaca.
- W takim razie miłej zabawy – życzyłam jej i już zamierzałam się rozłączyć, gdy nagle usłyszałam przejęty szept dziewczyny.
- Trzymaj się, Erica.

Przełknęłam ślinę. Zabrzmiało bardzo szczerze, podziękowałam i się rozłączyłam. Poczułam, że dziewczyna naprawdę chciała przekazać mi wsparcie. Isaac usiadł obok mnie, zupełnie nic nie mówiąc.
- Jak było za pierwszym razem? – spytałam.
- Ciężko. Derek przemienił mnie dzień przed pełnią, byłem nowicjuszem i prawie o niczym nie miałem pojęcia. W dodatku wtedy poszedłem do więzienia za podejrzenie o zamordowanie ojca. Siedziałem w celi i czułem jak mnie roznosi. Dyszałem i drapałem po ścianie, ale chęć mordu była ogromna. Stiles i Derek próbowali mnie stamtąd wyciągnąć przed Argentami, którzy chcieli mnie zabić.
- Ahaa – mruknęłam z niedowierzeniem. Wcześniej nie słyszałam o tym, nie zdawałam sobie sprawy jak trudno było Isaacowi.
- To tak tylko w skrócie – zaśmiał się chłopak. Szturchnął mnie kolanem. – Pierwsza najgorsza.
- Dzięki za pocieszenie – mruknęłam znów z rozdrażnieniem i wstałam. Lahey również to uczynił, stanął obok mnie i spojrzał mi w oczy.
- Będzie dobrze.
- Sam w to nie wierzysz.
- Za to ty możesz, ja bardzo bym chciał – odparł ze wzruszeniem ramion. Kiwnął na wagon tramwaju. – Powinniśmy już zacząć się szykować. Derek coś wspomniał, że musimy ciebie pierwsze zabezpieczyć.
- Świetnie – warknęłam.

Weszłam do tramwaju a za mną szatyn. Boyd i Derek wiązali łańcuchy do stalowych rurek i nóżek krzeseł.
- Chodź, Erica – zawołał mnie Derek. Isaac lekko popchnął mnie w jego stronę. Posłałam mu wściekłe spojrzenie. Podeszłam do naszego Alfy i przez chwilę mierzyłam go uważnym spojrzeniem. Derek powiedział mi gdzie mam stanąć i doradził mi żebym trzymała się mocno rurki. Boyd nałożył mi kajdanki na obydwie ręce i przyczepił mnie do rurek. Chwyciłam za nie. To samo zrobił z moimi nogami. Natomiast Laheyowi, Derek kazał stanąć za mną.
- A co jeśli się uwolnimy? – spytał z przestrachem Boyd.
- Pewnie spróbujecie zabić mnie, siebie nawzajem i wszystko, co ma tętno – odpowiedział mu spokojnie Alfa i wyjął kołowrót przygotowany dla mnie. Przełknęłam ślinę. Byłam coraz bardziej przestraszona, choć starałam się tego nie okazywać.
- Musisz ją przytrzymać – zwrócił się do Isaaca. Lahey chwycił mnie pod ramiona, mocno i stanowczo. Przeszedł mnie dreszcz.
- Dlaczego ona ma to nosić na głowie? – spytał trochę z troską.
- Bo wytrzyma znacznie więcej bólu niż wy dwaj – odparł Derek. Z jednej strony poczułam się dumna i silna. Parsknęłam kpiąco śmiechem i zadrżałam. Uścisk Isaaca wzmocnił się. Z drugiej strony nadal się obawiałam tego wszystkiego. Derek wytłumaczył mi, że kołowrót zrobi mi niewielkie rany na czole, nie dość głębokie, ale jednak.
- Mam jeszcze jeden, jeśli bardzo byś chciał – dodał Derek zwracając się do Laheya. Lekko odchyliłam głowę, by spojrzeć na Isaaca.
- Ja spasuję – odpowiedział ze zmarszczeniem czoła. Prychnęłam.
- Gotowa? – spytał mnie brunet i popatrzył mi w oczy.

Choć nie byłam, przytaknęłam. Zacisnęłam ręce jeszcze mocniej na lodowatej rurce, która zrobiła się już ciepła. Prawdę mówiąc chciałabym ściskać w tym momencie rękę Isaaca, na pewno czułabym się dużo pewniej, ale za nic bym się do tego nie przyznała. Moja klatka piersiowa zaczęła unosić się szybciej, oddychałam szybko a zarazem głęboko, starając się uspokoić. Derek zakładał mi kołowrót jakby w zwolnionym tempie. Patrzyłam na Dereka szeroko otwartymi oczami. On zaczął go przekręcać i zaciskać coraz mocniej i mocniej. Poczułam niepowtarzalny ból i aż skuliłam się sobie. Każdy z końców zaczął wbijać się mi do głowy. Isaac ścisnął mnie jeszcze bardziej i przybliżył się znacznie, tak, że nasze ciała dzieliło zaledwie kilka milimetrów, jego dłonie oplotły moje ramiona. Słyszałam jak zgrzyta zębami, ale przecież nic nie mógł zrobić. Zacisnęłam szczęki, ale ból był zbyt wielki. Łzy zebrały mi się w kącikach oczu, ale jeszcze nie płynęły. Widziałam, że Boyd odwrócił wzrok. Natomiast Derek robił to ze stalowymi nerwami. Przez chwilę zastanowiło mnie czy robił to wcześniej swojej siostrze. Zamknęłam oczy i nie mogąc się powstrzymać zaczęłam krzyczeć z bólu, a może krzyczałam już wcześniej. Krew zaczęła spływać mi z ran z czoła. Automatycznie chciałam uciec, ale nie mogłam.
- Derek!! – wydarłam się, odrobinę się szamocąc.
- Koniecznie musisz tak mocno?! – przekrzyczał mnie Isaac ze złością. Zacisnęłam usta i spróbowałam już nie krzyczeć. To i tak nic nie dawało, a chciałam im oszczędzić moich drażniących wrzasków. Zdawałam sobie sprawę z tego, że cała procedura związana z pełnią musi tak przebiegać. I że te wszystkie rzeczy są potrzebne. Przez cały czas to sobie wmawiałam.
- Muszę! – oznajmił ostro Derek. – Erica, przepraszam. To dla większej wytrzymałości – zwrócił się do mnie Alfa łagodnie. A ja musiałam to zrozumieć.

Ból wywołał chęć mordu i chęć przemienia się. Gdy skończył, oddychałam ciężko. Czułam się koszmarnie. W każdym milimetrze mojego ciała czułam ból, przenikliwy i ostry. Derek zajął się Boydem, który zaczął się już trochę trząść. Pewnie trochę z nadmiaru przejęcia. Isaac stanął przede mną i spojrzał na mnie ze smutkiem w oczach.
- Dasz radę, Erica. Musisz tylko to przezwyciężyć – powiedział mi szeptem. – Reyes, nie możesz się teraz poddać.
- Nie poddam – odparłam z trudem. Zaczynałam tracić nad sobą panowanie. Drżałam. Z gardła wydobywał mi się warkot. Szczęknęłam zębami, na co Isaac odsunął się. Czułam się taka bezradna i całkowicie też bezwładna. Praktycznie wisiałam w powietrzu. Chłopak chciał mi chyba coś jeszcze powiedzieć, ale Derek podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu.
- Teraz ty.

Odeszli od nas o kilka rzędów. Isaac usiadł na krześle i oglądnął się na mnie ze smutkiem w oczach, a Derek zaczął zakładać mu kajdanki i łańcuch. Przymocował go do krzesła.
- Jak to możliwe, że ty tego nie czujesz? – spytał go chłopak drżącym głosem.
- Czuję to w każdej sekundzie. – Wraz z tymi słowami czułam jeszcze większy ból. Nie wiedzieć czemu zaczynały mi się przypominać wszystkie upokorzenia jakich doświadczyłam. Wszystkie krzywdy jakie wyrządziły mi dzieciaki ze szkoły.
- Więc jak to kontrolujesz? – pytał dalej Isaac. Z trudem wyłapywałam słowa. Czułam się jakby zawieszona między tym co się działo, bólem niewiadomo skąd i przykrymi wspomnieniami, które budziły we mnie tylko wściekłość i agresję. Chciałam się skupić jedynie na tym co tu i teraz, ale nie potrafiłam. Negatywne emocje były silniejsze.
- Musisz znaleźć sobie coś, czego się trzymasz. Co ma dla ciebie znaczenie, uczep się tego. Niech twoja ludzka strona panuje – odparł mu Derek. Skupiłam się na tych słowach, ale nie znalazłam żadnego punktu zaczepienia. Świat zaczął wirować a ja kompletnie nie rozumiałam tego, co się dzieje. Słyszałam tylko głosy Isaaca i Dereka, które drażniły moje uszy.
- Co to dla ciebie?
- Gniew. Ale to nie musi działać dla wszystkich.
- Masz na myśli Scotta?
- Tak… Dobra, to powinno wystarczyć. – I to było ostatnie zdanie jakie w pełni zrozumiałam, bo poczułam w siebie nagle ogromny wybuch agresji, gniewu, złości. Przemieniłam się w potwora. A przynajmniej byłam w trakcie. Odczuwałam zmiany wewnętrzne i zewnętrzne. Dominowała nade mną złość. Przypominając sobie słowa Dereka, starałam się czegoś uczepić, ale nic szczególnego nie przychodziło mi do głowy. Ból był silniejszy. Przez niego w moim umyśle panowała ciemna pustka. Nie słyszałam niczego oprócz bicia serc Isaaca i Boyda. Derek gdzieś zniknął, nie było go w wagonie, czułam to. Rozdzieraliśmy się w niebogłosy i próbowaliśmy się jakoś wyrwać. Iii… Udało mi się. Wyrwałam się i wtedy też straciłam świadomość tego, co robię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Smee.
Zaatakowany
Zaatakowany


Liczba postów : 237
Punkty : 5
Join date : 19/12/2012

PisanieTemat: Re: I am not alone.   8/1/2013, 21:08

Dobra nadrobiłam już wszystkie rozdziały, więc mogę skomentować.
Zacznę od twojego stylu pisania, który masz świetny. Szybko się czyta, fajnie i przyjemnie. Za to duży plus Wink

A co do samej fabuły też extra. Łowcy, przyjaźń z Lydią i wszystko to się tak fajnie w całość łączy. Bardzo mi się też spodobał twój Isaac. Jest właśnie taki Isaacowy. A jego romantyczne sceny z Ericą to bajka. Jakoś za tą parą nie jestem ale tu u ciebie fajnie ona wygląda np. noszenie jego bluzy me gusta Very Happy Ja też bluzy kolegów cały czas nosze.

Ogólnie rzecz ujmując jest super dobrze i będę zaglądać, żeby dalej czytać. Licze na sex Isaac i Erici Very Happy

PS: Twoje rozdziały czytałam zawsze wieczorkiem pod kołdrą z tabletem i kakałkiem. Każdemu polecam taki wieczorny relaks z twoim opowiadaniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   14/1/2013, 16:44

Strasznie mi miło Smee., że chciało Ci się aż tyle czytać! xD Dziękujęęę za opinię ;* <3 Cieszę się też, że podoba Ci się fabuła i ten ship xd Co do:
Smee. napisał:
Licze na sex Isaac i Erici Very Happy
to ehem, ehem, tego nie skomentuje, ale powiedzmy, że nie chciałabym Cię zawieść i raczej tego nie planuje xd.
A zatem kolejny rozdział special for you, Karolino! :heart:

ROZDZIAŁ 14
POSTERUNEK POLICJI



Mama wróciła do domu dzień po mojej pierwszej pełni. Wtedy gdy czułam się pełna energii i jakby całkowicie odrodzona. Dogadywałyśmy się… Jakoś. Ani słowa o „tej sprawie”. Cieszyłam się, że wszystko z nią w porządku. I miałam ogromną ochotę skopać tyłek owemu łowcy, który spowodował wypadek. Przez te trzy dni(oprócz dnia urodzin Lydii i pełni), podczas nieobecności mojej mamy, regularnie odwiedzał mnie Isaac, jego wymówka brzmiała: „twojego taty nie ma w domu, co oznacza, że będziesz siedzieć sama i się nudzić”. Owszem, tato pracował od rana do nocy. Chciał sobie wziąć wolne, gdy wróci mama, więc wziął kilka nadgodzin. Lahey chyba nie chciał mnie zostawiać samej z własnymi myślami. Przychodził do mnie akurat w porze obiadowej, czyli około siedemnastej i choć nie usłyszałam z jego ust ani słowa pochwały, wiedziałam, że najzwyczajniej w świecie smakuje mu moja tradycyjna kuchnia. Spędzaliśmy razem czas głównie na rozmowie o sprawach codziennych takich jak szkoła czy też życie przed przemianą i grze na Xboxie. Ani słowa o „futerkowym problemie” (jak to pięknie zostało ujęte w książkach J.K.Rowling, które czytałam, gdy byłam młodsza) w moim domu.

- Jak się czujesz, mamo? – spytałam kobietę, przygotowując zupę pomidorową. Matka uśmiechnęła się do mnie dobrotliwie znad krzyżówek. Odgarnęła swoje krótkie blond włosy za ucho. Ostatnio zafundowała sobie nową fryzurę tzw. boba. Pierwszy raz to ja gotowałam dla niej. Co innego dla siebie czy dla taty, ale dla niej… Nigdy wcześniej tego nie robiłam. To była zupełnie nowa sytuacja.
- Och, coraz lepiej. Właściwie jutro już idę zajmować się przygotowaniem targu książek. – Spojrzałam na nią niepewnie i uniosłam zaskoczona jedną brew. No tak, nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła.
- Jesteś pewna, że dasz sobie radę? – zapytałam z troską.
- Oczywiście. Nie mam zamiaru siedzieć w domu i się nudzić – oznajmiła stanowczo i wzruszyła lekceważąco ramionami. Westchnęłam i wyjęłam trzy głębokie miski z półki. Ustawiłam je na blacie w kuchni i ponownie skierowałam na nią wzrok z szerokim uśmiechem.

Wtem dostrzegłam jak drzwi wejściowe się otwierają i wchodzi przez nie Isaac, całkowicie legalnie, gdyż było otwarte. Uśmiechnęłam się na jego widok, co zauważyła moja mama i natychmiast się odwróciła w jego stronę. Zanim jednak zdążyłam się odezwać, on wypalił:
- Reyes, mam nadzieję, że masz coś dobrego dzisiaj, bo normalnie umieram z głodu – zamknął za sobą drzwi i zaczął ściągać swoją czarną bluzę. Rzucił ją niedbale na wieszak. – Jestem taki głodny, że zjadłbym nawet wilko… - urwał widząc moją mamę. Wytrzeszczył na nią oczy i otworzył szeroko usta. Mama wpatrywała się w niego lekko zdumiona, ale i z pobłażliwym uśmieszkiem. Uśmiechnęłam się kpiąco i postukałam w brodę. Bezgłośnie powiedziałam: „zamknij buzię”. Chłopak odchrząknął i automatycznie to uczynił. Przeczesał ręką włosy.
- Dzień… Dzień dobry, pani Reyes. Nie wiedziałem, że dzisiaj pani wraca do domu. - Wtem z łazienki wyszedł mój tata, ubrany w granatową koszulę i czarne spodnie. W biegu poprawiał swój czerwony krawat. – Dzień dobry, panie Reyes.
- Witaj, Isaac – mój ojciec od razu do niego podszedł i wymienił z nim uścisk dłoni. Dość swobodnie jak na niego, stwierdziłam. – Zostajesz na obiedzie?
- Ja… Bardzo chętnie, jeśli tylko mogę. – Delikatny rumieniec wystąpił na twarzy szatyna. RUMIENIEC! U Laheya! Przewróciłam oczyma i z szerokim uśmiechem wyjęłam jeszcze czwartą miskę.

Moi rodzice usiedli do stołu. Mama przez cały czas przyglądała się nieco podejrzliwie Isaacowi. Być może nie miała o nim dobrego zdania, zawsze była strasznie ostrożna w kontaktach z innymi. Poza tam miała uszy, na pewno słyszała o nim to i owo – plotki. I kojarzyła go z moją ucieczką. Chłopak nieco speszony podszedł do mnie i zaoferował swoją pomoc. Słyszałam jak matka szeptem pyta taty czy to codzienna sytuacja. Kpiący uśmieszek wkradł się na moje usta.
- Nie mogłaś mnie uprzedzić? – szepnął do mnie Isaac z lekkim poirytowaniem. Na szczęście tato włączył telewizor, co nieco nas zagłuszyło.
- A ty mnie? – spytałam, ledwo powstrzymując się od zaśmiania się. Wzięłam z blatu jedną z misek i nalałam do niej zupy. – Gdybym wiedziała, że zamierzasz pokazać mojej mamie jak bardzo swobodnie się u mnie czujesz, to, owszem, dałabym ci znać.
- Twoja mama mnie chyba nie lubi – oznajmił niepewnie chłopak i naciągnął rękawy bluzki na dłonie. Skarciłam go wzrokiem i rzuciłam groźne spojrzenie na jego ręce, nie cierpiałam u niego tego nawyku. Natychmiast poprawił rękawy i spojrzał na mnie uważnie.
- Nie marudź i idź jej to zanieść – odparłam tylko, podając mu miskę. Isaac pośpiesznie to uczynił. Zauważyłam, że uśmiechnął się do mojej mamy, gdy stawiał przed nią naczynie. Matka odwzajemniła delikatnie uśmiech i zabrała się za jedzenie.
- Na pewno mogę zostać? – spytał mnie Isaac, gdy już do mnie wrócił. Zgromiłam go wzrokiem i podałam kolejny talerz.
- Przecież jadasz u mnie od kilku dni – odpowiedziałam nieco poirytowana jego niepotrzebnym stresem. Jednocześnie śmiałam się z niego w duchu. Przecież Isaac Lahey nigdy nie miał tremy, a tu proszę, lekka panika z powodu moich rodziców.
- Cicho – szepnął gorączkowo i rzucił szybkie spojrzenie w kierunku stołu. – Chodzi mi o to czy nie będę przeszkadzał? Wiesz… To raczej rodzinny obiad.

Westchnęłam ciężko i zbliżyłam się do niego. Uniosłam się nieco na palcach i niewiele myśląc, szybko wyszeptałam mu do ucha:
- Jesteśmy w jednym stadzie. Też należysz do mojej rodziny. A teraz przestań się tak bać i po prostu zjedz z nami ten cholerny obiad!

Mój tata wykazał się niesamowitym taktem omijając sprawę rodziców Isaaca. Co normalnie by nie przeszło, bo lubił o wszystko wypytywać. Na szczęście z Isaacem rozmawiał na całkiem bezpieczne tematy takie jak szkoła, praca, polityka i wydarzenia, które miały miejsce w Beacon Hills. Widziałam jak szatyn siłą woli powstrzymuje się przed palnięciem czego ważnego na NASZ temat. Trzeba mu przyznać, że potrafił pleść niezłe wymijające bzdury na każdy temat. Tata również niesamowicie zaciekawił się grą w lacrosse. Byłam mu za to wdzięczna, bo dobrze wiedziałam, że dla Laheya temat rodziny był niezwykle trudny i niemal zakazany. Nie chciałam by ten obiad przeistoczył się w krępujący czy też nieprzyjemny. Tak się nie stało. Nawet mama, od której z początku wiało podejrzliwością, rozluźniła się i nawet kilka razy się zaśmiała. Podczas, gdy ja serwowałam drugie danie (kurczaka w ziołach, który ewidentnie smakował mojemu przyjacielowi), kątem oka dostrzegłam, że wymieniła kilka zdań z Isaacem. Być może nawet go polubiła. Co więcej stwierdziłam, że Lahey pasuje do mojego obrazka rodziny. Choć z początku nieco panikował, to doskonale się wpasował. Niemal tak jak kiedyś Casper.

Gdy później oboje zajęliśmy się wspólnym zmywaniem talerzy, w sensie; ja zmywałam, a on wycierał, chłopak zagadnął mnie cicho:
- Wiesz… Wydaje nam się, że mama Scotta też jest ciągle na celowniku, za to szeryf Stilinski mija się z tym wszystkim niemal na granicy. Wasi bliscy są przez cały czas zagrożeni. – Pokiwałam na słowa Isaaca przytakująco głową, miał rację. Robiło się coraz bardziej niebezpieczniej. Łowcy traktowali nas jakbyśmy byli groźni dla otoczenia, a tymczasem to oni krzywdzili niewinnych i niewiedzących o niczym ludzi. Gdyby mojej mamie stało się coś poważniejszego, pewnie nigdy bym sobie tego nie wybaczyła.
- Było miło – zmieniłam temat i posłałam mu delikatny uśmiech – jeśli chcesz możesz częściej do nas wpadać.
- Dzięki, Erica – odparł nieco zdezorientowany.

Gdy skończyliśmy, zaprosiłam go do swojego pokoju. Chłopak wygodnie rozłożył się na moim łóżku i spojrzał na antyramę.
- O nie! Martin miała rację! – zawołał z udawanym przejęciem wskazując na nasze wspólne zdjęcie zrobione w restauracji przez Lydię. Zaśmiałam się perliście.
- Hej, czy Casper się do ciebie odzywał? – zmienił nagle temat. Spochmurniałam i zaprzeczyłam ruchem głowy. Chłopak usiadł i rzucił mi zaniepokojone spojrzenie. - Myślisz, że coś mu się stało?
- Niee. Pewnie dobrze się bawi, we Francji, ze swoją dziewczyną – odparłam gorzko i odwróciłam wzrok. Sięgnęłam do półki nad biurkiem i wyjęłam z niej lakier do paznokci o odcieniu beżowym. Pociągnęłam pędzelkiem jednym, pełnym ruchem po palcu wskazującym.
- Szkoda. Wyglądało na to, że się przyjaźniliście.
- Kiedyś tak. Był moim wsparciem w szkole i jako jedyny lubił tamtą mnie za charakter. Tylko, że ja już nie jestem biedną, małą Ericą z epilepsją.
- Ale podarował ci tą obrączkę, którą nosisz, prawda? – zapytał nieco z niesmakiem. Popatrzyłam na niego z lekkim szokiem. Zmarszczyłam brwi i posłałam mu pytające spojrzenie. Robiłam się coraz bardziej rozdrażniona.
- Pisze na niej "Best Friend Forever" – wytłumaczyłam pośpiesznie i nieco z irytacją, bo czułam się tak jakbym powinna się mu tłumaczyć.
- Możliwe, ale raczej wiadomo co oznacza symbolicznie.
- O co ci chodzi? – parsknęłam.
- Nie no… O nic. Tak tylko mówię.
- Więc przestań, bo to się robi drażniące – powiedziałam i powróciłam do malowania paznokci. Zgrabnie skończyłam jedną rękę i zajęłam się drugą.

Przez chwilę milczeliśmy. Wtedy Isaac dostała smsa. Pośpiesznie go odczytał i zmarszczył brwi.
- O co chodzi? – spytałam, machając dłońmi po to by lakier szybciej wyschnął.
- Nasze stadko ma kłopoty – odpowiedział mi z zażenowaniem i pokazał mi wiadomość tekstową, która zawierała tylko trzy słowa klucze: „POSTERUNEK, SCOTT, KANIMA”. Również i ja zmarszczyłam brwi, gwałtownie wstałam.
- Idziemy – zakomenderowałam i wyjęłam z szafy swoją brązową, skórzaną kurtkę.
- Nie sądzisz, że powinnaś zostać w domu? Z rodzicami? Przestać robić wszystko wbrew ich woli? – zatrzymał mnie chłopak, zasłaniając drzwi swoim ciałem. Zmrużyłam oczy i popchnęłam go lekko, ale on uparcie stał w progu.
- Nie. Przestań mnie odsuwać od wszelkich akcji… Nie jestem słaba - mruknęłam ze złością i ukułam go w żebra. Syknął i skulił się na chwilę. Rozmasował miejsce, w które wbiłam swój pazur i bezradnie z niezadowoloną miną, przepuścił mnie w drzwiach.
- Może chociaż ich poinformuj? – szepnął mi we włosy, gdy przechodziłam. Z westchnieniem i zrezygnowaniem pokonałam kilka kroków i zapukałam do pokoju rodziców. Nacisnęłam na klamkę i wsunęłam głowę do ich bordowego pokoju wraz z wywołaniem najpiękniejszego uśmiechu na jaki mnie było stać.
- Mamo, czy mogę wyjść? Na chwilę? – spytałam widząc jak leży na łóżku i czyta jakąś książkę Sparksa przy zapalonym świetle lampki nocnej. Na nosie miała okulary w niebieskich oprawkach, specjalne do czytania. Obok niej tato już smacznie spał.
- Z Isaacem? – upewniła się kobieta.
- Tak – odparłam z przesadnym optymizmem. Dłonią trzymałam lekko uchylone drzwi. O żółtą ścianę w korytarzu opierał się Isaac i patrzył na mnie z kpiącym uśmieszkiem, kątem oka widziałam jak napawał się dumą. Przyglądał mi się zbyt nachalnie jak na mój gust, ale nie zdradzałam swoich emocji. Odrzuciłam swoje kręcone włosy na bok i zganiłam go dyskretnie spojrzeniem.
- Dobrze, ale nie wróć zbyt późno, ok? – powiedziała mi mama, na co ponownie zwróciłam się w jej stronę.
- Ok, mamo – odparłam z zadowoleniem i cicho zamknęłam drzwi. – Szczęśliwy?
- Przynajmniej mam czyste sumienie – odpowiedział i podążył za mną do wyjścia.


[ Skillet – Hero ]

Brak auta zaczynał mnie powoli wkurzać. Szczególnie jeśli zależało nam na czasie. Pojechaliśmy… rowerem. Siedziałam na kierownicy a Isaac prowadził i pedałował najszybciej jak tylko potrafił. Wcześniej nigdy bym się na coś takiego nie zgodziła, ale chyba zaczynałam mu coraz bardziej ufać. Kurczowo trzymałam się kierownicy i zastanawiałam się ile ten rower jest w stanie jeszcze wytrzymać. Jego historia na pewno będzie niezapomniana.
- Nie wiem dlaczego, ale wyczuwam kłopoty… - mruknęłam z bijącym sercem. – Coś ważnego się dziś wydarzy.
- Jesteś medium? – warknął chłopak, on również stał się lekko podenerwowany, czego nie mogłam mu mieć za złe.
- Tak, Isaac, jestem medium – odpowiedziałam sarkastycznie i wywróciłam oczyma, czego zauważyć nie mógł.

Zatrzymał się przed komisariatem, pośpiesznie zeskoczyłam z roweru i spojrzałam podejrzliwie na budynek. Przed nim stało kilka samochodów, jeden należący do Stilinskich, mamy Scotta oraz wóź policyjny i…
- Czy to auto Matta? – spytałam marszcząc brwi. Wskazałam na czarny samochód stojący najbliżej wejścia. Wymieniłam z szatynem porozumiewawcze spojrzenie. Zielone oczy chłopaka błysnęły złowrogo.
- Wiedziałem, że coś jest nie tak z tym gnojkiem – mruknął ostro Lahey i włożył ręce do kieszeni. – Co robimy?
- Cicho tu – szepnęłam, nie odpowiadając mu na jego pytanie. Wewnątrz paliły się światła, ale panowała grobowa cisza, zupełnie jakby nikogo w środku nie było. Ale byli. Wyczuwałam ich wymieszane zapachy i słyszałam przyśpieszone oddechy. Isaac zapewne też.
- Za cicho. Chodź – powiedział i ruszył pierwszy. Przyłożyliśmy zgodnie uszy do drzwi, co pewnie musiało wyglądać głupio. I w zasadzie było to zupełnie bezcelowe. Wciągnęłam powietrze przez nos.
- Wyczuwam… Stilesa? – szepnęłam niepewnie, bo naprawdę wydawało mi się, że wyczułam jego zapach. Dość charakterystyczny i rozpoznawalny jak dla mnie.
- Och, więc tak pachnie strach? – zapytał złośliwie szatyn i również się zaciągnął powietrzem. Posłałam mu groźne spojrzenie, ale on nic sobie z tego nie zrobił. - Wchodzimy.

Nacisnął na klamkę i wszedł do środka. Naszym oczom ukazały się zmasakrowane ciała kilku policjantów. Przełknęłam ślinę i skrzywiłam się z odrazą. Spojrzałam w bok i ujrzałam z lewej strony w kolejnym pomieszczeniu leżących na podłodze naszego Alfę i wiecznego towarzysza McCalla. Szturchnęłam Isaaca i kiwnęłam w ich stronę. Szybko do nich podeszliśmy. Wyraźnie ucieszyli się na nasz widok. Przynajmniej po Stilesie mogłam to zobaczyć.
- Oooo! Nareszcie. Erica, wbij we mnie pazurki – rzekł Derek i ponaglił mnie spojrzeniem. Uniosłam sarkastycznie jedną brew, ale wykonałam jego polecenie bez słowa sprzeciwu.
- Wyglądacie… tak słodko razem – skomentował Lahey i utworzył serduszko z palców biorąc w nie niczym obraz Dereka i Stilesa. Za dużo czasu z Lydią, stwierdziłam w myślach i cicho się zaśmiałam.
- Romantycznie, nieprawdaż? – mruknął ironicznie Stilinski i przewrócił oczami. – Erica, błagam, uratuj mnie z tej żenującej sytuacji.
- Co tu się w ogóle dzieje? – zapytałam i rozejrzałam się na boki. Wszystko wyglądało tak jakby przebiegł tędy Jackson i zapewne nie mijałam się daleko z prawdą.
- Matt kontroluje Jacksona. Szeryf i pani McCall są w areszcie. Natomiast Matt cały czas rozmawia z Scottem, włócząc go za sobą. Postrzelił go. Musimy coś zrobić zanim Argentowie się dowiedzą – syknął ze złością Derek i skrzywił się nieznacznie z bólu. Wbijał sobie pazury bardziej w nogę. Chciał by toksyna całkowicie się z niego ulotniła i to w jak najszybszym czasie.
- Erica, zajmij się Stilesem i pozostałymi uwięzionymi, ja i Derek spróbujemy opanować tą głupią sytuację – zadyrygował Isaac.
- Od kiedy ty tu dowodzisz? – syknęłam groźnie i zmrużyłam oczy.
- Ja tu dowodzę! – oznajmił twardo Derek zanim jeszcze Lahey zdążył się odezwać. Oboje spojrzeliśmy w dół, na niego. – Rób co mówi.

Westchnęłam teatralnie i chwyciłam Stilesa za nogi. Zaczęłam go ciągnąć po podłodze w stronę wejścia. Co chwilę oglądałam się przez ramię, obawiając się wyskakującego znikąd Jacksona.
- Rany, jakiś ty sztywny i ciężki – mruknęłam. Dostrzegłam, że chłopak ma na sobie moją ulubioną koszulę w niebieską kratę, w której zawsze wyglądał bardzo pociągająco. Może w innych okolicznościach wspomniałabym mu o tym.
- Och, nie bądź niemiła – odpowiedział mi Stiles. Uśmiechnęłam się i dmuchnęłam na kosmyk, który stale opadał mi na oczy.
– A czy jeśli tobie wbije się do skóry to też toksyna zacznie uchodzić? – spytałam niepewnie.
- Pewnie tak – odparł krótko. Delikatnie się wbiłam, na co syknął z bólu. Przewróciłam oczyma i oparłam się o drzwi, mocno szturchnęłam je biodrem, by się otworzyły. Wyszłam na świeże powietrze, wyciągając go za sobą.
- Ała, ał, ał – powiedział chłopak, gdy niezbyt łagodnie ściągnęłam go ze stopnia. Posłałam mu przepraszający uśmieszek i zaciągnęłam go pod jego samochód. Oparłam go o niego i już zamierzałam wracać po resztę zakładników, gdy nagle Stiles mnie zatrzymał:
- Hej, hej, Erica…
- Tak? – spytałam i spojrzałam na niego bardzo uważnie. Szatyn westchnął. W jego brązowych oczach czaił się niepokój i strach.
- Mój tata… On nie wiem o… Tym wszystkim, więc proszę cię nie rób zbyt spektakularnego przedstawienia, ok? – Przytaknęłam ruchem głowy.
- Będzie dobrze – rzuciłam w przelocie i pobiegłam w stronę komisariatu. Skierowałam się w stronę cel, uważając jednocześnie, by nie natknąć się na Jacksona-kanemę. Nadal bałam się bezpośredniego kontaktu z nim i chyba nikt nie mógł się mi dziwić. Ostrożnie stawiałam każdy krok. Gdy doszłam do końca korytarza i zaczęłam mijać kolejne cele, światła zaczęły wściekle migotać. Przyśpieszyłam, prawie biegłam. W końcu dotarłam do celi gdzie znajdowali się szeryf i pielęgniarka.
- Erica! – zawołała pani McCall na wpół uradowana, na wpół zmartwiona. Uśmiechnęłam się do niej pocieszająco i podążyłam do pana Stilinskiego. Mężczyzna był w średnim wieku, szatyn o brązowych oczach, niewiele podobny do Stilesa, stwierdziłam, że pewnie Stiles bardziej przypomina swoją mamę. Tym razem uśmiech skierowałam w jego stronę.
- Wszystko w porządku, szeryfie? – spytałam. Mężczyzna przytaknął ruchem głowy.
- Co z moim synem? – spytał mnie natychmiast.
- Jest już na zewnątrz. Niech się pan nie martwi. Wszystko z nim ok, jest tylko troszkę sparaliżowany. – Uwolniłam mężczyznę z kajdanek. Światło nadal migało. Szeryf Stilinski uwolnił mamę Scotta, wydobywając z tajnej skrytki w cegłach zapasowe klucze.
- Ok, muszą państwo natychmiast opuścić budynek – oznajmiłam szybko. Wyszliśmy na korytarz i wtedy zapanowała ciemność. Przeklęłam w myślach. Do szyb ktoś zaczął strzelać. Z krzykiem padliśmy na ziemię. Gdy skończyli, ponownie wstaliśmy i znów skierowaliśmy się do wyjścia. Wyprowadziłam ich z budynku i dostrzegłam łowców, których się tutaj i tak spodziewałam. Przełknęłam ślinę ze strachu i zbliżyłam się do pani McCall, która chyba stwierdziła, że przypływ adrenaliny mnie upuścił i się w końcu zaczęłam bać, bo objęła mnie uspokajająco ramieniem. Nie tego tak do końca potrzebowałam, ale miło z jej strony.

Wtedy staruszek, a dokładnie dziadek Allison – Gerard, odezwał się z fałszywym uśmiechem:
- Niech się państwo nie boją, zadbamy o wszystko. – Łowcy weszli do budynku. A ja stałam jak głupia, obejmowana przez panią McCall i nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa. Pan Stilinski podbiegł do swojego syna, który odzyskał już czucie, ale nadal był nieco pozbawiony sił. Podniósł go i zaczął się go o wszystko wypytywać.
- Erica, byłaś bardzo dzielna – szepnęła do mnie kobieta. Podziękowałam jej uśmiechem, ale nadal byłam spięta. Gerard wpatrywał się we mnie nienawistnym wzrokiem, ale wiedziałam, że nie może mi nic zrobić. Nie przy świadkach. Odpowiedziałam mu takim samym spojrzeniem.

W środku toczyła się prawdziwa walka, wszystko latało; krzesła, mebla a nawet ludzie. Postanowiłam tego nie komentować. Chciałam do nich dołączyć, pomóc im, ale pani McCall ani na chwilę nie wypuszczała mnie z objęć. Razem ze mną podeszła do Stilesa, którego pragnęła szybko opatrzyć. Nagle usłyszałam krzyk od strony magazynu i jednocześnie garażu posterunkowego. Niewiele myśląc wyrwałam się mamie Scotta i pobiegłam tam. Latynoska coś za mną krzyknęła, ale ani na chwilę nie zwolniłam.
Ujrzałam sparaliżowaną Allison a nad nią Matta, który mówił jakiś oklepany tekst, że jeżeli nie będzie jego to nie będzie niczyja. Za dużo filmów, pomyślałam i przewróciłam oczyma.
- Hej Matt – zawołałam i wyostrzyłam pazury. Warknęłam na niego i wtedy dopiero brunet na mnie spojrzał. Wyprostował się i przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Był ode mnie nieco wyższy, ale poza tym raczej nie mógł mnie skrzywdzić gołymi rękami. – To nie dramat obyczajowy.
- Reyes, uważaj, bo dostaniesz palpitacji serca.
- Coś ci się chyba pomyliło – warknęłam i rzuciłam się na niego. Chłopak władował mi kulkę w biodro, ale nawet to mnie nie powstrzymało przed odepchnięciem go. Uderzyłam nim o ścianę. Przytrzymałam ranę i podeszłam do Argent.
- Nie potrzebuję pomocy! – syknęła złowrogo brunetka. Czarne loki okalały jej bladą twarz. Spojrzałam na nią z niemałym szokiem. Jej oczy ciskały we mnie błyskawicami. Wyrażały ogromną nienawiść, taką, jakiej jeszcze nigdy u niej nie widziałam.
- Cóż, za późno, już się poświęciłam – oznajmiłam poirytowana i zaczęłam ciągnąć ją na zewnątrz. Dziewczyna nie opierała się, ale chyba też nie bardzo mogła, w każdym bądź razie nic nie mówiła. Rana krwawiła mi zawzięcie, ale wiedziałam też, że za jakiś czas przestanie.
- Ja to zrobię. – Tuż obok mnie pojawił się jej ojciec i przejął ode mnie dziewczynę. Spojrzał na mnie przenikliwie. Mogłam nawet stwierdzić, że widzę… Cień zrozumienia?
- Radziłbym ci stąd uciekać. Może się zrobić nieprzyjemnie, szczególnie jeśli chodzi o Dereka.
- Nie zostawię tutaj ani jego, ani Scotta czy Isaaca – oznajmiła twardo i chwyciłam się za ranę. Zagryzłam wargę i popatrzyłam na niego ostro.
- Tylko cię ostrzegam, dziecko – powiedział tonem, który zabrzmiał nawet… opiekuńczo. Wzięłam kilka głębokich oddechów i wybiegłam stamtąd. Coś było wyraźnie nie tak, tylko jeszcze nie wiedziałam co.

Gdy powróciłam do pani McCall, kobieta natychmiast chciała mnie obejrzeć, ale nie pozwoliłam jej na to, powiedziałam, że to tylko zadrapanie i zakryłam ranę. Nagle ponownie usłyszeliśmy krzyki, a raczej ryki. Poza tym doszedł do nas także przejęty wrzask Isaaca, który krzyczał wyraźnie: „Scott”. Kobieta o latynoskiej urodzie niewiele myśląc wbiegła na posterunek. Działała niemalże tak samo impulsywnie jak ja przed chwilą. Zerwałam się natychmiast za nią wołając ją, ale ona zupełnie nie słuchała. Wpadłam na komisariat zaraz za nią i od razu delikatnie chwyciłam mamę chłopaka za ramiona, ale było już za późno. Pani McCall zobaczyła trojkę przemienionych w wilkołaki osobników płci męskiej i kanemę, krzyknęła i natychmiast zakryła usta dłońmi. Zacisnęłam zęby i zaczęłam ją ciągnąć w stronę wyjścia. Na dźwięk jej głos, Scott odwrócił się i spojrzał na nią boleśnie. Ich spojrzenia skrzyżowały się przez ułamek sekundy.
- Scott? – szepnęła zszokowana.
- Ok… Myślę, że widziała pani wystarczająco dużo – powiedziałam i nie ustępowałam z uciskiem na jej szczupłych ramionach. Kobieta była równa ze mną, ale jej upór okazał się jeszcze większy niż mój, stała jakby wrosła w podłogę. – Pani McCall, wszystko pani wyjaśnię, ale musimy stąd wyjść. TERAZ!

W końcu ustąpiła i razem ze mną wyszła, osłaniałam tyły, w razie gdyby kanema zechciała się na nią rzucić. Ale na szczęście Jackson był zbyt zajęty walką z moim stadem. Pośpiesznie opuściłyśmy budynek. Zaprowadziłam kobietę w stronę jej samochodu. Otworzyłam drzwi i kazałam jej usiąść.
- Pani McCall – zaczęłam ostrożnie, próbując utrzymać z nią kontakt wzrokowy, ale ona trzęsła się i wbijała wzrok w ziemię. Położyłam dłoń na jej ramieniu. Kobieta chciała coś powiedzieć, nawet otworzyła usta, ale nie była w stanie nic z nich wydobyć. Była w ciężkim szoku. Postanowiłam odpowiedzieć na jej nieme pytanie. – Tak, jeden z nich był pani synem, ale to nic takiego naprawdę. Musi pani zrozumieć… TO – powiedziałam głośno, wskazując na budynek palcem – wcale nie zmienia tego kim jest Scott. On jest nadal tym samym chłopakiem, którego pani wychowała. Proszę się tylko uspokoić i na razie o tym zapomnieć. Niech pani głęboko i spokojnie oddycha!
- Erica… Czy ty też? – wykrztusiła tylko po chwili, patrząc to na moją twarz, to na moją ranę na biodrze. Dotknęła jej delikatnie, dwoma palcami. Nawet nie poczułam siły nacisku.
- Tak, tak, ja też… - mruknęłam z niezadowoleniem, widząc jak gwałtownie się ode mnie odsuwa, dodałam pośpiesznie: - ale niech się pani nie boi! Nie musi się nas pani bać. Pani McCall, to ja Erica Reyes, pamięta pani jak wylądowałam w szpitalu tuż po tym jak spadłam ze ścianki wspinaczkowej? Miałam przerwę od leków, a pani o tym nie powiedziała mojej mamie, pamięta pani? Na pewno tak! Teraz panią proszę, by pani zachowała rozsądek. Obiecuję, że wszystko będzie dobrze, z panią i ze Scottem. Z nim w szczególności!

Melissa McCall szybko doszła do siebie i przełknęła ślinę. Spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczyma, ale już bez paniki i ogromnego przerażenia.
- Potrzebujesz lekarza? – spytała mnie nieco ochrypniętym głosem. Ponownie dotknęła rany, pokiwałam przecząco głową.
- Zagoi się – poinformowałam ją i uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco. Starałam się, naprawdę starałam się, by kobieta uwierzyła w to, że wszystko będzie dobrze, by nie spanikowała i nie zrobiła czegoś głupiego. Jak na przykład – odwróciła się od swojego syna. Bądź też uznała nas za wariatów, wybryki natury i tym podobne. Jeszcze niedawno to pani McCall zajmowała się moją mamą, czułam się dumna, że teraz ja mogę w jakiś sposób się zrewanżować utrzymując ją przy życiu i zdrowych zmysłach. Poza tym, lubiłam tą pielęgniarkę, tak samo jak Scotta. Oboje byli bardzo dobrymi ludźmi.

Wtedy usłyszałam ryk Isaaca, drgnęłam i wzięłam głęboki oddech. Odwróciłam się nerwowo w kierunku budynku. Coś było nie w porządku. Stiles stojący obok pana Stilinskiego, wymienił ze mną zaniepokojone spojrzenie. Ewidentnie coś było nie w porządku. Isaac brzmiał jak… zraniony omega. Jak samotny wilk. Jakkolwiek chciałam zachować zimną krew i być silna, nie potrafiłam. Martwiłam się o całą trójkę w środku. Bardzo chciałam iść i sprawdzić czy z nimi w porządku, ale nagle wszystko ustało, ucichło. Jakby ktoś machnął czarodziejską różdżką. Byłoby wygodniej gdyby Stilinscy opuścili to miejsce, ale wiedziałam, że szeryf za nic nie będzie chciał zostawić tak wszystkiego.
- Zaczeka pani tutaj kilka sekund? Muszę coś powiedzieć Stilesowi – zwróciłam się do Melissy łagodnym i ciepłym głosem. Powinnam być aktorką, stwierdziłam z sarkazmem w myślach.
- Dobrze – odpowiedziała i automatycznie przytaknęła ruchem głowy. Miała puste spojrzenie, które utkwiła beznamiętnie w drzwiach. Podchodząc do Stilesa, przywołałam go gestem. Chłopak szepnął coś do swojego ojca i podszedł ku mnie.
- Musisz go stąd zabrać – powiedziałam i dyskretnie wskazałam na szeryfa.
- Ciekawe jak? – spytał oschle chłopak i wykonał nieopisany gest rękoma. Nawet dla mnie była to za szybka gestykulacja i bliżej nieokreślona.
- Nie mam pojęcia… Ale musisz – odparłam, patrząc twardo mu w oczy.

Nagle i zupełnie niespodziewanie kanema została wyrzucona z budynku. I… co było zupełną rolą przypadku uderzyła w pana Stilinskiego, który uderzył głową o auto i zemdlał. Wytrzeszczyłam oczy na całą tą sytuację. To było zbyt idealne, by mogło być prawdziwe i w dodatku całkiem beznadziejne. Również i Stiles patrzył na to oniemiały. Co za ironia!
- I problem z głowy – mruknęłam niedbale. Już miałam rzucić się do ataku na kanemę, ale jaszczur po prostu odszedł. Wręcz uciekł. Jakby się czegoś przestraszył lub biegł na zawołanie. Zmarszczyłam brwi, ale nie pobiegłam za nim. Zauważyłam, że również i łowcy gdzieś zniknęli.

Stiles i pani McCall podbiegli do omdlałego mężczyzny i natychmiast zaczęli go opatrywać i cucić. Stałam i wpatrywałam się w drzwi wejściowe. Dlaczego nadal nie wychodzili? Niecierpliwiłam się. Powoli zaczęłam iść w ich kierunku. I wtedy cała trójka z nich wyszła. Najpierw Scott i Isaac, a dopiero po chwili Derek, który wydawał się być dopiero teraz zdenerwowany. Być może wcześniej nie mógł okazać emocji? Odetchnęłam z ulgą i uśmiechnęłam się szeroko. To był koniec… Jak na razie. Podbiegłam do McCalla i wręcz rzuciłam się mu na szyję, co Isaac skomentował zszokowanym spojrzeniem. Niemal szczęka mu opadła. Nie było to jakoś specjalnie wypełnione emocjami, po prostu chciałam go osobiście ostrzec.
- Twoja mama… Powinieneś z nią poważnie porozmawiać, Scott. Ona już wie. O nas. Musiałam jej się przyznać – wyszeptałam mu do ucha, przy okazji go obejmując.
- Dziękuję, że się nią zajęłaś – odszepnął mi i delikatnie mnie odsunął. – Naprawdę dziękuję.
- Daj spokój – skarciłam go, ale on tylko ponownie mi podziękował i podążył w jej stronę. Spojrzałam na Isaaca, ale zanim zdążyłam się odezwać jak się cieszę, że nic mu nie jest, dołączył do nas Derek i to on przemówił:
- Wszystko w porządku, dzieciaki? – zapytał i położył mi dłoń na włosach i pogłaskał mnie. Przytaknęliśmy zgodnie ruchem głowy. – Zwijajcie się do domu.
- Ale Derek… Nie chcesz z nami pogadać o tym co się dzisiaj wydarzyło? – spytałam szczerze zaciekawiona. Mężczyzna stanowczo zaprzeczył ruchem głowy. Widziałam po nim, że jest zmęczony, kilkudniowy zarost, rozmierzwione czarne włosy i zmęczone oczy były zbyt wyraźnie widoczne.
- Nie bardzo mam ochotę na kolejną trudną rozmowę, Erica. Może Isaac. – Po tych słowach wyminął mnie i z rękami w kieszeni zaczął odchodzić. Podążyłam za nim nieco zdziwionym wzrokiem. Westchnęłam ciężko i spojrzałam na Laheya. Z wargi sączyła się mu krew, był postrzelony w nogę i miał lekko rozdartą koszulkę. Lekko draśnięty na dekolcie. I był trochę poobijany. Dotknęłam jego policzka a on lekko się uśmiechnął.
- Nic ci nie jest? – spytał mnie a ja prychnęłam niemalże gniewnie. Byłam cała i zdrowa, ani jednej rysy. Oprócz rany na biodrze, która już się prawie zagoiła. A on… cały poturbowany pyta czy to MNIE nic nie jest. Nie chciałam jednak się kłócić, więc tylko zaprzeczyłam. Spojrzałam na niego smutno.
- Wracasz od razu do Dereka? – spytałam, bo nie bardzo wiedziałam czy od razu mam go wypytać o to co tam się działo, czy raczej mam jeszcze trochę czasu.
- Prawdę mówiąc chciałbym z tobą porozmawiać. To była długa i męcząca noc. Wracamy do ciebie?

Zgodziłam się. Stwierdziłam, że tym razem się przejdziemy, zabrałam rower i zaczęłam go prowadzić. Isaac szedł tuż obok mnie, nieco utykając. Również i inni zaczęli się zbierać. Spojrzałam w kierunku Scotta i pani McCall, którzy właśnie wyjeżdżali z parkingu. Kobieta zdawała się całkowicie skupiona na drodze, natomiast Scott przyglądał się jej badawczo. Nie odzywali się do siebie. Stiles, który władował swojego ojca na tylnie siedzenie, dopiero po chwili wyjechał sprzed posterunku, minął nas dopiero na głównej ulicy. Zwolnił i obniżył szybę. Widziałam po nim wyraźne oznaki zmęczenia, niemalże tak jak po Dereku. Może to ten jad tak wykańczał człowieka? Szłam od zewnątrz, więc praktycznie to do mnie się zwracał.
- Jak się macie? – zapytał szybko. Obdarzył mnie uśmiechem a Isaaca długim spojrzeniem. Szatyn kiwnął mu głową i odpowiedział beztrosko:
- Bywało gorzej. A ty?
- Dam radę. Trzymajcie się – pożegnał się z nami i odjechał. Lahey zerknął na mnie z uśmiechem, który wyrażał zwycięstwo, ulgę i szczęście. I choć wiedziałam, że to wszystko jest tylko tymczasowe, odwzajemniłam uśmiech. Bowiem w życiu nie ma niczego piękniejszego, trwalszego i dającego nadzieję niż uśmiech.



- To mój brat. Camedon. – Zerknęłam na Laheya niepewnie. Przysunęłam się ku niemu. Siedzieliśmy w ciemnościach na moim łóżku i szeptaliśmy. Moi rodzice już spali, ale my przejęci wydarzeniami z dzisiejszej nocy jakoś nie daliśmy rady usnąć. Rany Isaaca zagoiły się a on sam czuł się już znacznie lepiej.
- Co z nim? – spytałam i zamrugałam kilkakrotnie.
- On zabił Matta. Był mordercą – odpowiedział mi chłopak, a jego głos był pusty, zupełnie bez emocji. Zmarszczyłam brwi i pokiwałam przecząco głową.
- Isaac, nie sądzę, żeby...
- Matt nam powiedział. Dlatego to wszystko.
- Co się wydarzyło? – zapytałam pośpiesznie, z zaciekawieniem. W mgnieniu oka dotarło do mnie, że ta śmieszna legenda, o której Scott i spółka przeczytali w bestiariuszu o zemście nabrała w końcu znaczenia.
- Jak byliśmy mali to trochę się kumplowaliśmy, do czasu. Pewnego razu Matt był u mnie. Mieliśmy wymienić się edycjami super-bohaterów. Akurat wtedy drużyna pływacka świętowała swoje zwycięstwo. Wstawiony Camedon wrzucił Matta do basenu. On… Utopił się. Mój ojciec go wyciągnął, ale on… Umarł.

Przełknęłam ślinę i patrzyłam na niego zbolałym wzrokiem. Było ciemno, ale doskonale widziałam jego rysy twarzy i to jaki był skupiony. Patrzył gdzieś w przestrzeń. Oparłam głowę na jego ramieniu.
- A ja nawet o tym nie wiedziałem… Nie wiedziałem, bo siedziałem w domu, bojąc się wyjść na zewnątrz, żeby ojciec mnie czasem nie ukarał publicznie – warknął na koniec Isaac i zacisnął szczęki.
- Ej, to nie twoja wina. Nie mogłeś temu zapobiec – oznajmiłam spokojnie. Wyprostowałam się i zaczęłam głaskać uspokajająco jego ramię. Dostrzegłam, że się zdenerwował, oddychał szybciej, jego klatka piersiowa falowała w nierównym tempie, nerwowo. – Hej, naprawdę, nie mogłeś nic zrobić. Nie obwiniaj się. Byłeś tylko dzieckiem tak jak i on.
- Może gdybym wtedy wyszedł to mógłbym nadstawić karku zamiast niego. Umiem pływać. Zawsze umiałem. Właściwie musiałem umieć. – Tym razem to ja zacisnęłam ze złości zęby. Jego „musiałem” zadudniło mi w głowie niczym echo. Wciągnęłam powietrze przez nos.
- Niech zgadnę, znowu przez twojego ojca? - Chłopak pokiwał w odpowiedzi głową i przymknął oczy.
- Raz rzucił mnie na głęboką wodę i kazał dopłynąć do brzegu. I choć z początku mi się nie udawało, to zawsze wyciągał mnie spod wody i rzucał raz jeszcze, czasami jeszcze głębiej. Choć się niekiedy już prawie dławiłem to musiałem próbować dalej. Aż w końcu się nauczyłem. – Isaac na końcu wzruszył ramionami, ale mnie wydało się to bezduszne. Ja miałam kochających rodziców, którzy dbali o mnie i troszczyli się, nigdy nie pozwoliliby żeby coś mi się stało, by ktoś mnie skrzywdził. Dlaczego ja miałam tak idealną rodzinę podczas gdy jego ojciec go karał za byle co i to w sposób okrutny? I traktował go jak niewolnika i śmiecia? I był taki tyranem…
- Czuję się winny – wyrwał mnie z zamyśleń głos Isaaca. Skierowałam na niego swoje zmartwione spojrzenie. – Gdyby nie moja rodzina, Matt nadal by żył i może nie byłoby tego całego problemu.
- To nie ty jesteś przyczyną – zaprzeczyłam gwałtownie i potrząsnęłam głową, tak, że moje włosy zatrzepotały. – Jackson i tak by się w to przemienił, przecież wiesz.
- Może i masz rację – uległ w końcu z krótkim westchnieniem. Ponownie oparłam głowę o jego ramię. Po chwili Isaac znów się odezwał: - Myślałaś o tym w jakim teraz byśmy byli miejscu gdybyśmy pozostali zwykłymi nastolatkami?
- Na pewno nie w takim – mruknęłam tylko z lekkim uśmiechem. Już dawno zdałam sobie sprawę, że pewnie nadal byśmy się mijali na korytarzu bez słowa, ja nadal byłabym szkolnym dziwadłem i pośmiewiskiem a Isaac… właściwie to tylko dziwadłem. Natomiast Boyd byłby samotny. I wtedy po raz pierwszy o tym pomyślałam. A co gdyby tak zacząć od nowa? W innym miejscu, z czystą kartą? Może byłoby nam wszystkim lepiej. Innym słowem – uciec. Zostawić wszystko za sobą i zmienić otoczenie. Czy nie byłoby łatwiej?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   24/1/2013, 14:42

Za zgodą Lynn, nowy rozdział Very Happy. W stylu barokowym, rozdział obfity w piosenki xd.

Rozdział 15
BAL I URODZINY CZ.1




Rano obudziłam się okropnie niewyspana. Poprzedniego dnia Isaac późno ode mnie wyszedł, prawie nad ranem. Ziewnęłam i z ociąganiem podniosłam się z łóżka, powolnym krokiem skierowałam się do kuchni. Moich rodziców już nie było. Dlatego samotnie zjadłam śniadanie i usiadłam przed telewizorem. Oglądałam wiadomości, w których… mówili o Mattcie. O tym, że znaleźli jego ciało w rzece. Określili go jako psychopatę, który chciał pozabijać grupę nastolatków i dwójkę dorosłych. Westchnęłam przeciągle. W tej samej chwili ktoś zadzwonił na dzwonek. Pośpiesznie wstałam i delikatnie uchyliłam drzwi. Stałam boso w samej koszuli nocnej. Na widok ciemnowłosego mężczyzny rozluźniłam się natychmiast i otworzyłam szerzej drzwi.
- Oo. Derek, w telewizji właśnie mówią o…
- Pakuj się – przerwał mi ostro i wszedł do środka. Był zły, mowa jego ciała krzyczała: „Bez kija nie podchodź”. Zastanawiałam się czemu Derek od samego rana był taki wściekły? Zamknęłam za nim drzwi i wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Że co? – spytałam ze zmarszczeniem brwi, gdy już doszłam do siebie.
- Pakuj się – powtórzył już ze zniecierpliwieniem Alfa. Nadal wyglądał na zmęczonego, był nieogolony a jego ciemne oczy rozglądały się uważnie po moim domu. – Mam ci pomóc?
- Nie. Jedynie mi wyjaśnić co się dzieje? – powiedziałam, mrużąc groźnie oczy.
- Nie wiesz co się dzieje? Ok. No to ci powiem – oznajmił Derek i opadł na kanapę. Rozsiadł się na niej wygodnie i spojrzał na mnie z poirytowaniem. Uśmiechnął się fałszywie miło. Wywróciłam na to oczyma, ale posłusznie go słuchałam. - Dopiero co, Isaac dostał burę za włóczenie się nad ranem po Beacon Hills, szczególnie po wczorajszym incydencie. Zagraża wam niebezpieczeństwo, a wy sobie nocne pogaduchy urządzacie! Widziałaś wczoraj zaciętość łowców? Gdyby nie kanema to na wstępie by nas pozabijali. Z Allison na czele! Ty, Isaac i Boyd będziecie na razie mieszkać w starym domu Isaaca. Nie mogę pozwolić by wam i waszym rodzinom coś się stało. Dlatego przebieraj się i pakuj swoje manatki. Możesz zostawić jakiś liścik, w którym wyjaśniasz, że uciekłaś i żeby cię nie szukali, ale nic poza tym. Zbieraj się Erica, bo jak nie to sam osobiście cię spakuję!

Przez chwilę patrzyłam na niego oniemiała, ale wtedy on na mnie warknął i wyszczerzył kły. Mimowolnie się wzdrygnęłam, jednak nadal tkwiłam w tym samym miejscu. Ten dzień miał być jednym z ważniejszych dni w moim życiu, a teraz wszystko miało legnąć w gruzach, bo Derek tak chciał? Nie ma mowy. McCall na pewno się z nim nie zgadzał i potrafił się mu sprzeciwić, więc i ja mogłam.
- Może odłożymy to na jutro? – spytałam jednak potulnie, próbując najpierw łagodniejszego z wyjść.
- A to niby dlaczego? – spytał podejrzliwie. Wstał. Jego brew powędrowała w górę, wyrażając zdumienie.
- Bo dziś… Mam urodziny i cholera, Derek, nie chcę iść spędzać w taki sposób.
- Masz dziś urodziny? – spytał tonem, który sugerował, że zupełnie o tym nie wiedział. Bo niby skąd? Westchnęłam ciężko.
- To właśnie powiedziałam – oznajmiłam nieco zgryźliwie.

Derek milczał przez długą chwilą, po czym nadal nieprzekonany odezwał się znów:
- Co ci da jeden dzień zwłoki?
- Po prostu mi pozwól. Ja… Naprawdę tego potrzebuję – powiedziałam tonem niemal proszącym, choć nigdy o nic nie przyszło mi prosić. Nie w moim odnowionym życiu. Mężczyzna przyglądał mi się przez chwilę uważnie, jego ostre rysy twarzy wyrażały niepokój. Po chwili jednak złagodniał:
- Dobra, ale jutro…
- Wiem, ok – przerwałam mu i uśmiechnęłam się dziękczynnie. Alfa odwrócił się na pięcie i będąc jeszcze przy drzwiach, odwrócił się w moją stronę:
- I Erica…
- Tak? – spytałam z zaciekawieniem. Derek do mnie podszedł, bez słowa mnie przytulił, czym nieco mnie zszokował, ale stanęłam na palcach i go objęłam. Później odsunął się ode mnie na szerokość ramion, spojrzał mi w twarz i powiedział:
- Wszystkiego najlepszego. – Po tych słowach wyszedł.

Odetchnęłam z ulgą. Wcale nie potrzebowałam tych urodzin, ja tylko… Nie chciałam się tak łatwo poddać i skrywać. Wtem zadzwoniła moja komórka.
- Facebook oznajmił mi dzisiaj, że masz urodziny – zaświergotała Lydia, na co przewróciłam oczyma. Usiadłam z podkurczonymi nogami na kanapie i zerknęłam na ekran telewizora. Wiadomości się skończyły i puścili jakiś głupkowaty serial, więc szybko wyłączyłam telewizję.
- Nie robimy imprezy – oznajmiłam stanowczo, czytając jej w myślach.
- Dlaczego nie? – zapytała a ja mogłabym przysiąc, że zrobiła jedną z tych swoich nadąsanych min. Dobrze, że jej nie widziałam. Tak łatwo było ją przejrzeć.
- Nie lubię świętować swoich urodzin – odparłam cicho i nawinęłam sobie kosmyk włosów na palec.
- W takim razie uczcimy to na balu – powiedziała z westchnieniem.
- Balu? – zdziwiłam się. W ogóle nie miałam pojęcia o czym dziewczyna mówiła. W szkole Beacon Hills miał być jakiś bal?
- Jep. Zapomniałaś? – Ja o nim nie wiedziałam. - Jako przewodnicząca szkoły udało mi się zorganizować bal dla wszystkich. Obowiązkowo sukienki i garnitury. Będzie świetnie, dzisiaj będziemy dekorować salę.
- Jesteś przewodniczącą? – zdziwiłam się jeszcze bardziej i aż usiadłam wyprostowana. Dlaczego ja o tym nie wiedziałam? Przecież chyba powinnam zauważyć cokolwiek.
- Podczas, gdy każdy z was miał jakieś swoje wilcze – nałożyła wyraźny akcent na tym ostatnim słowie - problemy, ja zajęłam się sprawami wyższej wagi. Tak czy inaczej, jest dzisiaj bal. Może gdybyś częściej bywała w szkole to byś zauważyła plakaty, które sama wykonałam.
- Jakoś nie mam ochoty na… - zaczęłam marudzić z roztargnieniem.
- Albo impreza urodzinowa, albo bal. Wybieraj. – Głos Lydii zadźwięczał bardzo stanowczo w słuchawce.
- … Bal – mruknęłam od niechcenia. Byłam poirytowana, ale jednocześnie też… skoro to mój ostatni dzień normalności to może warto zrobić coś niezapomnianego i trochę szalonego? Nigdy wcześniej nie chodziłam na bale, może to była dobra okazja? I być może ostatnia.
- No i załatwione – zawołała uradowana dziewczyna. - Nie kupuj sukienki. Wszystkim się zajęłam. To mój prezent dla ciebie. Och… I jeszcze jedno. Czy Lahey ma garniak?
- Raczej wątpię – odpowiedziałam szczerze. Uniosłam zdumiona brew, zdziwiona jej pytaniem o Isaaca. Już miałam ją zapytać dlaczego o to pyta, gdy nagle dziewczyna znów się odezwała:
- To niech sobie załatwi… Na przykład od Dereka, jakiś stary frak. – Zaśmiałam się szczerze, bo bez problemu wyobraziłam sobie tą sytuację. Szczególnie „stary frak” Dereka. Przed oczyma stanął mi obraz czarnego fraku, z przedłużanym tyłem i staromodnym szyciem. I koniecznie do tego białe rękawiczki i mucha.
- Ale po co? – zapytałam z zaciekawieniem.
- Bo jest twoją parą? – odpowiedziała mi pytaniem na pytanie.
- Nie, nie jest – odparłam stanowczo, ale z lekkim uśmiechem.
- Ale idziecie razem?
- Nie wiem czy zauważyłaś, ale Isaac nie jest zbyt rozrywkowy. Poza tym, nie potrzebuję partnera.
- Nadal nie powiedziałaś nie.
- Hej, przestań – zawołałam, bo dziewczyna zapędzała mnie w kozi róg. Mogłabym przysiąść, że właśnie uśmiechała się do siebie jak głupia blondynka do sera. Westchnęłam. – On nie powinien opuszczać dzisiaj…
- Nie bądź taka sztywna! To tylko bal, co może się stać? – zawołała Lydia. Postanowiłam jej nie odpowiadać.
- Ok, ok. Napiszę do niego – odarłam dla świętego spokoju. Chwilę później rozłączyłam się i w istocie do niego napisałam. Nie żeby specjalnie mi zależało, ale czułabym się lepiej, gdyby mój przyjaciel faktycznie tam ze mną był.



Lydia przegięła. Ten rudzielec (no dobra, może i taka do końca ruda nie była…) stanowczo przegiął. A ja byłam głupia, że dałam się jej tak wrobić. Ubrana w sukienkę, która dostałam od swojej przyjaciółki, a którą dokładniej rzecz biorąc mierzyłam przed jej urodzinami, stałam na parkingu i poprawiłam swój strój. Moją prostą, beżowo-jasnoróżową sukienkę, która miała zdobiony i idealnie wycięty przód bez ramiączek oraz była wiązana z tyłu niczym gorset, z kusym zakrywającym tylko jedno kolano, plisowanym spodem, uzupełniłam włosami wysoko spiętymi, w niedbały kucyk, z którego uwalniały się swobodnie puszczone loki. Odznaczając się fałszywą pewnością siebie weszłam na salę gimnastyczną. Przez chwilę zastanawiałam się czy nie zawrócić, ale Lydia pewnie i tak by mnie znalazła i zabiła, po czym zaciągnęła by mnie tam z powrotem. Nieśmiało odgarnęłam z twarzy lok i z westchnieniem pchnęłam drzwi na balową salę, skąd dobiegały dźwięki muzyki i kolorowe światła.
- No, no – mruknęłam do siebie. Martin naprawdę się popisała. Wszędzie wisiały serpentyny i balony, ogromna kula dyskotekowa lśniła perfekcyjnym blaskiem. Sala była porządnie wypastowana, a reflektory świeciły chyba wszystkimi możliwymi kolorami. Do tego dobra kapela z naszej szkoły i napis: BAL. W sumie nie było jakiegoś szału, ale wszystko prezentowało się zgrabnie i widać było ile w to włożono pracy. Perfekcja jak cała Lydia, stwierdziłam w myśli.

Rozejrzałam się na boki szukając moich znajomych i w końcu dostrzegłam Scotta, Isaaca, Stilesa i Lydię. Stali przy trybunach. Każdy z nich prezentował inny rodzaj emocji.

Chciało mi się śmiać a jednocześnie ogarniała mnie taka niesamowita radość jak nigdy. Isaac wyglądał… zdumiewająco. Miał na sobie białą koszulę idealnie wyprasowaną, co mnie nieco zdziwiło, źle zawiązany zielony krawat i czarne spodnie od garnituru. Podeszłam do niego pewnym krokiem, z szerokim uśmiechem. Zadarłam głowę. Powróciła moja pewność i zdecydowanie. On również uśmiechnął się na mój widok. Stiles zagwizdał, a Lydia uśmiechnęła się delikatnie i zmierzyła czujnym spojrzeniem mój wygląd. Zaczęła grzebać w swojej torebce i po chwili wyjęła z niej srebrną wsuwkę z motylkiem, którą wpięła mi bez ostrzeżenia we włosy. Gdy skończyła, zacmokała i uśmiechnęła się z satysfakcją. Ona również wyglądała olśniewająco; wysokie szpilki, zielona sukienka z marszczonym, podniesionym dekoltem rozkładająca się ku dołowi, przewiązana w pasie czarną wstążką. Naprawdę jej sukienka była śliczna, jak i ona cała. Lydia nałożyła delikatny makijaż i również tak jak i ja spięła w niby niedbały sposób włosy.
- Wyglądasz… - zaczął w międzyczasie Isaac, ale ewidentnie go zatkało. Wpatrywał się we mnie jakbym była jakimś Marsjaninem, jego oczy przypominały wielkie, okrągłe spodki. Patrzyłam na niego z rozbawieniem, ale i z wyczekiwaniem. Chciałam wiedzieć co o mnie myśli. Ponaglałam go wzrokiem, ze zmarszczeniem brwi, ale i z szczerym uśmiechem.
- Olśniewająco, pięknie, nieziemsko? – podpowiedział mu Scott, lekko go szturchając, co wybiło go z zamyślenia. Brunet uśmiechnął się do mnie i mrugnął do mnie porozumiewawczo. – Ładna sukienka.
- Dziękuję – odparłam i zlustrowałam go wzrokiem. – Ty też niczego sobie.
- Mówisz? A co myślisz o mojej marynarce? – zapytał nieco nerwowo i zaczął oglądać uważnie, z każdej strony, swoją marynarkę. - Myślisz, że Allison…
- Hej – przerwałam mu – musiałaby być ślepa.

Scott posłał mi promienny uśmiech. Miał na sobie podobną koszulę do Isaaca, czarną marynarkę i czarne spodnie, bardzo dobrze wyprasowane. Wyczuwałam zręczną robotę pani McCall.
- Chodźcie, zajmiemy jakiś większy stolik – zaproponował Stiles. Zgodnie ruszyliśmy za nim i wybraliśmy jedyny wolny w całości stolik. Usiadłam między Lydią a Scottem. Uśmiechnęłam się do dziewczyny, a ona znów zaczęła grzebać w moich włosach, na co tylko westchnęłam zirytowana.
- No co? Chcę tylko, żebyś dobrze wyglądała.
- Zachowujesz się jak moja mama – mruknęłam cicho i wywróciłam oczyma. Stiles i Isaac poszli po jakieś napoje.
- I jak się wam podoba? – spytała Lydia. Pytała, bo nie chwaliliśmy jej pracy, a ona tego oczekiwała. Od razu zaczęliśmy ze Scottem zapewniać ją, że to chyba najlepszy bal na jakim byliśmy, że zespół jest świetny, że sala świetnie udekorowana i na pewno wszystkim innym się podoba.
- Dobra, dobra, lizusy – skwitowała to Martin i posłała nam spojrzenie mówiące, że tak do końca nam nie wierzy. Jednak jej uśmiech mówił sam za siebie. Była zadowolona i usatysfakcjonowana.

Nagle zespół zaczął grać „Single Ladies”. Oczy Lydii zabłysnęły blaskiem i natychmiast pociągnęła mnie za rękę na parkiet. Po drodze minęliśmy Stilesa i Isaaca. Stilinski ze zdziwieniem wpatrywał się w rwącą się do tańca Martin, która podskakiwała przez całą drogę. Skomentowałam bezradnym uśmieszkiem. Chłopcy dotarli do samotnego Scotta, natomiast mnie Lydia wyciągnęła przed samą scenę. Dziewczyna zaczęła skakać i jednocześnie tańczyć. Byłam nieco zszokowana jej… zmysłowymi niemal ruchami, ale gdy Lydia roześmiała się perliście, wtórowałam jej i dołączyłam do niej. Kątem oka dostrzegłam, że kilkoro chłopców wpatruje się w nas bardzo lubieżnie. Prawie im ślinka ciekła. Oczyma wskazałam na nich, a Lydia natychmiast podążyła za moim wzrokiem i pomachała im. Znów się roześmiała i chwyciła mnie za rękę. Z moją pomocą obróciła się wokół własnej osi, a później obróciła mnie. Tańczyłyśmy bardzo blisko siebie i śpiewałyśmy głośno refren. Czułam się świetnie, moja przyjaciółka była naprawdę rozrywkowa i nie spodziewałam się, że można z nią się tak bawić. Może ten bal nie był wcale takim złym pomysłem?
- I jeszcze raz refren dla seksownych i bardzo dobrze się bawiących dziewczyn z samego przodu! – zawołał wokalista. Spojrzałyśmy równocześnie na scenę, Brad, z którym kiedyś miałam mały epizod, mrugnął do nas i ponownie śpiewał refren „Single Ladies”.

Przetańczyłyśmy jeszcze kilka piosenek, między innymi „Feel this moment”, którą bardzo lubiłam. Jednak po czwartej z kolei wróciłyśmy spragnione do stolika. W swoim napoju, który podsunął mi Isaac, poczułam gorzki smak, ale nie skomentowałam tego. Lydia również skrzywiła się pijąc swój. Zapewne któryś z chłopaków (i mogłam się założyć, że nie był to Scott) dolał nam coś do napoi. Ale zgodnie zignorowałyśmy to.
- Allison się nie pojawiła? – spytała Lydia, przekrzykując muzykę. Scott smutno pokiwał głową. Zrobiło mi się go żal.
- Na pewno przyjdzie – zapewniłam go i uśmiechnęłam się do niego szczerze. Chłopak odwzajemnił uśmiech, ale tylko wzruszył ramionami.
- I jak się tańczyło? – rzucił pytanie Stiles. Bawił się swoim kubkiem, stukając nim o stolik. Domyśliłam się, że pewnie bardzo chciał zatańczyć z Lydią, ale pewnie mógł zdobyć się na to, by ją zaprosić. Szkoda, że ze mną nie chciał.
- Świetnie – odparłyśmy chórem i wyszczerzyłyśmy się do siebie.
- Pójdę po coś do picia. Przynieść ci? – zwrócił się do mnie, na co ochoczo pokiwałam głową. – Komuś jeszcze?
- Mi – odparła natychmiast Lydia. Chłopcy odmówili.

Nagle rozpoznałam pierwsze dźwięki „Boom boom” Justice Crew’a. Uwielbiałam tą piosenkę. Wiedziałam, że pewnie oczy mi zabłyszczały, gdy spojrzałam na Lydię.
- Idziemy! – zawołałam i od razu pociągnęłam Scotta za sobą. Stiles nie chcąc pozostawać samotnie przy stoliku również za nami podążył. Wyciągnęłam całą trójkę na środek sali. Zaczęliśmy tańczyć. Stwierdziłam, że muszę się porządnie wybawić tej nocy. Dziwiłam się, że zespół Brada grał dokładnie to, co lubiliśmy. Głównie to ja i Lydia znów się dobrze bawiłyśmy, chłopcy jakoś nie mogli wyluzować, ale przynajmniej się ruszyli. Cóż, może to nie były ich rytmy i obydwaj woleli wolne piosenki? Lub takie, w których tańczy się tylko we dwoje?

Jeśli tak, to przy następnej piosence mogli się wykazać. Brad został zastąpiony przez Alexa, który zaczął śpiewać piosenkę „Stutter”. Bez słów, w pełnej zgodności chwyciłyśmy chłopców i zaczęłyśmy z nimi tańczyć. Scott położył mi jedną rękę w talii a drugą trzymał moją dłoń. Robiliśmy raz krok w lewo, raz w prawo i obracaliśmy się w koło. Był to najprostszy taniec jaki można było wykonać i dobrze, bo radziliśmy sobie na pewno lepiej niż Lydia i Stiles. Pomiędzy słowami refrenu zagadnęłam McCalla, który nadal wydawał mi się bardzo smutny.
- Nie przejmuj się tak nią.
- Może masz rację. Bez sensu, że w ogóle o niej myślę. Przecież nawet nie jesteśmy razem. – Słyszałam w jego słowach gorycz i rozżalenie. Spojrzałam na niego ze smutkiem i współczuciem.
- To nie jest bez sensu. Naprawdę ją kochasz, prawda?
- Jak idiota – przyznał chłopak i spuścił wzrok.
- I dlatego to nie jest bez sensu. Nie martw się, Scott, nawet jeśli się teraz kłócicie to i tak będziecie razem. Takie wasze przeznaczenie – zapewniłam gorąco.
- Wierzysz w przeznaczenie? – spytał patrząc na mnie z lekkim niedowierzaniem.
- Tak. Wierzę też w miłość – odparłam z uśmiechem. Posłał mi wreszcie swój szczery uśmiech.
- Dzięki, Erica. – powiedział i spojrzał na mnie trochę niepewnie. Zagryzł wargi zanim wypowiedział kolejne słowa: - Wiesz, zmieniłaś się.
- Och, poważnie? – spytałam z lekką drwiną. Przytaknął ruchem głowy i nagle uśmiech zszedł z jego twarzy.
- O rany, zapomniałem! Wszystkiego najlepszego! A Lydia nam mówiła, że mamy ci od razu złożyć życzenia… Ech!

Zaśmiałam się wesoło.
- Nic się nie stało, Scott. Dziękuję.

Ucieszyłam się i to bardzo. To były chyba najlepsze urodziny w moim życiu. Spędzone w przyjacielskim gronie.

Gdy z powrotem usiedliśmy, zorientowałam się, że Isaac przez cały czas siedział samotnie przy naszym stoliku.
- Dlaczego do nas nie dołączyłeś? – spytałam natychmiast.
- Och, nie. Ja nie tańczę – odparł chłopak i machnął lekceważąco ręką. Napiłam się swojego ponczu i ponownie się skrzywiłam. Tak, oni zdecydowanie nam czegoś dolewali.
- Daj spokój, Lahey – powiedziała Lydia i obdarzyła go szturchnięciem w bok. Strzeliła oczyma w moją stronę. – Mógłbyś dziś dla kogoś zrobić wyjątek – dodała melodyjnie.
- Eee – wymamrotał Isaac a ja tylko posłałam mu pełne zrozumienia spojrzenie. Przecież jak nie to nie.

Przez jakiś czas siedzieliśmy i tylko piliśmy swoje napoje. Zaczynało mi się robić coraz cieplej i było mi bardzo wesoło, podobnie Stilesowi. Właściwie tylko my wciąż chodziliśmy po dolewki ponczu. W zasadzie to mi je chłopcy wciąż przynosili. W ponczu był alkohol, ale skoro sprawiał on, że czuliśmy się wyluzowani, akceptowałam to. Po jakimś czasie tylko Lydia przestała pić poncz i przerzuciła się na colę, w dodatku sama sobie po nią chodziła. Scott po jakimś czasie opuścił nas, chociaż tańczyłam z nim na zmianę z Lydią (większości piosenek jednak ja) to chyba nie czuł się zbyt komfortowo i poszedł do domu.
W pewnym momencie, gdy Stiles w końcu odważył się poprosić Lydię do jakiegoś wolnego kawałka, przesiadłam się o miejsce, by porozmawiać z Isaacem.
- W ogóle się dobrze nie bawisz – zarzuciłam mu i patrząc mu w oczy, dopiłam swój poncz do końca. Oblizałam wargi, przez cały czas na niego patrząc.
- Jest fajnie – zapewnił mnie niezbyt pewnie chłopak. Przekrzywiłam głowę i spojrzałam mu w oczy.
- Nie jest. Nudzisz się – znów mu zarzuciłam.
- Nieprawda – odparł i chcąc przerwać ten temat, zaczął grzebać w kieszeniach. Wyjął z kieszeni małe pudełeczko, owinięte złotą nitką. Spojrzałam na niego nieco zszokowana, gdy mi go wręczył. – To dla ciebie. Wszystkiego najlepszego, Erica.
- Dziękuję! – zawołałam i wyjęłam z woreczka bransoletkę. Była śliczna i taka słodka, maleńkie perełki o bladoróżowym odcieniu posiadały swój własny magiczny blask. – Jest naprawdę bardzo ładna, zapnij mi ją.

Ochoczo to zrobił. Uśmiechnęłam się do niego promiennie i pocałowałam go w policzek. Spojrzał na mnie nieco zdziwiony i odparł:
- Chyba będę musiał ci częściej coś kupować. – Zaśmiałam się z tych słów i wyciągnęłam ręce w stronę jego krawata. Odwiązałam go i ponownie, już poprawnie, zawiązałam.
- Miałeś źle zawiązany krawat – wyjaśniłam, widząc jego pytające spojrzenie.
- Tylko nie mów Scottowi – powiedział mi chłopak a ja ponownie się zaśmiałam. Popłynęły dźwięki „Stay” – Hurts.
- Och! Zatańcz ze mną, Isaac.
- Mówiłem ci już, ja nie tańczę – oznajmił chłopak i pokiwał przecząco głową.
- Zatańcz ze mną proszę… Nie odmawiaj mi – zanuciłam cicho. Nadal kręcił przecząco głową. Nie mogłam pozwolić, by piosenka się skończyła. – No weź… Mam urodziny?

Z westchnieniem i ociąganiem wstał i wyciągnął w moim kierunku rękę. Uradowana pociągnęłam go na parkiet. Akurat znaleźliśmy miejsce obok Lydii i Stilesa. Złączyłam dłonie tuż za jego karkiem, a on położył mi ręce w tali. Przysunęłam się bliżej niego i wpatrywałam się w niego z uśmiechem, jednak on miał spuszczony wzrok. Po chwili westchnęłam i przytuliłam się do niego, opuszczając dłonie na jego ramiona. Chłopak objął mnie zdecydowanym ruchem a ja oparłam brodę na jego ramieniu. Jak dobrze, że miałam szpilki, bo tak to bym musiała stać na palcach.

So you change your mind
And say you're mine.
Don't leave tonight
Stay.


Coś ścisnęło mnie w sercu, ale zignorowałam to uczucie. Gdy piosenka dobiegała końca odsunęłam się od Isaaca z lekkim uśmiechem.
- Widzisz? Nie było tak źle – powiedziałam, a on przytaknął mi nieśmiało. Niespodziewanie koło nas pojawił się roześmiany Stiles i trochę naburmuszona Lydia. Zerknęłam na swoją przyjaciółkę, ale ona spoglądała na Lahey’a niemal błagalnie, z niemałą desperacją.
- Odbijamy? – spytała i wepchnęła się między nas. Poza jej ramieniem dostrzegłam zszokowaną twarz Isaaca, który spojrzał na mnie niepewnie. Posłałam mu tylko uśmiech i zaraz zostałam schwycona w objęcia uśmiechniętego i trochę się zataczającego Stilesa. A w tle leciała piosenka „She” zespołu Parachute. Roześmiałam się również. Stilinski był z pewnością trochę wstawiony, bo na początku w ogóle nie mógł utrzymać równowagi, przez co kołysaliśmy się dobrą chwilę. Śmiać mi się chciało, ale jednocześnie Stiles wydał mi się całkiem bezradny.
- Dobrze się bawisz?!
- Świetnie! – odkrzyknęłam radośnie. Kątem oka dostrzegłam, że nawet Isaac się uśmiecha. Ucieszyłam się, bo w zasadzie to były jego pierwsze dwie piosenki na tym balu.

Stiles miał jakiś swój niewyjaśniony rytm. Prawdę mówiąc nadal był kiepskim tancerzem, ale i tak świetnie się z nim bawiłam. To było całkiem zabawne. Wraz z ostatnimi dźwiękami muzyki, chłopak pochylił się do mnie i trzymając się moich ramion, powiedział mi do ucha:
- Idę po nowy alkohol, pójdziesz ze mną?
- Jasne.

Przedzierając się przez tłum, trzymał mnie za rękę. Nie puszczał mojej dłoni aż do samego wyjścia z sali gimnastycznej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   24/2/2013, 16:16

Krótko, bo to tylko część 2 ;p
100 dni... 100 dni... 100 dni... xd


Rozdział 16
BAL I URODZINY CZ.2



Weszliśmy do pomieszczenia woźnego, gdzie przechowywane były miotły, szczotki, wiadra i jak się dowiedziałam, mała przenośna lodówka, w której młodzież schładzała swój alkohol. Niesamowite, że akurat Stiles i Isaac wiedzieli o tym miejscu. To pewnie przez stanowiska w drużynie lacrosse.

Śmiałam się w głos. Pociągnęłam równie roześmianego Stilesa za rękę. Tuż za nim zatrzasnęły się drzwi od składzika.
- Ejeje… Gdzie ten alkohol? – zawołał z oburzeniem, gdy już otworzył schładzarkę. W pomieszczeniu panowały egipskie ciemności i jedyne światło pochodziło z lodówki. Chłopak podniósł się gwałtownie i zaczął dotykać ściany. Po chwili, na szczęście, Stilesowi jakimś cudem udało się znaleźć włącznik światła.
- Patrz, Erica, znalazłem światło – oznajmił mi chłopak i zatoczył się lekko. Potrzymałam go trochę i wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Jesteś pijany – powiedziałam dobitnie, szczerząc się jak głupia. Ja była zaledwie lekko wstawiona. No, może troszkę bardziej niż lekko.
- Nie. Wcale nie – odparł mi. Jednocześnie chwycił mnie za ramiona i podtrzymywał się mnie.

Zapanowała cisza, podczas której słyszeliśmy tylko nasze oddechy i dochodzące z oddali basy muzyki. Spojrzałam Stilesowi prosto w oczy, a on… Odwzajemnił spojrzenie.
- Ładnie dzisiaj wyglądasz – powiedział mi niezwykle trzeźwym i bardzo poważnym głosem.
- Dziękuję.

W jednej chwili stało się coś niebywałego. Odważałam się go pocałować. Stiles przez kilka sekund nie odwzajemniał pocałunku, ale w końcu bardzo powoli i ostrożnie odwzajemnił go. Uśmiechnęłam się lekko, ale nie przerywałam. Przymknęłam oczy i skupiłam się tylko na chłopaku. Czułam jak stado motylków fruwa mi w brzuchu. Wreszcie doszło do jakiegoś zbliżenia między nami, nie chciałam tego zepsuć tak szybko. Poczułam dłonie Stilinskiego na swojej talii, odruchowo zarzuciłam mu ręce na szyję. Całowanie się ze Stilesem było takie przyjemne, takie delikatne i miłe. A jednocześnie sprawiało, że miałam dreszcze na całym ciele. Było w tym coś intymnego.

Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie. Otworzyłam oczy, za Stilesem stał Isaac. Oderwałam się pośpiesznie od Stilinskiego, który również odwrócił się w kierunku drzwi i odsunął się ode mnie. Patrzyliśmy przez chwilę na zszokowanego Laheya.
- Isaac – zaczęłam ostrożnie, nie wiedząc czemu czując się odrobinę źle, że to widział, ale chłopak w tym samym momencie przemówił:
- I znalazły się zguby. – Jego głos przebrzmiewał gorzkim tonem. Zmrużył oczy. Po tych słowach odwrócił się na pięcie i zaczął iść wzdłuż korytarza. Przez chwilę zastanawiałam się czy iść za przyjacielem czy raczej zostać ze Stilesem.
- Co mu jest? – zapytał mnie Stilinski. Wzruszyłam niedbale ramionami i westchnęłam. Chłopak moich marzeń będzie musiał zaczekać, musiałam to wyjaśnić póki jeszcze nie jest za późno tym bardziej, że miałam się schronić przez jakiś czas w starym domu Lahey’a.
– Poczekaj tu na mnie. Nigdzie nie odchodź – zastrzegłam władczym tonem.

Stiles pokiwał posłusznie głową. Jak szczeniak. Naprawdę był nieźle wstawiony. Wybiegłam na korytarz i dogoniłam Isaaca.
- Czekaj… No, przecież, o co ci chodzi? – spytałam w biegu. Dziękowałam swoim wilczym zdolnościom, bo tylko dzięki nim bezpiecznie mogłam biegać w tych wysokich szpilkach.
- Bezczelna jesteś, Erica – warknął chłopak, czym całkowicie mnie zszokował. Nie traciłam jednak zimnej krwi i nadal starałam się go zatrzymać.
- Hej, daj spokój. Wytłumacz mi – zawołałam siląc się na milutki ton.

Zatrzymał się w pół kroku. Odwrócił się w moją stronę z zaciętą miną, której przyglądałam się z zaciekawieniem. Przetarł twarz dłonią i spojrzał na mnie z poirytowaniem.
- Nie udawaj głupiej. Myślisz, że upijam cię od samego początku po to żebyś wylądowała ze Stilinskim w składziku woźnego?
- A po co mnie upijasz? – podjęłam zezłoszczona. Założyłam ręce na piersi. Spojrzał na mnie wymownie i parsknął gniewnie.
- Liczyłem na jakiś obrót sprawy – mruknął, wpatrując się we mnie twardo.
- To znaczy? – dopytywałam ze zmrużonymi oczyma.
- Że może w końcu do czegoś więcej między nami dojdzie!
Zesztywniałam i zmarszczyłam brwi. Czy on sugerował to, o czym myślałam? Prychnęłam rozjuszona.
– Och! No dalej. Powiedz to. Chciałeś się ze mną w końcu przespać, tak?
Posłał mi gniewne spojrzenie. Zaraz potem złagodniał, a raczej zesmutniał. Z dłońmi włożonymi do kieszeni spodni oparł się o szafki. Westchnął przeciągle.
- Oddaje ci się całym sobą. Akceptuję cię taką jaka jesteś. Jestem na twoje każde zawołanie, zapomniałaś już jak przy tobie byłem przez ten cały czas? Nawet cierpliwie czekam, jak pies. A ty… Dajesz mi nadzieję a potem ją bezkarnie niszczysz.
- To nieprawda – zaprzeczyłam natychmiast, jednak nieco słabo. Przez cały czas nie mogłam pozbyć się wrażenia, że Isaac zwyczajnie wypominał mi to „jaki jest dla mnie dobry”. Obawiałam się, że ten dzień źle się dla nas skończy.
- Po co był cały ten dzisiejszy wieczór? Zaprosiłaś mnie na bal, przytulałaś się do mnie w tańcu i praktycznie śpiewałaś mi do ucha „Stay”. Poza tym po co były te wspólne obiady u ciebie, siedzenie do rana, zasypianie na twoim łóżku, przytulanie się? Czemu robiłaś to wszystko, wiedząc, że każdy twój dotyk sprawia, że czuję się przy tobie niepewnie i działa na mnie w bardzo intensywny sposób? Dlaczego pozwoliłaś mi myśleć, że jestem dla ciebie ważny?
- Bo ty jesteś dla mnie ważny! Jesteś moim przyjacielem, Isaac! – zapewniłam go gorąco. Zacisnęłam dłonie w pięści i zacisnęłam mocno usta.
- No tak – uciął sucho.

Wpatrywałam się w niego z błagalną prośbą. Spojrzeniem prosiłam, by przestał, bo ta kłótnia była zupełnie bez sensu. Problem w tym, że wcale nie czułam się winna. Ani trochę. To przez ten alkohol, który najwyraźniej wypłukał moje emocje.
- Isaac – zaczęłam ze spokojem, oddychając przy tym głęboko.
- Nie, Erica. Mam dość twoich gierek. Mam wrażenie, że chcesz mieć nas obu. Albo mnie jako wyjście awaryjne. Ale mnie nie interesuje taka oferta.

I tym mnie całkowicie rozbroił. Nie miałam pojęcia, co mu odpowiedzieć. Po tych słowach odwrócił się i odszedł. Nieco przygnębiona wróciłam do Stilesa. Chłopak widząc mnie od razu się podniósł i chciał mnie pocałować, ale ja mu na to nie pozwoliłam.
- Nie Stiles. Jak wytrzeźwiejesz to już nie będziesz chciał ze mną być.
- Co ty mówisz, Lydio? – wybełkotał z trudem, mrużąc oczy. Uśmiechnęłam się lekko, ale i ironicznie.
- No właśnie – odmruknęłam i z westchnieniem wyszłam z pomieszczenia, zostawiając chłopaka na pastwę własnego losu. Skierowałam się w kierunku wyjścia, przy którym już czekała na mnie moja przyjaciółka.
- No wreszcie! Lahey was strasznie długo szukał! – zawołała z poirytowaniem. Zaraz jednak złagodniała. – Wracamy?
- Tak, pewnie – odparłam.

W samochodzie nie odzywałyśmy się do siebie.
- Czy coś się stało, Erica? Nie wydajesz się jakaś super zadowolona.
- Trochę się pokłóciłam z Isaacem. I… Doszło do czegoś między mną a Stilesem – wyjaśniłam. Rudowłosa rzuciła mi zaciekawione spojrzenie, więc wyjaśniłam jej całą sytuację jaka się wydarzyła. Dziewczyna słuchała z ogromnym zainteresowaniem.
- W dodatku nie wracam już dzisiaj do domu. Obiecałam Derekowi, że od razu po balu przyjadę do domu Lahey’a i tam już zostanę, ale nie wiem czy w obecnej sytuacji…
- Dzisiaj możesz przenocować u mnie – oznajmiła z lekkim uśmiechem Lydia. – Dajmy Isaacowi ochłonąć.
- Chyba masz rację – przytaknęłam i rozsiadłam się wygodnie na fotelu.

Niespodziewanie coś wybiegło na sam środek jezdni. Lydia uderzyła w „to” z ogromną siłą, tak, że owa postać odbiła się nam od maski. Obydwie się wzdrygnęłyśmy, Lydia krótko krzyknęła. Ja natomiast oddychając szybko, nacisnęłam na klamkę i wyszłam z samochodu. Rozejrzałam się na wszystkie boki, ale nigdzie nie dostrzegłam ciała, ani przed autem, ani na poboczu. Wtem Lydia pojawiła się tuż obok mnie. Była blada jak ściana, przyglądała mi się z niemałą paniką.
- Co to było? – spytała drżącym głosem.
- Nie mam pojęcia – odparłam szczerze, panując nad emocjami. Spojrzałam na maskę samochodu, została na niej czerwona smużka krwi. Przełknęłam głośno ślinę, ale nie chcąc denerwować Martin powiedziałam:
- To nic takiego, jedźmy dalej. – Dziewczyna przytaknęłam mi i pośpiesznie wsiadła z powrotem do auta. Dłonią rozmazałam krew, dokładnie ją wycierając. Uważnie rozejrzałam się raz jeszcze na wszystkie strony, uważanie nasłuchując, gdy niczego nie wyczułam ani nie usłyszałam, ponownie wsiadłam do samochodu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgan
Betha
Betha


Liczba postów : 951
Punkty : 24
Join date : 25/06/2012
Age : 19

PisanieTemat: Re: I am not alone.   24/2/2013, 16:41

Emocjonujące to było Very Happy
Aż szkoda Isaaca, mam nadzieję, że to nie jego potrąciły, nie wiem jakieś takie podejrzenie Very Happy
Pijany Stiles to coś pięknego, nie wiem czemu, ale no suodko Very Happy
A gdy nazwał Ericę, Lydią to zaczęłam się śmiać, mam nadzieję, że cię to nie urazi.
A Isaac się z tego otrząsnie, mówię ci, ja go znam ! Razz

______________________



~ ♥ Stydia ♥ ~





But down to earth
 If you choose to walk away, don’t walk away

 _________________________
team Stiles,Parrish and Peter!
By me

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://see-rome-and-die.tumblr.com/
Lynette
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 768
Punkty : 0
Join date : 12/05/2012
Age : 20

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Allison Argent
Wiek: 17
Rasa: Łowca

PisanieTemat: Re: I am not alone.   24/2/2013, 19:28

Wreszcie nadrobiłam. Trochę się zeszło, ale nie chciałam Cię zawieźć, więc zrobiłam to w końcu. Wink
Jakie zmiany, no no no. Wink Lydia jako super przyjaciółka Ericki wydaje się, jakby straciła swoje pazurki. Złagodniała, ale nadal kompletnie nic do Stilesa nie czuje. No nie wiem, czegoś mi w niej brakuje, ale to może są tylko moje przywidzenia. Sad
Bal wydawał mi się takim typowym tematem w filmach/serialach. Zawsze coś musi się dziać. Poza tym co mnie straszysz, co mnie straszysz? nonono Wszyscy świetnie się bawią, a ja przez to wszystko tylko zastanawiam się, kto z kim w końcu coś zrobi i kto komu w czym przerwie. xd Ale nawet nie spodziewałam się, że Stiles zaciągnie Ericę do schowka na miotły. Razz Na początku stawiałam, że to Erica z Isaac'iem gdzieś się wybiorą i to Stiles im przerwie, ale nie domyśliłam się tak spektakularnego wtargnięcia wilkołaka.
Jakoś przełknęłam fakt, iż oni making out, ale ciągle miałam w myślach biednego Isaac'a, który tak się starał i oddawał Erice. Przecież to było widoczne, taka bystra dziewczyna widziała wszystko, ale odpychała intuicję i samolubna przez cały czas myślała tylko o sobie i swoich uczuciach.
Bez żadnych złośliwości, ale teraz w stu procentach popieram stronę Isaac'a. Naprawdę, Erica 'musiałaby być ślepa', żeby nie dostrzec tej więzi między nimi. Przez cały wieczór chłopak tak się starał, a ona takie coś odp..., że też byłabym wkurzona. I ja mimo, że będąc pod wpływem alkoholu, opanowałabym się podczas rozmowy z nim i zaczęłyby mnie zżerać wyrzuty sumienia, ale to tylko ja. Erica pewnie jest inna. Tym razem alkohol znieczulił ją, stłumił jej sumienie. Ech... narobiła sobie niezłego bałaganu w życiu. Większego, niż miała dotychczas. I w takim razie jak wstanie rano i oprzytomnieje, to będzie miała spory problem. I nie zdziwię się, jeśli będzie się czuć porzucona.
Ja wiem, popłynęło wiele słów krytyki, ale musiałam dać upust swoim emocjom. Razz Poza tym jestem jedynie zbulwersowana zachowaniem Ericki. Co do strony technicznej, to znakomicie poradziłaś sobie ze zwrotami akcji, czytało się bardzo szybko i lekko. I powiem, że w bardzo intrygującym kierunku poprowadziłaś wszystko w ten sposób, że mimo wszystkich buzujących emocji i adrenaliny w żyłach doprowadzasz czytelnika jednocześnie do załamania nerwowego, jak i zabójczej chęci przeczytania dalszego rozwoju wydarzeń.
Wybacz, że Cię wystraszyłam, ale przecież wiesz, że lubię trochę terroryzować (You know it. -L.). Razz Poza tym to był rewanż za Stilesa. Mada faka, ajm osom xd
Dziś jestem dziwnie bardzo wylewna. Nie wiem, czym to jest spowodowane Surprised. Muszę się chyba zabrać za moją rozmowę St.-Is. Razz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   1/3/2013, 21:40

Cześć ;>

Lucca napisał:
Emocjonujące to było Very Happy
Aż szkoda Isaaca, mam nadzieję, że to nie jego potrąciły, nie wiem jakieś takie podejrzenie Very Happy
Pijany Stiles to coś pięknego, nie wiem czemu, ale no suodko Very Happy
A gdy nazwał Ericę, Lydią to zaczęłam się śmiać, mam nadzieję, że cię to nie urazi.
A Isaac się z tego otrząsnie, mówię ci, ja go znam ! Razz
Dzięki, kochana :heart: . Nie śmiałabym wątpić, że znasz Isaaca bardziej niż ktokolwiek inny. Very Happy Moment, w którym Stiles nazwał Ericę, Lydią... Haha, rozśmieszył Cię, mówisz? Cóż dla samej Erici był on raczej dołujący, ale nie mam Ci tego za złe. Dobrze, że wgl jakieś emocje wywołuję w Was. :>

Lynette napisał:
Bal wydawał mi się takim typowym tematem w filmach/serialach. Zawsze coś musi się dziać. Poza tym co mnie straszysz, co mnie straszysz? nonono Wszyscy świetnie się bawią, a ja przez to wszystko tylko zastanawiam się, kto z kim w końcu coś zrobi i kto komu w czym przerwie. xd Ale nawet nie spodziewałam się, że Stiles zaciągnie Ericę do schowka na miotły. Razz Na początku stawiałam, że to Erica z Isaac'iem gdzieś się wybiorą i to Stiles im przerwie, ale nie domyśliłam się tak spektakularnego wtargnięcia wilkołaka.
Jakoś przełknęłam fakt, iż oni making out, ale ciągle miałam w myślach biednego Isaac'a, który tak się starał i oddawał Erice. Przecież to było widoczne, taka bystra dziewczyna widziała wszystko, ale odpychała intuicję i samolubna przez cały czas myślała tylko o sobie i swoich uczuciach.
Bez żadnych złośliwości, ale teraz w stu procentach popieram stronę Isaac'a. Naprawdę, Erica 'musiałaby być ślepa', żeby nie dostrzec tej więzi między nimi. Przez cały wieczór chłopak tak się starał, a ona takie coś odp..., że też byłabym wkurzona. I ja mimo, że będąc pod wpływem alkoholu, opanowałabym się podczas rozmowy z nim i zaczęłyby mnie zżerać wyrzuty sumienia, ale to tylko ja. Erica pewnie jest inna. Tym razem alkohol znieczulił ją, stłumił jej sumienie. Ech... narobiła sobie niezłego bałaganu w życiu. Większego, niż miała dotychczas. I w takim razie jak wstanie rano i oprzytomnieje, to będzie miała spory problem. I nie zdziwię się, jeśli będzie się czuć porzucona.
Ja wiem, popłynęło wiele słów krytyki, ale musiałam dać upust swoim emocjom. Razz Poza tym jestem jedynie zbulwersowana zachowaniem Ericki.
Droga, najdroższa Weroniko! :heart:
Bal to faktycznie stały temat. No, ale przecież... Wszyscy lubią emocjonujące bale, nie?
Cóż, co do postaci Erici. Nie będę jej tłumaczyć. Razz I jak sama powiedziałaś, Erica jest inna. Chciałam zachować trochę jej kanoniczności, niby się zmieniła, ale coś... Nadal tkwi w niej z tej pierwotnej wersji zaraz po przemianie. Isaaca zraniła, no pewnie, ale ona podczas tego balu myślała raczej tylko o sobie. Very Happy Możecie nie lubić głównej bohaterki, ale i tak musicie o niej czytać xD Laughing Poza tym najbardziej podobało mi się wytłuszczone [przeze mnie zdanie] w twojej wypowiedzi. Oczywiście, że Ty byś się opanowała. Jesteś mądrym dziewczęciem Weroniko! xd Erica, niestety, nie bardzo i popełnia błędy.
Aczkolwiek cieszy mnie, że stanęłyście po stronie Isaaca. Sama bym trzymała jego stronę Shocked . I bardzo podoba mi się Twoje podejście do głównej bohaterki mojego opowiadania. Very Happy Czytasz i analizujesz poprawnie. No i najważniejsze: odbierasz to tak, jakbym tego chciała! :Rolling Eyes:

Dziękuję Wam bardzo, moje muszkieterki :heart: i zapraszam na kolejny rozdział Wink.
____________________________________________________________________________________


Rozdział 17
Kiedy odejdę

Skillet – „Will you be there”

Nie mieszkałam u Lydii ani u Isaaca. Derek nakazał mi i Boydowi badać pobliski teren, dość chętnie przystałam na ten pomysł, chociaż za każdym razem zastanawiałam się czy i tym razem wrócimy cali z wyprawy. Kilka dni po balu Isaac się w końcu do mnie normalnie odezwał. Widocznie cała jego złość ulotniła się, tym bardziej, że widział, że Stilinski zachowuje się tak jakby nic się nie wydarzyło. Bo w zasadzie nic wielkiego się nie wydarzyło. Podczas naszych spedycji, zaznajomiłam Boyda o moim planie ucieczki, chłopak zgodził się. Zrozumiałam, że ani mnie ani jego nic tutaj nie trzyma. Zostało mi tylko przekonanie Isaaca.

Po powrocie z jednej z wart, na której wraz z Boydem usłyszeliśmy wycie innej watahy, postanowiłam w końcu wybrać się do Isaaca. Weszłam do zniszczonego domu państwa Lahey z uczuciem podwójnego niepokoju. Z daleka wiał on pustką i chłodem, zupełnie jak gdyby nikt w nim nie mieszkał. Bo nikt w nim nie mieszkał, dodałam w myślach. Dom był w kompletnej rozsypce i całkowicie zdemolowany wewnątrz. Tak jak Lahey pozostawił go po tej feralnej nocy, w dzień śmierci jego ojca. A później przecież policja przeszukiwała mieszkanie. Dlatego, wszystko było porozwalane i nadal nietknięte. Jednak od czasu do czasu pojawiał się tam Isaac. Wiedziałam, że tym razem też tam był. Czułam go. Skierowałam się w stronę pokoju, w którym świeciło się światło. Ostrożnie i niemal na palcach pokonywałam dzielący mnie od niego dystans. W końcu przekroczyłam próg. Ujrzałam szatyna, który klęczał na ziemi obok ciemnobrązowego biurka i grzebał zawzięcie w niewielkim kartonowym pudle.
- Więc to jest twój pokój? – powiedziałam z lekkim uśmieszkiem i spojrzałam wprost na niego. Chłopak wzdrygnął się i gwałtownie wstał. Gdy mnie zobaczył, jego rysy natychmiast złagodniały.
- No tak – odparł i podszedł do mnie kilka kroków.

Rozejrzałam się, byłam w nim po raz pierwszy. Wcześniej jakoś nie zawędrowałam do jego prywatnego sacrum. Ściany miały odcień głębokiego fioletu a podłogę pokrywała zielona wykładzina. Jego łóżko było starannie zaścielone. W pokoju panował nieskazitelny porządek w porównaniu do pozostałej części domu.
Stałam z nim twarzą w twarz. Isaac uśmiechnął się do mnie lekko. I pochylił się w moją stronę jak gdyby chciał mnie obdarzyć całusem. Zanim zdążyłam choćby pomyśleć, usłyszałam swój własny głos.
- Ucieknijmy.
- Co? – spytał nieco zdezorientowany. Przyglądał się mi tymi swoimi zielonymi oczętami dość przenikliwie. Zamrugał kilkakrotnie wprawiając w ruch swoje długie i bardzo urzekające rzęsy. Serce zabiło mi szybciej, przełknęłam ślinę.
- Ucieknij ze mną – powtórzyłam uparcie, ujmując to w nieco innych słowach.
- Co ty chcesz zrobić? – Był zszokowany. Patrzył na mnie jak na wariatkę. Ale ja brnęłam dalej, będąc upartą w swoim postanowieniu.
- Odejść… Isaac, sam wiesz, że to najlepsze wyjście.
- Kiedy?
- Najlepiej jeszcze dzisiaj, podczas meczu – odparłam cicho.
- Chcesz tutaj wszystkich zostawić? – zapytał. Jego ton stawał się coraz ostrzejszy.
- Boyd też o tym myśli – wymamrotałam niepewnie.

Ewidentnie go zamurowało. Widziałam to po sposobie w jaki na mnie spojrzał. Nie patrzył już na moją twarz z blaskiem, jego oczy zaszły mgłą.
- Erica… Chcesz zostawić tutaj całe swoje życie? Szkołę, swoje stado, przyjaciół, Alfę, rodziców… mnie? – widziałam w jego oczach głęboki smutek. Widziałam też jak się wahał z tym czy może siebie wymienić. Zagryzłam wargę.
- Grozi nam niebezpieczeństwo. Argentowie chcą naszej śmierci… Nie lepiej po prostu zniknąć im z oczu? Wynieść się z Beacon Hills i już nigdy nie wracać?
- Nie! Tylko tchórze uciekają.

Zabolało. Prawda mnie ugodziła. Myślałam… Byłam pewna, że Isaac ucieknie razem ze mną. Że po prostu zabierze swoje rzeczy i pójdzie z nami, może nawet namówi resztę, w sensie Scotta i Dereka. Tak było przecież bezpieczniej dla nas wszystkich. Czy on nie rozumiał, że dla mnie nie było sensu, by tu zostać? Rodzice przecież i tak myśleli, że zniknęłam, całkowicie zrezygnowałam z powrotu do domu, nie mówiąc już o chodzeniu do szkoły. I… co było w tym złego, że chciałam żyć? Byłam za młoda, by umierać i sądziłam, że Isaac będzie podzielał moje obawy i pragnienia. Tym bardziej, że ostatnio wszystko się pokomplikowało.
- Być może jestem tchórzem… - zaczęłam nieśmiało i cicho.
- Ale ja nie – oznajmił twardo Isaac i odwrócił się do mnie tyłem. Skrzyżował ręce na piersi.

Dotarło do mnie, że on naprawdę zostaje. Choć nie rozumiałam jego powodów. Przecież nie miał już tu nikogo, co więcej myślałam, że… że dla mnie zrobi wszystko, i że mną pójdzie wszędzie, choćby na koniec świata. Naprawdę miałam taką nadzieję. Stałam skamieniała i nie wiedziałam co zrobić. Westchnęłam ciężko i podeszłam do niego. Położyłam mu dłoń na plecach. Ani drgnął.
- Isaac… - szepnęłam gładko. – Nie chcę cię tutaj zostawiać.
- Więc nie zostawiaj – odburknął i odwrócił się. Spojrzał mi prosto w oczy, lodowatym spojrzeniem. Zacisnął usta i czekał na moją reakcję. Kiedy jednak ja się nie odzywałam, on nie wytrzymał i wybuchnął:
- To takie oczywiste… - mruknął i ze zrezygnowaniem pokręcił głową. - Idziesz na łatwiznę, zawsze szłaś, boisz się stawiać czoła problemom. Zawsze tak było! Nie wiem… czy masz jakiś urojony symptom z dzieciństwa, coś co siadło na twojej psychice?! A może taka po prostu jesteś. Nie mam pojęcia. Widocznie cię nie znam, ale myślałem, że zostaniesz choćby dla… - urwał i gwałtownie przejechał ręką po włosach. Spojrzał na mnie niepewnie. Domyśliłam się co chciał powiedzieć. Dla niego…? Poczułam jak do oczu podchodzą mi łzy, miałam gotową odpowiedź, ale jakaś część mnie krzyczała, bym nie mówiła jej na głos.
- Nic ani tym bardziej nikt mnie tu nie trzyma, Isaac. - Bum, powiedziałam to. Chłopak otworzył usta, ale zaraz potem je zamknął. Prychnął gniewnie, po czym wyminął mnie i odszedł.
- Isaac! Dokąd idziesz?! – krzyknęłam za nim. Zacisnęłam dłonie w pięści i bezradnie patrzyłam tępo w ścianę. Zagryzłam wargę i powstrzymywałam niechciane łzy.
- Do Scotta! – usłyszałam jak mi jeszcze odkrzykuje i trzaska drzwiami wejściowymi. Przez kilka sekund wydawało mi się, że grunt pod moimi nogami się zatrząsł.

Podeszłam do biurka i pochyliłam się nad kartonem, w którym uprzednio szperał chłopak. Były w nim rzeczy z dzieciństwa Isaaca, głównie rozsypane zdjęcia i zabawki. Dyplom za branie udziału w konkursie naukowym. To dziwne, bo Isaac był do kitu jeśli chodzi o chemię. Zdjęcia drużyny lacrosse, zdjęcie ze mną, na którym całowałam go w policzek a po twarzy błąkał mi się zadziorny uśmieszek. Wzięłam je w dłonie i uśmiechnęłam się. Zrobiła je Lydia podczas naszego wspólnego wypadu na pizze. To było takie normalne… Odłożyłam zdjęcie na biurko i sięgnęłam po brązowo-kremowy album. Otworzyłam go i już na pierwsze stronie zobaczyłam zdjęcie pani Lahey w jeansach i bordowym dzierganym swetrze. Na rękach trzymała malca o bujnych loczkach. Pewnie Isaaca. Patrząc na nią, mogłam od razu stwierdzić, że była cudowną, pełną ciepła kobietą. Szczuplutką szatynką, włosy miała spięte w ciasny kok, a jej oczy… Były dokładnie takie jak Isaaca, nawet ten ich niesamowity blask był taki sam. Tu i ówdzie kobieta posiadała już oznaki zmarszczek, ale to tylko dodawało jej uroku. Uśmiechała się. A mnie na ten widok, coś ukuło w serce. Szkoda, że nie zdążyłam jej poznać, szkoda, że nie dane było Isaacowi z nią dłużej pobyć. Następne zdjęcie przedstawiało dwóch chłopców szczerzących się do siebie łobuzersko. I kolejne już tylko pana Laheya i Camedona.
- Chyba ci się nie udało – powiedział Boyd, który niespodziewanie pojawił się w pokoju Isaaca. Wzdrygnęłam się i odwróciłam w jego stronę, przez cały czas trzymając album w dłoniach. Najwidoczniej przez cały ten czas mnie śledził. Zignorowałam jednak uczucie zażenowania. – Jesteś tego pewna?
- Tak – odparłam po chwili wahania się. Zatrzasnęłam album, sprawiając, że w powietrzu uniósł się kurz. - Chodźmy pogadać z Derekiem.
- Teraz?
- Tak – powiedziałam stanowczo i odłożyłam album do pudełka. Ostatni raz zawiesiłam spojrzenie na naszej wspólnej fotografii i wyszłam tuż za Boydem.



Derek był w swojej starej kryjówce, w domu Haleów. Razem z czarnoskórym towarzyszem udałam się tam prawie jak na stracenie. Bałam się jego reakcji, nawet bardziej niż Isaacowej. Powiedziałam sobie, że Lahey ma czas do wieczora, by się zdecydować. I dobrze o tym wie. W głębi serca wierzyłam, że jednak się zdecyduje. Po co szedł do Scotta? Nie rozumiałam, tym bardziej, że Derek nie informował go o żadnych naszych akcjach.

Powolnym krokiem weszłam do środka.
- Odchodzicie… - przywitał nas nieco zmartwionym głosem Derek z ostrą nutą. Był zły, ewidentnie wkurzony. Westchnęłam ciężko i przytaknęłam ruchem głowy. – To jest wasza decyzja? – Ponownie pokiwałam głową.
- Kiedy? – zadał kolejne pytanie.
- Dzisiaj w nocy – odparła patrząc mu prosto w oczy.
- Wszyscy będą na meczu – dodał Boyd. – To najlepszy moment.
- Tego właśnie pragniecie? – warknął już nieprzyjemnie Derek. Wzdrygnęłam się lekko.
- Chcemy tylko przeżyć. Derek, miesiąc temu skończyłam szesnaście lat. Mam tylko szesnaście lat – powiedziałam odważnie. Mężczyzna spojrzał na mnie karcąco.
- Mówiłem wam, że to ma swoją cenę.
- Nie mówiłeś, że aż taką – zaprzeczył z mocą Boyd. Chciałam stamtąd uciec jak najszybciej. Konfrontacja z Derekiem wydawała mi się całkiem zbyteczna.
- Pokazałem wam jak przetrwać jako stado. A nie można być stadem bez alfy.
- Jest inne stado – odezwałam się.
- Znaleźliście inne stado? Jakim cudem?
- Słyszeliśmy je – powiedział Boyd.
- Mogło się wam tylko wydawać. Wilkołaki potrafią modulować głosem tak, by dwa wilki brzmiały jakby było ich więcej.
- Ok. To bez znaczenia, Derek! – zawołałam i przybliżyłam się do Boyda. – Wybraliśmy już.
- Derek, to koniec. Przegraliśmy – odezwał się czarnoskóry. – Odchodzimy.
- Nie. – Na dźwięk jego głosu serce zabiło mi szybciej, jakby chciało wyrwać się z mojej piersi. Zmroziło mnie. – Wy uciekacie. I kiedy zaczniecie, to nie przestaniecie. Zawsze już będziecie uciekać.

Usłyszałam to po raz drugi tego dnia. Że uciekam i nie walczę z problemami. Przepraszam, ale nie mogę walczyć, nie jestem w stanie. Zależy mi na tym by żyć. Gwałtownie nabrałam powietrza i pociągnęłam Boyda za rękę, wyprowadzając go z domu Dereka. Uświadomiłam sobie jednak, że nasz Alfa i Isaac mieli całkowitą rację, uciekałam niczym zwykły tchórz.



Nie pakowałam się. Nie było sensu. To wszystko przypominało mi tylko o moim dawnym życiu, o którym gdzieś tam będę chciała zapomnieć. Stałam nad jeziorem i zastanawiałam się jak to teraz będzie wyglądało. Czy miałam się czego obawiać? Pewnie tak. Wyjęłam swój telefon i przez chwilę zastanawiałam się czy nie zadzwonić po raz ostatni do rodziców. Szybko zrezygnowałam, po co robić im niepotrzebną nadzieję? Zaciskając usta, zamachnęłam się i wrzuciłam swój telefon do wody. Plusnęło i tyle go widziałam. Włożyłam ręce do tylnich kieszeni spodni i zapatrzyłam się na taflę wody.

Po chwili usłyszałam tupot szpilek. Uśmiechnęłam się i odwróciłam w kierunku rudowłosej dziewczyny. Zielone oczy Lydii wyrażały prawdziwy niepokój. Wyglądała ślicznie jak zawsze, w porównaniu ze mną, pewnie mogłaby zostać Miss Beacon Hills. Ja miałam potargane włosy i byle jakie ciuchy, zero makijażu. Podczas, gdy ona w swoim czerwonym płaszczyku i zielonych szpilkach prezentowała się świetnie. Dziewczyna nie dała mi dojść do słowa, tylko od razu mnie przytuliła.
- Nie wierzę, że nas opuszczasz – powiedziała, ściskając mnie jeszcze mocniej. Zaśmiałam się cicho, choć w oczach stanęły mi łzy.
- Pamiętaj tylko, że…
- Wiem, wiem. Nikt nie może się dowiedzieć. – Jasnowłosa odsunęła się ode mnie ze smutnym uśmiechem. – Będę tęsknić.
- Ja za tobą strasznie – odparłam szczerze. Za jej głupimi minkami, za dziwacznym zachowaniem, za nią jedyną w swoim rodzaju, za myślą, że zakupy są dobre na wszystko. Byłam jej wdzięczna, że zawsze przy mnie była, nawet, gdy dowiedziała się prawdy i, że mnie wspierała. I byłam jej wdzięczna za wszystkie rozmowy o rodzicach, Isaacu, Stilesie i stadzie, jakie ze mną odbyła. Przytuliłam ją krótko raz jeszcze.
- Idziesz dzisiaj na mecz, prawda? – spytałam, na co ona przytaknęła ruchem głowy.
- Baw się dobrze – oznajmiłam, na co się uśmiechnęła.

Nagle dziewczyna zaczęła grzebać zawzięcie w swojej torebce. Przyglądałam się jej z zaciekawieniem.
- Lydia… - zaczęłam po chwili, ale ona przerwała mi.
- Czekaj. – Po chwili wyciągnęła ze swojej zielonej torebki szminkę. Spojrzałam na nią ze zmarszczeniem brwi, pytająco i z niepewnym uśmieszkiem.
- Martin, co ty…
- To jest moja ulubiona krwistoczerwona szminka. Nawet jeśli nie pomaluję nią ust, zawsze mam ją przy sobie. Przynosi mi szczęście – oznajmiła mi i wcisnęła mi w dłoń szminkę w złotej obudowie. Wysunęłam trochę jej zawartość. Naprawdę krwistoczerwona.
- Jesteś pewna? Skoro mówisz, że to twój talizman…
- Dlatego ci go daję. Tobie bardziej się przyda, uwierz mi.
- Dziękuję, jesteś kochana – powiedziałam z dziwną ckliwością i ponownie przytuliłam Lydię.



Pożegnania były ciężkie i niewątpliwie trudne. Dlatego właśnie starałam się ich uniknąć. Nie pożegnałam się z rodzicami – zwyczajnie od nich uciekłam. Nie pożegnałam się ze Scottem ani też ze Stilesem, bo brakło mi czasu. Od Dereka odeszliśmy w gniewie, a z Isaacem… Nasza ostatnia rozmowa mogła być o niebo lepsza, jednak nie była. Wyszło jeszcze gorzej niż gdybyśmy się w ogóle nie zamienili ze sobą słowa. Ostatnio nad naszą relacją się chmurzyło, właściwie to było jak burza z piorunami. Dlatego chociaż Lydia zasługiwała na porządne pożegnanie się ze mną. Cierpliwie czekaliśmy razem z Boydem na rozpoczęcie się meczu a potem nie oglądając się już więcej za siebie, zaczęliśmy biec w stronę lasu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynette
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 768
Punkty : 0
Join date : 12/05/2012
Age : 20

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Allison Argent
Wiek: 17
Rasa: Łowca

PisanieTemat: Re: I am not alone.   3/3/2013, 16:01

Na początek świetna piosenka. Bardzo dobrze wpasowała się do rozmowy z Isaac'iem. Wink
Ech, jaka ta Erica lekkomyślna. I po raz kolejny skrzywdziła Isaaca. :/
Do końca myślałam, że jednak wyjdziesz spoza schematu serialu i podczas rozmowy z Derekiem coś się zmieni. A jednak ucieczka. Hym...
I jaki ciekawy talizman podarowała Lydia. :Rolling Eyes: I jak on niby pomoże Erice? Skoro schematycznie kierujesz się serialową fabułą, to pewnie podczas "łapanki" Alli strzeli w Ericę, a szminka uratuje ją przed strzałą i to jej nie zrani. Haha, ja i moja logika. Razz
Dobra, tym razem króciutko, bo nie ma co filozofować tym razem. Czas pokaże Wink Buziaki. ;*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   16/3/2013, 13:55

Lynette napisał:
I jaki ciekawy talizman podarowała Lydia. :Rolling Eyes: I jak on niby pomoże Erice? Skoro schematycznie kierujesz się serialową fabułą, to pewnie podczas "łapanki" Alli strzeli w Ericę, a szminka uratuje ją przed strzałą i to jej nie zrani. Haha, ja i moja logika. Razz
Wybacz kochana, że obcięłam tą akcję xd Ale musisz wiedzieć, że szminka to tylko taki symboliczny prezent od Lydii. W końcu... Lydia chciała podarować Erice coś, co było normalne, by przypominało dziewczynie o NORMALNYM życiu Razz Lyyyniu :heart:

I oto kolejny rozdział. Brnę szybko do końca. Obcięłam akcję, bo praktycznie pokrywała mi się z serialem, a po co mam opisywać po prostu odcinek? Nie miałam pomysłu, więc przeszłam od razu do sedna. Zamiast pisać coraz lepiej, to ja im bardziej zbliżam się do końca tym dodaję gorsze rozdziały xd. Musicie mi wybaczyć. Postać Ericii mnie już nie porywa Neutral Ale nie będę się usprawiedliwiać. Dzisiaj nie będzie dedykacji, bo jest tak sobie xd.
Enjoy. :>

______________________________________________________________

Rozdział 18
Alfy nadchodzą


Ile czasu jeszcze musi minąć i kto jeszcze musi zginąć, żebym zrozumiała, co jest w życiu ważne? Kolejne przeszkody stawały się coraz trudniejsze do pokonania. Najgorsze było to, że razem z Boydem kompletnie nie spodziewaliśmy niczego, co nam się przytrafiło. Zaraz potem, gdy udało nam się uciec Gerardowi, wpadliśmy w znacznie gorszą pułapkę.



Zatrzymaliśmy się na środku lasu w egipskich ciemnościach. Boyd dyszał ciężko i oparł się o drzewo. Ledwo umknęliśmy łowcom. Byliśmy zmęczeni, wygłodzeni i całkowicie osłabieni. Mieliśmy potargane ubrania i mnóstwo ran, które z ociąganiem się goiły.
- Co robimy, Erica? – spytał mnie cicho chłopak. – Dokąd teraz?
- Boyd, posłuchaj… Chcę wrócić – wyznałam jeszcze ciszej niż on, nie całkiem jeszcze zdecydowana. Przez cały czas się wahałam. Przez całą naszą bieganinę zastanawiałam się czy aby na pewno dobrze robimy, zaczęłam wysuwać różne wnioski, argumenty i kontrargumenty.
- Co? Jak to? Dlaczego? – zasypał mnie mnóstwem pytań.
- Oni nas potrzebują, Boyd – powiedziałam twardo i nieco z rozpaczą. Chwyciłam go za rękę, patrząc na niego błagalnym wzrokiem. - Derek nas potrzebuje, Isaac też. On jest sam.
- Zawsze był sam – skomentował oschle czarnoskóry, patrząc na mnie tak jakoś dziwnie, wzrokiem przepełnionym pretensją. Zmarszczył brwi a jego oczy zachmurzyły się w groźny sposób.
- To nasz przyjaciel… Ja nie mogę go tak zostawić – odparłam, odwracając wzrok.
- Jakoś jeszcze wczoraj nie miałaś nic przeciwko ucieczce!
- Ja… Przez cały czas miałam nadzieję, że ucieknie razem z nami… - szepnęłam prawie niesłyszalnie.
Oczywiste było, że chodziło mi tylko i wyłącznie o Isaaca. Tyle razem przeszliśmy, że nie miałam serca go zostawiać. I nie tylko jego, Stilesa przecież również, podpowiedział mi cichy głosik w głowie. Martwiłam się o Stilinskiego, ostatnio widziałam go, gdy był torturowany przez Gerarda i nie wyglądał za dobrze. Podczas, gdy Argentowie nas przetrzymywali doszło do mnie, że potrzebujemy się wzajemnie i że ucieczka to zły pomysł. Derek miał rację mówiąc, że odtąd już zawsze będziemy uciekać. A przecież to do niczego nie prowadziło. Lepiej byłoby zostać i walczyć. To też powiedziałam Boydowi.
- Czy ty postradałaś zmysły, Erica?! To nie…

I wtedy usłyszeliśmy wycia. Chyba z tuzin wyć. Przeszedł mnie dreszcz i oblał zimny pot. Zbliżyliśmy się do siebie i wtedy otoczyły nas wilkołaki. Wiedzieliśmy, że to oni. Bałam się, byłam przerażona, tak bardzo, że ledwo powstrzymałam drżenie ciała. Oddech mi natychmiast przyśpieszył, tak samo bicie serca.
- No, no. Co my tutaj mamy? Dwa samotne wilczki – usłyszałam czyjś gruby głos w ciemnościach.
- Jaka ładna panna! – zawołał jakiś wilkołak z lewej. Widziałam tylko ich sylwetki, kilka kobiet i kilku mężczyzn. Nie widziałam wyraźnie jak wyglądali, byłam w stanie tylko odróżnić ich postawy, wysokość i posturę. Kobieta warknęła na tego wilkołaka z lewej.
- Jeśli będziesz grzeczny, pozwolę ci się z nią zabawić – odezwał się ponownie ten gruby głos. Ponownie chwyciłam Boyda za rękę. Naprawdę się bałam.

I nagle mężczyzna i kobieta ruszyli do ataku. Nie miałam nawet na tyle refleksu i odwagi by się obronić, po prostu byłam podatna na rozwój akcji. Poczułam jak pazury wbijają mi się w policzek i biegną wzdłuż szyi, krew spływała mi po równolegle torze. Zaraz potem poczułam potężne ukłucie w brzuchu i ból zaczął rozprzestrzeniać się po całym ciele. Upadłam.



Obudziłam się cała obolała. W dodatku poczułam piekący ból na brzuchu, dotknęłam go i napotkałam głęboką ranę. Nadal chyba krwawiła. Otworzyłam oczy i aż krzyknęłam. Tuż przed sobą zobaczyłam Boyda leżącego nieruchomo z szeroko otwartymi oczyma. Cały skamieniały. Do moich oczu naszły łzy. Gwałtownie się podniosłam. Przeszył mnie nagły ból, ale zignorowałam go. Zaczęłam potrząsać czarnoskórym chłopakiem.
- Boyd! Boyd! Proszę cię, nie rób mi tego! Boyd! – wołałam rozpaczliwie łykając łzy, ale na nic mi się to zdało. – Boyd.

Przez chwilę łykałam żałośnie a potem postanowiłam wziąć się w garść. Dotknęłam Boyda, ale nawet w dotyku był jak kamień. Wierzchem dłoni otarłam policzki. Wstałam i momentalnie zakręciło mi się w głowie. Spojrzałam raz jeszcze na ciało chłopaka i wtedy… naszły mnie ogromne mdłości, poczułam skręt brzucha i… Odbiegłam zaledwie kilka kroków i zwymiotowałam. Miałam pusty żołądek, więc jedyne co wydobywało się z moich ust to tylko nieprzyjemna żółć i krew. Zakaszlałam kilkakrotnie i otarłam usta. Po moich policzkach spływały gorzkie łzy. Czułam się żałośnie.
- Przepraszam – szepnęłam w stronę umarłego z ogromnymi wyrzutami sumienia i podniosłam się. Boyda już nie było wśród żywych, ale ja nadal miałam szansę uciec.

Rozejrzałam się uważnie. Zorientowałam się, że znajduję się w jaskini. Prawdopodobnie z mnóstwem tuneli. Zastanawiałam się jak mam stamtąd uciec. Pobiegłam w kierunku jednego z tuneli, odgłosy moich kroków odbijały się nieprzyjemnym echem, więc postanowiłam pozbyć się butów. Choć stopy ślizgały mi się na skalistej powierzchni jaskini, zignorowałam to i nie dbając o skręcenie kostki, biegałam po tunelach. Szukałam czegoś… Jakiegoś wyjścia. W lewo. W prawo. W lewo. W prawo. Prosto. I znów w lewo. Wydawało mi się, że biegam w kółko. Nagle moim oczom ukazała się ogromna sadzawka, coś jak staw. Przez chwilę zastanawiałam się czy uda mi się po prostu przepłynąć pod całą jaskinią. Może? Co miałam do stracenia? I tak czy tak mogłam zginąć.

Wskoczyłam do wody, nabierając uprzednio powietrza. Otworzyłam oczy, choć zaczęły mnie one niemiłosiernie piec. Woda była stanowczo za słona i trochę zanieczyszczona. Czułam się nieco ciężka, ale jednocześnie byłam unoszona. Płynęłam równomiernie, zastanawiając się czy jako wilkołak jestem w stanie wytrzymać dłużej pod wodą, zanim całkiem się uduszę. Nagle zapanowała okropna ciemność i nie widziałam już niczego. Spróbowałam wypłynąć. Znajdowałam się w jakiejś przewiązce, która łączyła dwa oddzielne groty. Uderzyłam głową w nisko obsadzone sklepienie i jęknęłam. Przynajmniej byłam w stanie nabrać powietrza. Płynęłam przed siebie przez dość długi czas. Wydawało mi się, że minęły wieki zanim dostrzegłam jasną poświatę. Odruchowo przyśpieszyłam. Usłyszałam szum wody i wtedy też dostrzegłam wodospad. Z ulgą przepłynęłam przez niego, pozwalając by woda uderzała w moją głowę, kark i plecy. Przetarłam piekące oczy i rozejrzałam się uważnie. Byłam w lesie. W dobrze mi znanym miejscu. Księżyc oświetlał swoim blaskiem ogromny staw, gdzieś w oddali huczała sowa.

Oddychałam ciężko, byłam całkowicie wycieńczona, ale to się nie liczyło, bo byłam wolna!



Najbliższym domem w okolicy był dom Stilinskiego. Dostrzegłam, że na wjeździe przed domem nie ma auta szeryfa. Z trudem powlekając za sobą nogami i zmuszając je do jak najczęstszych kroków podeszłam do drzwi i zadzwoniłam na dzwonek. Byłam tak strasznie osłabiona, że nie wiedziałam czy dam radę jeszcze przez chwilę ustać na nogach. W ustach czułam gorzki smak i kompletnie nie miałam pojęcia czy moje rany się goją choć trochę. Świat wirował i był cały we mgle.

Wreszcie, wydawało mi się, że czekałam wieczność, Stiles mi otworzył.
- O Boże! Erica! – zawołał, ale ja po prostu na niego opadłam. Przymknęłam oczy, ale nadal utrzymywałam świadomość. Chłopak wsparł mnie o siebie i zaczął prowadzić do jakiegoś pokoju, zapewne wykorzystując do tego całą swoją siłę. Ułożył mnie na łóżku i pośpiesznie wybiegł z pokoju.

Po chwili wrócił z mokrym ręcznikiem, który położył mi na czole. Zimny ręcznik na chwilę pozwolił mi zignorować uciążliwy ból rozchodzący się po całym ciele. Odczułam niewielką ulgę.
- Erica… - szepnął Stiles. Czułam, że jest blisko mnie. Otworzyłam oczy. Stiles klęczał na ziemi i patrzył prosto na mnie. – Co ci się stało? To łowcy?
- Nie… To nowe stado. Porwali nas…
- Was? To znaczy kogo?
- To moja wina… To wszystko moja wina… Gdyby nie ja, on by żył – powiedziałam z niemałą rozpaczą i na samo wspomnienie skamieniałego ciała Boyda ponownie w moich oczach zebrały się łzy.
- Nie, to nie twoja wina – odparł stanowczo chłopak i ściągnął mi ręcznik z głowy. Położył mi dłoń na czole a później przeniósł ją na policzek. Zaczął przyglądać się mojemu ciału i dostrzegł ranę na brzuchu. – O mój Boże! Muszę cię zabrać to szpitala.
- Nie, nie… - zaprzeczyłam cicho, ale po chwili zemdlałam z braku sił.

Obudziłam się bodajże po godzinie. Nie znajdowałam się już w pokoju Stilesa a gdzieś zupełnie indziej. Leżałam na czymś twardym. Przez chwilę obawiałam się, że znów ktoś mnie porwał. Ale gdy otworzyłam oczy, zostały one porażone przez światło lampy, gdy tylko trochę je zmrużyłam ujrzałam nad sobą Scotta i weterynarza. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie lekko.
- Witaj z powrotem – przywitał się ze mną i odłożył jakieś narzędzie na stolik obok.
- Stiles, obudziła sie! – Scott odwrócił się ode mnie i zawołał Stilesa, który już po kilku sekundach wparował do salki. McCall ponownie skierował na mnie swój wzrok i dotknął mojego ramienia, które zapiekło niemiłosiernie. Uśmiechnął się do mnie ciepło, uśmiechem dodającym otuchy.

Zerknęłam na Stilesa. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to w jakim jest stanie. Miał sińce na policzku i rozciętą wargę. Był cały blady i przerażony. Widziałam to po nim bardzo wyraźnie.
- Myślałem, że już po tobie – mruknął szatyn i podszedł do mnie bliżej. Niepewny tego czy może mnie dotknąć, stanął obok stołu i wpatrywał się we mnie uważnie.
- Już w porządku – odezwał się weterynarz pogodnie. – Erica za kilka godzin poczuje się znów pełna sił. Będzie dobrze.
- Miałaś okropne rany – zwrócił się do mnie Scott. – Naprawdę okropne. Co się stało?

Westchnęłam i powoli, ignorując wszelkie przechodzące przeze mnie prądy bólu, usiadłam na stole weterynarza.
- Stado wilkołaków nas zaatakowało. Nie wiem czego chcą. Oni… I… I… Boyd. Oni go zabili – powiedziałam cicho i nieco chaotycznie. Gdy wspomniałam o Boydzie, natychmiast ogarnęła mnie panika i dzika rozpacz. Zaczęłam się mimowolnie trząść i spuściłam wzrok, przyglądając się moim połamanym paznokciom. – Boyd nie żyje z mojej winy. On chciał uciec, ale ja nie. Chciałam wrócić do was i przeze mnie… On… Boyd nie...

I wtedy wybuchłam niepohamowanym płaczem. Byłam niesamowicie rozchwiana emocjonalnie, co chyba dało się od razu zauważyć. Jakoś ciężko było mi się pozbierać do kupy. Stiles natychmiast do mnie podszedł i delikatnie mnie objął. Drżąc wtuliłam się w niego i płakałam mu w bluzę, bezkarnie ją mocząc.
- Powiadomię Dereka – oznajmił Scott i poklepał swojego przyjaciela po ramieniu, obdarzając mnie współczującym spojrzeniem na odchodnym. Stiles zaczął głaskać mnie po włosach i uspokajać, szepcząc; cii.

Po chwili McCall wrócił do salki i zwrócił się do mnie:
- Isaac pyta czy może się z tobą zobaczyć?
- Ja nie… Na razie… Nie jestem gotowa na rozmowę z nim, nie chcę by mnie widział w takim stanie – wydukałam. Brunet pokiwał ze zrozumieniem głową i ponownie wyszedł. Usłyszałam jak tylko mówił jeszcze:
- Ona na razie jest słaba, później z nią pogadasz. Taak… Jest ze Stilesem…
- Erica – zwrócił się do mnie weterynarz, który do tej pory jedynie kręcił się po salce. – Musisz się uspokoić. To coś, co krąży w twojej krwi jest trochę niebezpieczne.
- Co to znaczy trochę niebezpieczne? – warknął niespodziewanie Stiles nadal trzymając mnie w objęciach. Skrzywiłam się na samą myśl o tym „co we mnie krąży”.
- To znaczy, że nie da się tego pozbyć w tak szybkim tempie jak jadu kanemy – wyjaśnił spokojnie doktor Deaton patrząc czujnym spojrzeniem na chłopaka. Po chwili milczenia jego wzrok przeniósł się na mnie. - Musisz się przespać, Erica.

Po tych słowach wbił mi w ramię strzykawkę i tak jak kiedyś, zasnęłam w ramionach Stilesa.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgan
Betha
Betha


Liczba postów : 951
Punkty : 24
Join date : 25/06/2012
Age : 19

PisanieTemat: Re: I am not alone.   19/3/2013, 17:24

Cytat :
Derek nas potrzebuje, Isaac też. On jest sam.
- Zawsze był sam – skomentował oschle czarnoskóry, patrząc na mnie tak jakoś dziwnie, wzrokiem przepełnionym pretensją. Zmarszczył brwi a jego oczy zachmurzyły się w groźny sposób.
Mad Tu sobie pomyślałam, o ty Boydzie jeden! Lecz potem sobie pomyślałam : Tylko nie Boyd! Haha głupia jestem.
Fajnie się to czytało, trochę jak odrębną część 3 sezonu. Ładnie sobie to wymyśliłaś, jestem bardzo ciekawa jak to dalej pociągniesz. Very Happy
No i krąży mi pytanie, co ona ma w tej swojej krwi i czemu jej nie zabili ? ^^
Erica podoba się jednemu Alfie, a drugi to jakieś zarozumiały bufon xD
Cytat :
- Jeśli będziesz grzeczny, pozwolę ci się z nią zabawić

Bezczelny, ale z tego wszystkiego wyobraziłam sobie Erice która spotyka się potajemnie z Alfą ;D

Gratki za ładny rozdział!

Ale jak ona miała głębokie rany na brzuchu, a potem wskoczyła do mocno słonej wody to ja współczuje.

______________________



~ ♥ Stydia ♥ ~





But down to earth
 If you choose to walk away, don’t walk away

 _________________________
team Stiles,Parrish and Peter!
By me

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://see-rome-and-die.tumblr.com/
Lynette
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 768
Punkty : 0
Join date : 12/05/2012
Age : 20

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Allison Argent
Wiek: 17
Rasa: Łowca

PisanieTemat: Re: I am not alone.   24/3/2013, 15:53

No, no, no! Jaki intrygujący rozdział! Smile
Niestety, dopatrzyłam się kilku błędów i 'ubytków' interpunkcyjnych, ale nie stanowiło to większych problemów w zrozumieniu tekstu. (oł maj gad, dat łos soł profesjonal Laughing )
Co do treści, to bardzo ciekawie poprowadziłaś akcję. Właściwie to cieszę się, że postanowiłaś pominąć kanoniczną, serialową akcję, bo rzeczywiście mogłoby się to monotonnie czytać. Smile
I oczywiście Erica miała najbliżej do Stilesa, hę? Razz Taki zbieg okoliczności... Suspect Nie, no żartuję. Wink To takie sprytne posunięcie, że ma to wzbudzić w Isaac'u zazdrość lub po rozmowie ze Scottem poczuje się stracony i się podda, nie? Ale potem będzie wielki happy end i będą razem. Muszą być. Very Happy
A to "coś", krążące w jej ciele przypomniało mi TSC. Tak jak te "węże". Wink Kończysz już to opowiadanie, ale rozumiem, że poprowadzisz do końca ten wątek?
Weny życzę :heart:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Re: I am not alone.   1/4/2013, 20:33

Lucca napisał:
Bezczelny, ale z tego wszystkiego wyobraziłam sobie Erice która spotyka się potajemnie z Alfą ;D

Gratki za ładny rozdział!

Ale jak ona miała głębokie rany na brzuchu, a potem wskoczyła do mocno słonej wody to ja współczuje.

Kochana :heart: Przemiła jesteś! Razz
Erica i potajemne spotkania z Alfą? xd Haha, nie ze mną te numeru, Lucca! Razz A co do skakania do słonej wody i ran na brzuchu... Cóż. Nie miała za bardzo wyjścia. I raczej nie myślała zbyt racjonalnie. Liczył się tylko ratunek. Smile
Dzięki :*

Lynette napisał:
Ale potem będzie wielki happy end i będą razem. Muszą być. Very Happy
A to "coś", krążące w jej ciele przypomniało mi TSC. Tak jak te "węże". Wink Kończysz już to opowiadanie, ale rozumiem, że poprowadzisz do końca ten wątek?
Weny życzę :heart:
Kotek, ja nie wierzę w Happy Endy Evil or Very Mad Razz A jeśli chodzi o tokstyczną substancję to nieźle pojechałaś z tymi wężami. Ale to chodziło mi tylko o to, że jest to o wiele poważniejsze niż jad kanemy i Erica musi się wykurować i trochę na siebie uważać, bo jest osłabiona. Niemniej jednak nie ma co tego wątku prowadzić do końca. Razz
:*

A zatem kolejny rozdział Razz Przedostatni już :dance: Lyn, masz tutaj do zasmakowania lekkiego, to co chciałaś :d

Piosenka jak ktoś chce Very Happy

Rozdział 19
Wartownicy


Obudziłam się w starym domu państwa Lahey. Głęboko odetchnęłam i poczułam jak obejmująca mnie dłoń Isaaca zaciska się nieco mocniej na moim brzuchu. Przyciągał mnie do siebie i wtulił twarz w moje włosy. Na chwilę lekki uśmiech wstąpił na moją twarz. Byliśmy niesamowicie blisko siebie, ale w tej chwili wcale mi to nie przeszkadzało. Słyszałam jego równomierne bicie serca, które biło tak spokojnie w przeciwieństwie do mojego. Czułam kojące ciepło jego ciała i przez kilka sekund pragnęłam budzić się tak już zawsze, ale dotarło do mnie, że Lahey był moim przyjacielem i choć czułam się przy nim bezpiecznie, a pragnęłam bezpiecznego związku, to chyba nie mogłam z nim być. Otworzyłam oczy i wtedy do moich źrenic dotarły promienie porannego słońca. Odepchnęłam delikatnie rękę Isaaca i przesunęłam się w stronę krawędzi łóżka. Opadłam na plecy i przekręciłam głowę w jego stronę.
- Dzień dobry – szepnął łagodnie, nieco zachrypniętym głosem. Jego oczy były zmęczone, dostrzegłam since pod oczami, ale biła z nich również ogromna radość i ulga, spowodowana moim widokiem.
- Czuwałeś całą noc? – spytałam nieśmiało i trochę głupio. Tak też się czułam – totalnie głupio. Nie zasługiwałam na troskę i uczucie jakimi mnie obdarzał. Wpatrywałam się w jego oczy, w tą intensywną zieleń, która kojarzyła mi się z wiosną, kwitnięciem przebiśniegów, ciepłym słońcem, śpiewem ptaków, wszystkim, co napawało ludzi dobrym nastrojem.
- Musiałem. Wydawałaś się być taka roztrzęsiona. Chciałem byś w końcu przespała normalnie całą noc – odparł.
- Dziękuję – szepnęłam ledwo słyszalnie. Chłopak zamrugał kilkakrotnie po czym wyciągnął w moją stronę rękę. Pogładził szramę na mojej szyi i przyglądał się jej tak jakoś z niepokojem. Uważnie obserwowałam jego spięte rysy twarzy. Dotyk jego opuszków palców sprawiał, że przez moje ciało przeszedł prąd. Mimowolnie zadrżałam, na co ponownie uśmiechnął się kącikiem ust. Miałam ochotę prychnąć na ten półuśmieszek. Wiedziałam jak to odczytał, myślał, że mnie pociąga. Stanowczym, acz delikatnym ruchem przygarnął mnie do siebie, wtuliłam się w jego klatkę piersiową i zamknęłam oczy. Oddychałam spokojnie, rozluźniona.
- Nie wypuszczę cię już – zaśmiał się i pocałował mnie w czubek głowy.
- Isaac – mruknęłam karcąco lecz nieco za słabo, by wziął sobie to na poważnie.
- Hej, nie odpychaj mnie dzisiaj – powiedział na wpół z rozbawieniem, na wpół z powagą. Były to bardzo znaczące słowa, mające swoje drugie dno. Nic na to nie odpowiedziałam i pozwoliłam się mu przytulać. W ciszy przeleżeliśmy w takiej pozycji kolejne kilka minut. – Erica… Nie chcę tego psuć, ale… Wiesz, że to nie twoja wina, że Boyd nie żyje?
- Isaac, proszę cię… - mruknęłam z przygnębieniem.
- Ale nie… Powiedz, że o tym wiesz, ok? – upierał się chłopak, ale ja nic mu nie odpowiedziałam. Otworzyłam oczy i zadarłam głowę, by go widzieć. Oblizałam swoje zaschnięte wargi i z ciężkim sercem odparłam:
- Gdyby nie moja nagła i niepotrzebna zmiana decyzji to byśmy nie…
- Nie, Erica. To i tak by się stało. I tak by was schwytali, oni byli w tym lesie i czuli was. Nie możesz się obwiniać.
- Dlaczego podejmujesz ten temat i psujesz taki piękny poranek? – spytałam z przekąsem.
- Bo… - przez chwilę się zawahał, ale zaraz postanowił kontynuować – trochę mi się wczoraj usypiało, a nie chciałem cię krępować, więc postanowiłem iść przespać się gdzie indziej, gdy tylko zaśniesz. Jednak gdy wstawałem to zaczęłaś mówić przez sen. Przepraszałaś Boyda a potem krzyczałaś, by go nie krzywdzili, płakałaś przez sen. Położyłem się z powrotem i przytuliłem się do ciebie, głaskałem cię i po jakimś czasie się uspokoiłaś. Nie chciałem, by to się powtórzyło, więc… zostałem.

Niewątpliwie sprowokował rumieńce na mojej twarzy. Westchnęłam i spuściłam wzrok.
- Nie możesz się tym zadręczać – dodał pośpiesznie.
- Isaac, ty niczego nie rozumiesz… - szepnęłam i zaczęłam się odsuwać, ale on chwycił mnie w talii.
- Rozumiem, ale musisz z tym żyć. Nie możesz sobie wmawiać, że to twoja wina, bo to cię zniszczy. I nie odpychaj mnie – powtórzył uparcie, na chwilę zaciskając zęby. – Nie rób sobie tego.

Przełknęłam ślinę i przymknęłam oczy. Spod moich powiek popłynęło kilka łez. Chłopak widząc to, przyciągnął mnie do siebie, zupełnie nic nie mówiąc.
- Nie możemy spędzić całego dnia w łóżku – odparłam słabo, gdy już trochę doszłam do siebie. Isaac zaśmiał się głośno.
- Jesteś pewna? Bardzo bym tego chciał – mruknął wyjątkowo seksownym, niskim głosem. Uniosłam na niego wymowne spojrzenie.
- Isaac – jęknęłam z udawaną niechęcią, choć w duchu chciało mi się śmiać.
- Dobrze, już dobrze. Wstawajmy.



Gdy weszliśmy do starego domu Hale’ów, pozostali członkowie watahy już tam byli. Scott i Stiles (który również formalnie należał do stada) stali oparci o zakurzony kominek, zastanawiali się nad czymś głęboko, natomiast Derek i Peter maszerowali na przemian po salonie, sprawiając, że ze starego, okrągłego dywanu unosił się kurz. Był tam też Jackson Whittemore, siedzący na parapecie i tępo wpatrujący się w sufit. Blondyn na mój widok zmarszczył brwi i posłał mi zdziwione spojrzenie. Zerknęłam na Isaaca pytająco, ale on tylko bezgłośnie powiedział: „później” i krzyżując ręce na piersi, odezwał się jako pierwszy:
- Skąd te bojowe nastroje? – Jego fałszywie beztroski ton kompletnie nie pasował mi do sytuacji. Pozostali momentalnie spojrzeli w naszym kierunku. Derek pośpiesznie podszedł do nas i uścisnął mnie lekko.
- Erica… - wypowiedział moje imię Stiles i odruchowo drgnął. Zamrugałam kilkakrotnie i uśmiechnęłam się do niego. Szybko odwzajemnił uśmiech.
- Cieszę się, że nic ci nie jest – powiedział Derek łagodnie i pomasował moje ramię, w przyjacielski sposób. – Już nie damy ci tak łatwo odejść.
- Dzięki, Derek – odparłam naprawdę wzruszona i głęboko westchnęłam.
- Teraz musimy skupić się na taktyce walki – dodał młodszy Hale i odsunął się ode mnie. Skrzyżował ręce i stanął na środku pokoju. Przybrał tą swoją całkowicie zamyśloną minę, pełną skupienia niczym filozof z epoki oświecenia. Jego rysy twarzy momentalnie się wyostrzyły.
- Walki? – powtórzył Stiles nieco nerwowo i spojrzał niepewnie na Scotta, jakby szukając jakiegoś wyjaśnienia.
- Zadarli z nami – przejął głos Peter i stanął naprzeciwko chłopaka, mierząc go spojrzeniem. Stiles wyprostował się, nie chcąc, by ten gromił go tak bezkarnym spojrzeniem i nie dając po sobie poznać jak bardzo postać Petera Hale wzbudza w nim obawy, ale i respekt. - Zabili jednego z młodocianej gromadki Dereka. Nie mówiąc o tym, że więzili wilkołaka. W dodatku zostawili nam krótki liścik - zwrócił się tym razem w naszą stronę - napisali, że chcą części tych ziem. A to oznacza wojnę. Chcą przejąć nasze terytoria? Nie ma mowy. W jednym Beacon Hills nie zmieszczą się dwa stada.

Isaac wziął mnie za rękę. Tym gestem sprawił, że poczułam jak cały mój niepokój znika a zastępuje go uczucie bezpieczeństwa. Posłałam mu dziękczynny uśmiech.
- Jaki jest plan, Derek? – spytał, dotąd milczący Scott.
- Erica, pamiętasz gdzie cię trzymali? – zwrócił się do mnie Alfa.
- Jaskinia w starej części lasu. Jednak myślę, że… Przemieszczają się. Gdy się obudziłam, nie było ich w tej jaskini.
- Okej, w takim razie dzisiaj będziemy zaznajamiać się z terenem, musimy zastawić kilka pułapek i odkryć każde możliwe schronienie w lesie. To da nam przewagę. Scott, Isaac, bierzecie północną część, Erica i Jackson wy udacie się na wschód, Stiles, Peter i ja bierzemy resztę.
- Dlaczego ja muszę być z wami? – zapytał z niewielkim oburzeniem Stiles i ponownie wzrokiem szukał ratunku u McCalla.
- Bo z nami będziesz bezpieczniejszy, młody - odparł Derek i przewrócił oczyma.
- A dlaczego Erica jest z Jacksonem? - spytał z odrobiną zazdrości w głosie Isaac.
- Żebyście nie mogli wylądować gdzieś w krzakach – mruknął Whittemore, patrząc na nasze splecione ręce. Isaac posłał mu groźne spojrzenie, na co Jackson zeskoczył z parapetu i podszedł do mnie. Patrząc mi w oczy, dodał z fałszywym uśmiechem: – Cóż, ze mną ci to nie grozi.
- Dzięki, Jackson – odparłam i fałszywie odetchnęłam z ulgą.



Biegałam po lesie, sprawdzając każdą zamontowaną z Whittemorem pułapkę, uważnie wyostrzając wszystkie zmysły. Starałam się wyczuć jakieś inne zapachy niż nasze. Uważnie też nasłuchiwałam. Nie mogliśmy pozwolić sobie na wpadkę.
- To głupie. Jeśli ktoś tutaj może pozostać niezauważonym to będą to właśnie oni – mruknął Jackson ze zniecierpliwieniem. Znudzony stał i opierał się o jedno z drzew.
- Mógłbyś się przymknąć, Whittemore. I zacząć może pomagać? Tylko przeszkadzasz – warknęłam na niego i podbiegłam do najbliższego drzewa, sprawdzając czy linki do niego przymocowane są odpowiednio mocne. Nie miały prawa pęknąć. Ukuła mnie jednak myśl, że blondyn może mieć rację. Alfy i tak były silniejsze od nas, nie moglibyśmy się bronić tylko we dwójkę przeciwko całemu stadu. Co niby mielibyśmy zrobić jeśli staniemy z nimi oko w oko? Poza tym w lesie słychać było tylko pohukiwanie sowy, nic więcej. Westchnęłam z irytacją i oparłam dłonie o biodra.

- Więc zrobiliście już to? - rzucił Jackson. Odwróciłam się w jego stronę, na jego twarzy gościł drwiący uśmieszek. Czasem zastanawiałam się dlaczego Lydia jest w nim taka zakochana? Oprócz wyglądu nie miał w sobie nic, co by mnie utrzymało.
- Słucham?! – warknęłam na chłopaka i wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Och, daj spokój… - odparł blondyn i włożył ręce do tylnich kieszeni jeansów. Zrobił tą swoją minę niewiniątka i dodał: - Chcę ci pomóc. Między wami wisi takie napięcie seksualne, że aż widać na kilometr.
- Znawca się znalazł – mruknęłam, przewracając oczyma i oddaliłam się o kilka kroków.
- A pytałaś kiedyś Lydię o…
- NIE! – krzyknęłam i spojrzałam na niego ze zgorszeniem. – Słuchaj, wcale nie potrzebuję żadnych twoich porad na temat seksu, jasne? W ogóle dlaczego o tym rozmawiamy?!
- Bo ty chcesz to zrobić. Z nim – powiedział dobitnie Jackson, pochylając się w moją stronę. Pokręciłam przecząco głową aż moje loki zawirowały. - A może Lahey jest gejem? Może to z Dannym trzeba go umówić?
- Ha, ha – odparłam sucho i założyłam ręce na piersi. – Przestań.
- Więc co jest nie tak z Laheyem? – dopytywał się Whittemore, gdy zaczęłam iść w kierunku południa.
- Nic! – wybuchłam, odwracając się do niego przodem. - Wszystko z nim ok!
- To dlaczego nie chcesz się z nim przespać?
- Czy ja mam to wypisane na czole? – zapytałam, mrużąc groźnie oczy. Skrzyżowałam ręce na piersi i wbijałam w niego mordercze spojrzenie. - O co chodzi? Wszyscy shippują Ericę i Isaaca?
- Yep – przytaknął bezczelnie Jackson ze zmarszczonym czołem. Opuściłam luźno ręce wzdłuż ciała, wpatrywałam się w niego nieco zszokowana. Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
- Daj spokój – mruknęłam ze złością.
- Pomyśl sobie tak, co jeśli dzisiejszy dzień jest twoim ostatnim dniem? I już nigdy więcej go nie zobaczysz? Nigdy się nie dowiesz jak to jest... Z nim. – Na jego słowa prychnęłam gniewnie.
- Like a virgin, ooh, ooh, like a virgin, feels so good inside. – zaczął śpiewać, zmieniając ton głosu na niski i ochrypły. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Sztywny Jackson zaczął śpiewać? Na moment opadła mi szczęka, gdy już się pozbierałam zawołała na niego nieco oburzona:
- Jackson, idioto, zamknij się!
- It feels like the first time!
- Jackson… Miej litość dla moich uszu – zawołałam, ale i jednocześnie zaczęłam się śmiać. Whittemore śpiewając i robiąc te wszystkie głupie miny przy każdym dźwięku był przezabawny. Nigdy bym go o coś takiego nie posądziła a jednak...
- Baby, you're a perfect ten, I wanna get in, can I get down, so I can win. – Blondyn zrobił ten nieokreślony ruch albo raczej właśnie nawet bardzo określony ruch swoim interesem, który tak często widziałam w teledyskach z facetami i cmoknął ustami. Z oburzeniem szturchnęłam go w ramię.
- Uspokój się, ogierze! – zawołałam z rozbawieniem i wybuchłam głośnym śmiechem. Po chwili chłopak mi wtórował.
- Dobrze się bawicie? – usłyszałam czyjś głos. Gwałtownie się odwróciłam i ujrzałam Isaaca. Jackson przestał się śmiać i posłał mi wymowne spojrzenie, strzelając oczyma w kierunku zielonookiego. Zganiłam go za to wzrokiem. Isaac nieco niepewnie podszedł do mnie i wziął mnie za rękę.
- Derek zarządził koniec warty – wyjaśnił, patrząc na mnie czule. - Mamy wracać do domu i przespać się. Jutro coś wymyślimy.
- Czasem mam wrażenie, że Derek jest beznadziejnie niezorganizowanym Alfą – odezwał się Whittemore i przewrócił oczyma. Mój przyjaciel posłał mu mordercze spojrzenie i ścisnął szczęki.
- Na razie, Jackson – pożegnałam się pośpiesznie i wraz z Lahey zaczęłam iść w kierunku jego starego domu.



Isaac skombinował na wieczór jakieś wino, odnalazł płyty swojego brata i przygotował skromną kolację złożoną z kanapek z masłem orzechowym. Gdy tylko postawił przede mną talerz z kanapkami, zaśmiałam się radośnie przypominając sobie jak kiedyś to ja serwowałam mu kanapki z masłem orzechowym.
- Wybacz, ale nie jestem tak dobry w kuchni jak ty - mruknął tonem usprawiedliwiającym się.
- Masło orzechowe? Serio? - Odpowiedział mi nieśmiałym uśmiechem. Zajął się otwieraniem butelki, nalewając do kieliszka trunek przysunął się do mnie. Usiadł na kocu, tuż obok mnie i podał mi jeden z kieliszków.
- Za Boyda. - Natychmiast spoważniałam i stuknęłam naczyniem w jego kieliszek.
- Za Boyda - powtórzyłam uroczyście i napiłam się potężnego łyka wina.

Wypiliśmy całe wino w ciągu godziny. Alkohol sprawił, że miałam bardzo dobry humor. Śmiałam się głośno i całkowicie zapomniałam o wszystkich smutkach tego świata. W pewnym momencie nawet zaczęłam tańczyć z Isaacem wyjątkowo dziki taniec.
- Nadal jesteś beznadziejnym tancerzem – zaśmiałam się, zrzucając swoje buty. Wtórował mi i zaczął mnie podtrzymywać za ramiona. W tle leciała piosenka „Forget it” Breaking Benjamin, jedna z moich ulubionych. Odechciało mi się jednak tańczyć. Stałam i patrzyłam szatynowi prosto w jego oczy.
- Powinnaś iść spać – powiedział opiekuńczo. Przyłożyłam dłoń do jego policzka i pogłaskałam go po nim. Uśmiechnęłam się do niego leniwie.
- Isaac? – zaczęłam a serce zabiło mi znacznie szybciej. Jackson miał rację. Następne dni będą decydujące, raz udało mi się wyjść cało, ale czy za drugim razem też tak będzie? Co jeśli mógł to być jej pierwszy i ostatni raz?
- Tak?
- Chcę być twoja.
- Jesteś moja, głuptasie – odparł z rozbawieniem i pocałował mnie czule w czoło. No tak, myślał, że jestem pijana.
- Chciałabym… - Nie miałam pojęcia jak mu to powiedzieć. Dlatego postanowiłam działać, stanęłam na palcach i objęłam jego szyje. Pocałowałam go w usta, delikatnie gryząc jego dolną wargę. Szybko odwzajemnił pocałunek. Przyciągnęłam go za szyję jeszcze bardziej a on wziął mnie na ręce i nie przerywając ani na chwilę wymiany pocałunkami zaniósł mnie do swojego dawnego pokoju, gdzie poprzedniej nocy spałam. Ułożył mnie na łóżku i podtrzymując się na rękach, spojrzał mi w oczy.
- Nie chcę byś zrobiła coś, czego nie chcesz, tylko pod wpływem alkoholu, Erica – mruknął. Objęłam jego twarz swoimi dłońmi i uśmiechnęłam się ciepło.
- Jesteś dla mnie taki dobry – mruknęłam i spróbował go ponownie pocałować, ale on odsunął się. Opadł na łóżko obok mnie i spojrzał na mnie z taką miłością, że aż się zarumieniłam. Nawinął sobie na palec jeden z moich blond loczków i westchnął ciężko.
- Będziesz żałować, Reyes.
- Nie będę, Lahey – odparłam zmysłowo i usiadłam na nim okrakiem. Pochyliłam się w jego stronę i ponownie złożyłam pocałunek na jego ustach. Ściągnęłam z siebie jego czarną koszulkę, którą pożyczył mi do spania, a on niepewnie zajął się moimi jeansami. Siedziałam przed nim w samej czarnej i koronkowej bieliźnie z białymi falbankami, w dodatku rumieniłam się jak głupia bo on patrzył na mnie tak jak jeszcze nigdy wcześniej.
- Boże, jesteś taka piękna – szepnął gorączkowo i zacisnął swoje palce na mojej talii. Przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować moją szyję. Wydawało mi się, że jego rozgrzane usta palą moją skórę. Zamienił się ze mną miejscami i całował mnie po dekolcie, zaczął schodzić coraz niżej, sprawiając, że z moich ust wydobył się jęk, gdy składał czułe pocałunki na moim brzuchu i na dołku między piersiami. Delikatnie musnął wargami ranę, którą zadały mi Alfy. Niezmiernie mnie to poruszyło. Poczułam, że się uśmiechnął.
- Dlaczego tylko ja jestem naga? – wydusiłam z siebie zanim całkowicie dałam się ponieść emocjom.
- Nie jesteś jeszcze naga – parsknął z rozbawieniem.
- Lahey – mruknęłam karcąco i chwyciłam za brzeg jego granatowej koszulki. Uśmiechnął się do mnie łobuzersko i jednym, zwinnym ruchem ściągnął z siebie koszulkę. Nie mogłam powstrzymać się od usatysfakcjonowanego uśmieszku. Pewnym siebie ruchem pociągnęłam go za pasek od spodni. Czułam coraz większe podniecenie tym co miało się zaraz wydarzyć. Znów zaczęliśmy się namiętnie całować. Isaac zaczął zakreślać mi koła na plecach w powolny, spokojny sposób, sprawiając, że dostawałam dreszczy za każdym razem gdy jego palce muskały paski mojego stanika. Jego ręce zjeżdżały wzdłuż moich pleców coraz niżej, a w końcu spoczęły na moich udach, zaczął je masować. Serce biło mi jakby zaraz miało mi wyrwać żebro.
- Jesteś pewna, Erica? – spytał mnie szeptem zanim jeszcze pozbył się swoich spodni. Przytaknęłam szybko, bojąc się, że głos może mnie zdradzić. Strasznie się denerwowałam. Spojrzałam mu w oczy i momentalnie zalała mnie fala spokoju. Zielone oczy Isaaca patrzyły na mnie z taką miłością, że natychmiast poczułam się bezpiecznie. Wiedziałam, że Lahey nie skrzywdzi mnie w żaden sposób. Bo mnie k o c h a ł .

Wszedł we mnie delikatnie. Jak prawdziwy gentelman, starając się zadać mi jak najmniej bólu. Nie myślałam o tym nieprzyjemnym acz chwilowym uczuciu. Wpatrywałam się tylko w oczy Isaaca, które działały na mnie kojąco, a on patrzył w moje z dobrotliwym uśmiechem. Było w tym coś słodkiego. Jego zachowanie. Po wszystkim chłopak przytulił mnie czule do siebie i szeptał mi do ucha jak bardzo mnie ubóstwia, łaskocząc przy każdym słowie moją szyję ciepłym oddechem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynette
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 768
Punkty : 0
Join date : 12/05/2012
Age : 20

Beacon Hills
Imię i nazwisko: Allison Argent
Wiek: 17
Rasa: Łowca

PisanieTemat: Re: I am not alone.   2/4/2013, 10:39

Och, jaki ten początek w łóżku słodki. Wink Erica w końcu zaczyna się przekonywać do Isaac'a. Very Happy
Whittemore! Jakiż on bezczelny. Razz Ale czego można się było po nim spodziewać?
wiedźma napisał:
- O co chodzi? Wszyscy shippują Ericę i Isaaca?
- Yep – przytaknął bezczelnie Jackson ze zmarszczonym czołem.
Yay! Punkt dla Jacksona! Very Happy
On śpiewa? MADONNĘ? Laughing Pokazać Jacksona w taki zabawny i o dziwo przyjazny sposób - mistrzostwo. Razz Ale przecież on ją toleruje przez Lydię, bo jest jej przyjaciółką. Razz
Bardzo podobała mi się ta akcja z nim, tylko... skoro bali się Alfów, to czemu Erica krzyczała na Jacksona? Rozumiem, oburzenie i zawstydzenie jednocześnie, ale zachowywała się dosyć głośno w takim spokojnym lesie, a im chyba zależało na dyskrecji. Razz No, dobra, nie czepiam się już. Razz
wiedźma napisał:
- Derek zarządził koniec warty – wyjaśnił, patrząc na mnie czule. - Mamy wracać do domu i przespać się. Jutro coś wymyślimy.
Czytając to, miałam banana na twarzy. xd No, idźmy się przespać zatem. Very Happy Very Happy
Hymmm.... Mój "oczekiwany" fragment się rozpoczyna. Razz Tylko zauważyłam drobne zagubienie osoby, w której piszesz. Piszesz w 1, a tu nagle w 3 i to mnie trochę wybiło z rytmu. Tylko mówię, że to drobne, bo chyba zdarzyło się tylko w jednym zdaniu. Ale to pewnie przez tą scenę, która jest bardzo... emocjonująca, hyhy :Rolling Eyes:.
Wyszło idealnie. Very Happy Nie zbyt dosadnie, tylko właśnie delikatnie i bardzo... no po prostu idealnie. Wink
Rozdział jak najbardziej mi się podobał. Szkoda, że to już przedostatni. :/ Ciekawa jestem, jak to wszystko skończysz. Very Happy
Pozdrawiam :heart:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Ostatni rozdział   12/4/2013, 15:25

Na początku podziękowania, gdyby nie Wy nie byłoby mnie tutaj z tym ostatnim już rozdziałem. Dla wybrednych jeszcze obiecuję epilog. Możecie mnie skatować. Zrobicie to na pewno xd. Ale... Przykro mi, koniec miałam już zaplanowany na samym początku. Wiedziałam, że tak będzie od zawsze i ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy inne zakończenie tego ff. Opowiadanie w trakcie ewoluowało, miało być inaczej, ale wyszło tak, co więcej... Niespodziewałam się sama po sobie niektórych scen. Niemniej jednak jestem dumna, że udało mi się zakończyć i napisać wszystkie rozdziały. Jest mi niezmiernie smutno i jedna Lyn wie jak długo zwlekałam z dodaniem ostatniego rozdziału xd.
Pierwsze podziękowania należą się jednej z muszkieterek Lynette, bo bez względu na wszystko zawsze komentowała. Weroniko, od samego początku byłaś moją wierną czytelniczką i bardzo mi pomogłaś w zasadach pisowni, uzupełniłaś moją edukację xd. I choć w początkowych komentarzach chciałaś, by Stiles i Erica byli razem (nawet sprawdzałam!!!) to potem wiem, że w ogóle im nie kibicowałaś. Very Happy Choć mieli być razem, nie byli, bo wyszło jak wyszło. Smile Niemniej jednak mam nadzieję, że żadnym swoim rozdziałem Cię nie zawiodłam. Dziękuję za wszystkie rady, rozmowy i humory. Cieszę się, że przez ten cały czas po prostu byłaś. :heart:
Drugie wędrują do Lucci, drugiej muszkieterki, :heart: która również była moją stałą czytelniczką. Madziu, dziękuję za wszystkie kompleciki jakie dla mnie zrobiłaś i jakie niejednokrotnie dawały mi inspirację, dziękuję za "wspólnie" spędzone ferie i za każdą rozmowę. Mam nadzieję, że nie spartoczyłam za bardzo Isaaca i, że mimo wszystko nadal go uwielbiasz (w moim opowiadaniu ofc. Very Happy) mam też ogromną nadzieję, że Ci się spodoba takie właśnie zakończenie.
Kolejne dla Farey, która z początku komentowała a potem zniknęła z forum, jednak była moją pierwszą czytelniczką i ona pierwsza dała mi możliwość napawania się dumą. :>
Następne dla Miss_Lena i Smee. - dziewczyny, pierwsza to kuzynka, która zaginęła w akcji, ale nieraz ją męczyłam, by jako pierwsza przeczytała i wyraziła opinię czy mogę wstawić xd. Druga, jestem pod ogromnym wrażeniem, że chciało ci się czytać wszystkie rozdziały... affraid Również dziękuję za pojawienie się. :heart:
No i chyba podziękowania dla najważniejszej osoby - Klaudii, która jako Szefowa forum pozwoliła mi w ogóle zaistnieć ^^. :heart:
Dziękuję czytającym. :>

ROZDZIAŁ 20
Erica


Stars - "Dead hearts" <3

- Erica! Stiles został porwany… - zawołał Scott zbliżając się do mnie i do Isaaca. Dzień bitwy. Kilka wilkołaków z watahy przeciwników zostało już uwięzionych w naszych pułapkach, co dawało nam przewagę, jedyne co mogło nam zagrozić to właśnie porwanie jednego z naszych. W jego głosie słyszałam rozpaczliwe wołanie o pomoc. Natomiast w oczach widziałam głęboki smutek. Sama zamarłam i wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem.
- Co? Kiedy? – spytałam zszokowana, gdy już zdołałam wykrztusić z siebie jakieś słowa.
- Prawdopodobnie wczoraj, gdy wracał z warty – wyjaśnił mi szybko chłopak. Drgnęłam nerwowo a następnie skamieniałam. Poczułam się jakby ktoś uderzył mnie w twarz. I od wczoraj nikt niczego nie zauważył? Nikt nie wiedział, że Stiles nie wrócił bezpiecznie do domu? To, że nie stawił się na pole bitwy było dla nas jasne, po prostu mógł się bać, w końcu był tylko człowiekiem. Nikt z nas nie pomyślał, że coś mogło mu się stać. Poczułam mdłości. Stilinski znajdował się w ogromnym niebezpieczeństwie.
- Scott… - zaczęłam, ale szatyn stojący obok mnie, mi gwałtownie przerwał.
- Czego ty od niej chcesz? – warknął Isaac, stając pomiędzy mną a nim. Widziałam jak się cały spiął, widziałam jaką złość u niego wywołała niema prośba McCalla. Kątem oka widziałam też jakim groźnym spojrzeniem go obdarzył. Isaac był wysoki, znacznie nad nim górował, tym bardziej, że McCall był mojego wzrostu.
- Ja tylko… - zaczął nieco nieporadnie Scott.
- Nie ma mowy, Scott. Musisz sam ratować Stilinskiego, ona dopiero co uszła z życiem z ich rąk! – odpowiedział za mnie Lahey. Stałam jak kołek i w ogóle się nie odzywałam. A oni zachowywali się tak jakby mnie tam nie było, decydowali za mnie, nie patrząc na mnie, nawet nie zwracali na moją osobę najmniejszej uwagi.
- Ok. Masz rację – odparł brunet a jego ramiona opadły ze zrezygnowania, westchnął ciężko i odwrócił się na pięcie. Pobiegł przed siebie, mijające drzewa.

Ostatnie, co dostrzegłam w jego brązowych oczach to rozczarowanie. Wiedziałam co muszę zrobić. Musiałam pomóc Stilesowi. Scott wyraźnie prosił o pomoc a w pojedynkę raczej nie mógł nic zdziałać. Wszyscy wiedzieliśmy, że Stiles nie może zostać wilkołakiem, a o drugiej konsekwencji ugryzienia, nikt nawet nie chciał słyszeć, dlatego trzeba było go ratować. Wiedziałam, że tylko ja mogę pomóc Scottowi, bo już raz byłam w kryjówce Alf i udało mi się z niej uciec. Żywej. Chciałam już pobiec za McCallem, ale zostałam zatrzymana przez Laheya, który zapewne instynktownie wyczuł, co zamierzam zrobić.
- Erica! To zbyt niebezpieczne – warknął stanowczo Isaac i chwycił mnie za ramię. Rzuciłam mu złowrogie spojrzenie. Był zdeterminowany i bardzo rozzłoszczony. Miał ślad głęboko rozciętej rany na policzku, która nie chciała się mu zagoić, nawet nie wiedziałam skąd się u niego wzięła. Wodziłam oczyma po jego wyraźnych rysach twarzy, tak naprężona i spiętej.
- Słyszałeś co rano Derek mówił… - Przypominając sobie jaką przemowę przygotował dla nas Derek, mówił nam, że musimy trzymać się razem i bez względu na to, co się wydarzy, nie możemy pozwolić, by którekolwiek z nas zginął, bo jesteśmy jedną, wielką rodziną. Postanowiłam powtórzyć słowa naszego Alfy: - Nie możemy pozwolić, by ktokolwiek z nas…
- Pieprzyć Dereka! – krzyknął chłopak a ja aż drgnęłam. Z przerażeniem spojrzałam mu w oczach, w których czaiło się szaleństwo. – Nie chcę by coś ci się stało!

Zaniemówiłam i wpatrywałam się w niego z lekkim szokiem. Wyswobodziłam się z jego uścisku i pokręciłam przecząco głową.
- Nic mi nie będzie. Obiecuję – zapewniłam cicho i spuściłam wzrok.
- Erica… - szepnął już spokojnie i całkowicie opanowany chłopak a ja ponownie spojrzałam mu w oczy. Zieleń przeszywała mnie na wskroś. Wiedziałam co to oznacza, martwił się o mnie. Chciałam mu przyrzec, że wszystko będzie dobrze, że to wcale nie pożegnanie, ale sama nie byłam do końca pewna czy tak nie jest. Bałam się. Cholernie się bałam, ale to nie przeszkodziło mi w planowaniu przebiegu działania. Nie wiedziałam też czy on przeżyje. W końcu to była bitwa. Ostateczna i o wszystko.
- Jeśli to pożegnanie… - zaczął gorzko, ale natychmiast mu przerwałam.
- To nie pożegnanie – ucięłam na przekór swoim myślom.
- Zaczekaj – powiedział cicho i wziął moje dłonie w swoje. Poczułam przepływające na mnie ciepło. Uwielbiałam to rozkoszne uczucie. Zbliżył się do mnie. – Jeżeli to pożegnanie to muszę ci coś powiedzieć. Chcę byś wiedziała, że masz do czego wracać. Kocham cię, Erica. Pokochałem cię wtedy w lesie w tym samym miejscu, gdzie jesteśmy teraz.
- Wiem – odparłam równie cicho jak i on. Miałam sucho w gardle i w ustach. Co miałam mu odpowiedzieć? Nie byłam jeszcze gotowa, by zidentyfikować swoje uczucia. Co z tego, że przy Isaacu czułam się wystarczająca i że mnie do niego ciągnęło, że była między nami jakaś chemia? Byłam gotowa oddać za Stilesa życie nawet w tej chwili, więc chyba musiałam do niego czuć coś więcej, prawda? Nie mogłam okłamać Isaaca i powiedzieć mu to oklepane i banalne „ja ciebie też”, to nie byłoby w porządku wobec żadnego z nas. Pomimo tego, co się między nami wydarzyło poprzedniej nocy, ja nadal nie byłam pewna. Z Isaacem wiązał się pewien życiowy bagaż, a ja chyba nie byłam na niego gotowa, a może po prostu się bałam? Obawiałam się związku. Wpatrywałam się w nasze dłonie, które tak doskonale do siebie pasowały. Jak pewnie każde inne dłonie dwojga osób. Oj, Reyes, za dużo romansów.
- Wróć do mnie Erica, dobrze? Wróć. Do mnie, do swojego przyjaciela – szepnął gorączkowo i niemal rozpaczliwie Isaac a mnie niemal pękło serce. Miałam wrócić do przyjaciela, te słowa znaczyły dla mnie o wiele więcej niż gdyby powiedział raz jeszcze, że mnie kocha. Oznaczało to, że akceptuję moje decyzje i nasze relacje. Poczułam, że zaraz się rozpłaczę. Chłopak był dla mnie za dobry. Przez cały czas w jego oczach czaiło się szaleństwo. Zaczynałam się o niego martwić.
Jeśli to pożegnanie…, zadźwięczało mi w głowie. Przełknęłam ślinę. Jeśli to pożegnanie, jeśli mieliśmy się już nigdy nie zobaczyć to mogłam zrobić coś, czego nie będę potem żałować. Zarzuciłam mu ręce na szyję i przyciągnęłam go do siebie. Wbiłam się w jego usta a on oddał mi pocałunek. Opuszkiem palca pogładziłam jego ranę na policzku. Targała mną rozpacz, ale to wcale nie miało znaczenia. Wiedziałam, że on tego potrzebuje, sama tego potrzebowałam. Isaac był najbliższą mi istotą na tej planecie i nie wybaczyłabym sobie, gdyby któreś z nas umarło bez takiego właśnie pożegnania. Znów to samo miejsce, znów to samo drzewo, ten sam gruby pień. I my. Gdy oderwałam się od niego, on odruchowo przyciągnął mnie ramieniem i przytulił stanowczo, ogarnęło mnie jego ciepło, to, które tak uwielbiałam i zarazem zawsze mnie uspokajało. Pocałował mnie w czubek głowy a ja desperacko chwyciłam jego czarną, skórzaną kurtkę, tak podobną do mojej. Zacisnęłam mocno powieki i wtuliłam twarz w jego ciemnozieloną koszulkę. Czułam, że zaraz się rozkleję.
- Ty też do mnie wróć. Żywy – szepnęłam głośno i w ułamku sekundy oderwałam się od niego całkowicie. Zaczęłam biec przed siebie, ocierając kilka łez spod oka. Nie chciałam płakać. Przecież mieliśmy oboje przeżyć. Nie obejrzałam się za siebie ani razu.



- Scott! – krzyknęłam. – SCOTT!

Minęła chwila zanim brunet pojawił się tuż obok. Spojrzał na mnie pytająco, ale i z nadzieją. Tego dnia wszyscy mieliśmy jakąś nadzieję, której się desperacko trzymaliśmy.
- Co się dzieje, Erica? – spytał z przejęciem.
- Idę z tobą – oznajmiłam zdecydowanym tonem.
- Jesteś pewna? – zadał mi kolejne pytanie patrząc na mnie przenikliwie. Ludzie wiele razy mnie o to pytali, każdy ze stada przynajmniej raz. Zawsze byłam pewna, zawsze odpowiadałam potwierdzająco. Nie mogłoby być inaczej. To pewność siebie decyduje kim naprawdę jesteśmy.
- Tak. Scott, tylko ja wiem, gdzie to jest i jak stamtąd uciec – odparłam twardo. Chłopak pokiwał głową przytakując.
- Dzięki, Erica – powiedział mi i uśmiechnął się z wdzięcznością. – Prowadź.

Zaczęliśmy biec. Byłam przerażona, nie miałam żadnego konkretnego planu, wiedziałam tylko, że trzeba odbić Stilesa. Nie czułam się już taka pewna siebie, panicznie się bałam. Przez chwilę znów byłam małą, przestraszoną Ericą z epilepsją. Tą, która płakała po kątach i miała zaniżone poczucie własnej wartości. Tą, która nie była wilkołakiem. Westchnęłam. Już po piętnastu minutach znaleźliśmy się przed grotą starej jaskini, w której ukrywały się Alfy. Cała była z rudawo miedzianych skał, nieco obrośnięta mchem. Stanęłam przed wejściem i spojrzałam na Scotta wyczekująco.
- Masz jakiś plan? – spytałam z zaciekawieniem.
- Nie – odpowiedział szczerze, jak zawsze. Dotarło do mnie, że McCall rzadko kiedy miewał jakiś plan, zazwyczaj działał spontanicznie. - Jak stąd wyjść?
- Albo tędy – wskazałam ciemną grotę jaskini, która wręcz przerażała swoim wyglądem. – Albo płynąc.
- Płynąc? – powtórzył za mną chłopak marszcząc brwi. Przytaknęłam.
- W środku, w którymś z tuneli jest staw a pod nim kanał. Prowadzi on do jeziora w środku lasu.
- Myślisz, że Stiles da sobie radę z tym kanałem? – spytał niepewnie. Zamyśliłam się na chwilę.
- Taa – przytaknęłam. Zmarszczyłam brwi. - Na pewno zostawili kogoś do pilnowania Stilesa i zapewne się nas spodziewają.
- Tak myślisz?
- Nie byłbyś sobą gdybyś nie ratował tyłka najlepszego kumpla. Z założenia jesteś bohaterem, który każdego ratuje, nie dbając o swoje życie – powiedziałam sucho i z odrobiną ironii.
- Nie podobają ci się herosi? – spytał z lekkim uśmieszkiem. Zaprzeczyłam ruchem głowy i uśmiechnęłam się cierpko. Jako pierwsza zaczęłam ostrożnie wchodzić do jaskini. Od razu poczułam nieprzyjemną morską woń.
- A jednak jesteś tu ze mną – zauważył zaczepnie Scott szeptem i podążył za mną. Puściłam tą uwagę mimo uszu.

Schodziliśmy coraz niżej, ciśnienie jakby się zmieniało. Dzięki wyostrzonemu zmysłowi widzieliśmy wszystko doskonale w ciemności. Kojarzyłam drogę do kryjówki Alf, jednakże nie byłam do końca pewna czy właśnie tam będą. Bądź co bądź jaskinia była stara i ogromna. Miała mnóstwo przejść i tuneli. Nagle tuż za mną Scott syknął, a zaraz po tym kawałek skały osunął się i wpadł z pluskiem do wody.
- Uważaj! – warknęłam i przewróciłam oczyma.
- Sorry – odparł chłopak ze skruchą. – Spójrz!

McCall wskazał mi miejsce, skąd dochodził snop światła. Ruszyliśmy w jego kierunku. W jaskini wszystko było prawie takie samo, więc ciężko było się zorientować gdzie już dokładnie jesteśmy. Dlatego ucieszyłam się, gdy zobaczyliśmy światło. Skradaliśmy się na palcach. Alfy miały znacznie wyostrzony słuch. Wsłuchaliśmy się uważnie, ale panowała tam całkowita cisza. Serce biło mi niepowtarzalnie szybko i wydawało mi się, że zbyt głośno. Ku ogromnej uldze naszym oczom ukazał się znajomy widok, tuż za wielką skałą znajdowały się tylko cztery krzesła i Stiles wiszący samotnie przy sklepieniu. Miał zakneblowane usta, związane ręce i nogi. Był cały pobijany, mocno poturbowany i miał pełno zadrapań na ciele oraz wielkiego siniaka na policzku. Rozejrzałam się uważnie, ale nikogo nie dostrzegłam. To było trochę podejrzane. Pośpiesznie jednak przystąpiliśmy do uwolnienia Stilesa.
- Oni gdzieś tu są! – zawołał, gdy wyciągnęłam mu z ust kawałek drewna.
- Ciii! – syknęliśmy równocześnie z McCallem.

Jednak było już za późno. Z jednego z korytarzyków wyszła szczupła, ale i umięśniona kobieta. Miała krótkie i buraczkowe włosy. Natychmiast zmrużyłam oczy na jej widok.
- Znów się spotykamy – mruknęła z fałszywym zadowoleniem. Oblizała wargi i naostrzyła pazury, gotowa do skoku.
- Niestety – odparłam z mniejszym entuzjazmem i również pokazałam pazurki.
- Tym razem już mi nie uciekniesz, mała suko – warknęła. W odpowiedzi głośno ryknęłam i rzuciłam się na nią. Zwaliłam ją z nóg. Zaraz jednak ona odrzuciła mnie z taką siłą, że aż uderzyłam o ścianę jaskini. Natychmiast się podniosłam. Kątem oka dostrzegłam, że Scottowi udało się uwolnić Stilesa, któremu kazał uciekać. Sam zaś ruszył mi na pomoc. Oboje zaatakowaliśmy czerwoną z głośnym rykiem a ona ponownie nas odrzuciła. Zderzyliśmy się w locie i uderzyliśmy o jeden z wystających stalagmitów. Kobieta ruszyła na mnie z pazurami i podrapała mnie po dekolcie. Zawyłam z przeszywającego mnie bólu.

Szukałam wzrokiem Scotta. Po chwili spostrzegłam, że szamota się z drugim wilkołakiem. Znacznie wyższym od niego i znacznie silniejszym. Zaszczękałam zębami i ponownie spróbowałam zaatakować swoją przeciwniczkę, ale ta znów mnie odrzuciła. Uderzając o ścianę miałam już serdecznie dość. Spróbowałam się dźwignąć, ale wilczyca przytrzymała mnie za gardło.
- Nie wygrasz ze mną, blondyno – szepnęła mi do ucha. Zacisnęłam ze złości pięści.
- Żebyś się nie przeliczyła! – krzyknęłam i zaczęłam na oślep ją drapać. Ta jednak zaśmiała się tylko. Niewielkie rany jakie jej sprawiłam, od razu się zagoiły. Czułam się żałosna i słaba. Nie dawałam rady. Dyszałam ciężko a złość się we mnie gotowała. Nawet pomimo wściekłości nie potrafiłam z nią wygrać. Była zbyt silna.
- Pożałujesz, że się w ogóle urodziłaś, blond dziwko. Właściwie to możesz się już pożegnać z życiem – powiedziała do mnie a jej łapa zawisła nad moją szyją. Starałam się zebrać siły i ją odepchnąć, ale nie byłam w stanie. Myślałam, że to już koniec. Wtedy z pomocą ponownie przyśpieszył mi Scott, który mocnym kopniakiem, zepchnął ze mną tą czerwoną wywłokę.

Podziękowałam mu i zaczęliśmy biec na oślep korytarzykami jaskini.
- Scott! Scott! Tędy! – zawołałam i skręciłam w lewy, wąski korytarz. Za nami rozległ się potężny ryk. Przyśpieszyliśmy resztkami sił. Wiedziałam, że jesteśmy już blisko celu. Już prawie widziałam staw. W końcu faktycznie się ukazał naszym oczom. Scott zrównał się ze mną a później mnie wyprzedził.
- Szybciej, Erica! Szybciej! – krzyknął, ale ja już nie dałam rady. Krwawiłam i za nic nie byłam w stanie się przemienić w wilkołaka.

Zwalniałam. A może to oni mnie doganiali? Nie miałam pojęcia, czułam jednak ich oddechy na karku. To wszystko wydawało się koszmarem. Chciałam się obudzić. Obejrzałam się przez ramię. Naprawdę nas doganiali a Scott stał już tuż przy stawie. I wtedy zrozumiałam. Nam obojgu nigdy nie uda się stąd wydostać. Przeszedł mnie dreszcz, wręcz mnie zmroziło. Z wycieńczenia zaczynałam zwalniać.
- Erica! – wrzasnął na mnie Scott, kompletnie nie rozumiejąc, co robię. Był zdezorientowany, ale ja wiedziałam. Wiedziałam, że to on jest tym ważniejszym, to jego rola była znacząca, tylko on mógł pomóc Derekowi i całej reszcie. Tylko Scott mógł zapewnić wszystkim bezpieczeństwo. Bo był bohaterem a ja nie. Nie mogliśmy zginąć oboje, to byłabym zbyt duża strata. Jeśli zginę ja… To będzie z pewnością mniejsza strata.
- Uciekaj! – krzyknęłam. Pokiwał przecząco głową, na co ryknęłam. – Jesteś im potrzebny! Dam sobie radę.

Posłuchał mnie i wskoczył do wody. Pewnie naiwnie wierząc, że faktycznie dam sobie radę sama. Ponownie przyśpieszyłam, dzięki czemu w końcu pokonałam dzieląc mnie odległość od stawu. Odbiłam się od brzegu i wskoczyłam do jeziorka. Już miałam popłynąć do kanału, tak jak poprzednio, ale poczułam, że coś, a raczej ktoś łapie mnie za włosy. W brutalny sposób zostałam pociągniętą z powrotem na brzeg. Wyłaniając na powierzchnię głowę, krzyknęłam. Wilczyca trzymała mnie mocno za włosy, drugą ręką przytrzymała mnie za ramię. Z szyderczym śmiechem zanurzyła mnie z powrotem do wody i mocno mnie trzymała. Szamotałam się, próbowałam się jej wyrwać. Wykorzystywałam do tego całą moją siłę, ale to wszystko było na nic. Nie miałam szans. Kobieta wyciągnęła mnie raz jeszcze ponad taflę wody a ja wyplułam z buzi wodę. Coraz bardziej się męczyłam, bolały mnie płuca.
- Pożegnaj się, kochanie – praktycznie wypluła te słowa z odrazą. Po raz kolejny i już ostatni raz mnie zanurzyła. Zaczęłam się topić, traciłam świadomość, widziałam tylko jakieś blade światło, mroczki przed oczyma i niewyraźne migawki.

Milion scen, słów i gestów. Ćmiło mi się coraz bardziej przed oczami, dlatego były to głównie słowa i niewyraźne zarysy postaci, które je wypowiadały. Wszystko mi się zupełnie mieszało, zdania niejednokrotnie się powtarzały, dudniąc mi w głowie. Dawno nie byłem z nikim tak blisko. Co się z tobą dzieje, dziecko?! Wysil swój blond móżdżek. Podziałało jak magnes. Teraz będziesz tak bezkarnie jeździć sobie moim rowerem? Erica! Puść się! Ściągasz na nas kłopoty. Jeśli to pożegnanie… Szybciej, Erica!!! Bo wytrzyma znacznie więcej bólu niż wy dwaj. Nie podobają ci się herosi? Woda sodowa ci do głowy uderzyła. Moglibyście mi powiedzieć co się dzieje obecnie z Jacksonem? Kocham cię, Erica. To cena jaką płacisz za tę moc. Gdzie się podziała moja mała córeczka? Szkoda, że nie chcesz być moją zabaweczką. Albo mnie jako wyjście awaryjne. Jesteś silna i piękna, Erica. Kosza. Rozumiesz? Dostaje kosza. A kontener to jakby nie patrząc kosz. Pakt już nie istnieje. Reyes, nie możesz się teraz poddać. Erica, przepraszam. Co ty mówisz? Wyglądasz świetnie. Gdy nie rzucasz się na mnie z pazurkami, jesteś spoko. Gdyby nie moja rodzina, Matt nadal by żył i może nie byłoby tego całego problemu. Nienawidzę cię! Mogło być gorzej, Erica. Zmieniłaś się… Zawsze już będziecie uciekać. Wyglądasz jak tania dziwka! Nikt nikomu nie ufa. W tym problem! To naprawdę ona? Erica Reyes? Ty mnie lubisz. Nie jesteś mną, Erica. Mam gdzieś współpracę z wami… Szczególnie z tobą, mała dziewczynko z epilepsją! Nie masz ochoty się gdzieś urwać? Nie wierzę ci. Jesteś podłą suką. Nigdzie się nie wybieram, Erica. Jesteś słaba i nic niewarta. Facebook oznajmił mi dzisiaj, że masz urodziny. Kocham cię, Erica. Jesteś cała? Wróć do mnie. Cieszę się, że wróciłaś. Jeśli będziesz grzeczny, pozwolę ci się z nią zabawić. Nie chcę by coś ci się stało! Jesteś najsłabszym ogniwem jeśli chodzi o atak. Wszystko będzie lepsze, nowe i znacznie lepsze. A co z tobą, Erica? Też jesteś Omegą? I jeszcze raz refren dla seksownych i bardzo dobrze się bawiących dziewczyn z samego przodu! To tylko twoje oczy, masz bardzo ładne oczy. Cieszę się, że ci to minęło. Jest wilkołakiem, jakbyś nie zauważył. Nie chcę takiej córki! Ona ma padaczkę, trenerze. Twoja mama mnie chyba nie lubi. Ludzie to głupcy, Erica, nie doceniają tego co mają tuż koło siebie. Wszystkiego najlepszego, Erica. Ludzie odchodzą i my w końcu odejdziemy. Jesteś moja, głuptasie. Masz do czego wracać… Umarła, gdy miałem chyba pięć lata. Dlaczego wysuwasz pazury przed kamerą? Zagraża wam niebezpieczeństwo, a wy sobie nocne pogaduchy urządzacie! Ładnie dzisiaj wyglądasz. Jesteśmy stadem do cholery! A od czego ma się przyjaciół? My zabijamy morderców. Chcesz się bawić w Catwoman? Będę twoim Batmanem. To jest moja ulubiona krwistoczerwona szminka. Ej, Reyes, trzęsiesz się już na sam mój widok? Nasze stadko ma kłopoty. Pomyśl sobie tak, co jeśli dzisiejszy dzień jest twoim ostatnim dniem? I już nigdy więcej go nie zobaczysz? Nigdy się nie dowiesz jak to jest... Z nim. Ona jest chora i zdecydowanie brzydka. Boże, jesteś taka piękna. Ej, Reyes, zlałaś się, widziałem w necie! Dziękuję, że się nią zajęłaś. Erica… Czy ty też? Reyes, uważaj, bo dostaniesz palpitacji serca. Dzięki, Erica. Nikt już nigdy ci nie powie, że jesteś brzydka. Tylko się nie przyzwyczajaj. Gotowa na taniec z kanemą? Zmieniłaś się... Wróć. A jednak jesteś tu ze mną. Dlaczego pozwoliłaś mi myśleć, że jestem dla ciebie ważny? Tylko przeżyj, dobra? Mam setki wspomnień o których nie chciałbym pamiętać, ale znalazłoby się też kilka tych dobrych. Będę twoim Batmanem. Erica, byłaś bardzo dzielna. Kocham cię, Erica. Pokochałem cię wtedy w lesie w tym samym miejscu, gdzie jesteśmy teraz.

Przed oczyma stanął mi obraz kłótni z mamą i z tatą, śmiejące się ze mnie dzieciaki ze szkoły, Allison mierzącą we mnie kuszą oraz Allison z zaciętą miną na lekcji chemii i Allison jako łowczynię, całą sparaliżowaną, Lydię robiącą piruet na lodowisku i całą poobijaną po walce z łowcą w moim domu, jej przerażenie widoczne w oczach, oraz Lydię żegnającą się ze mną i wręczającą mi szminkę, Stilesa, który mnie trzymał, kiedy Derek usuwał jad z mojej ręki, Dereka, który przede wszystkim starał się nas czegoś nauczyć, przerażonego i uciekającego wraz ze mną Boyda, walczącego Scotta i uciekającego Jacksona-kanemę. Widziałam przytulających mnie rodziców, mamę podającą mi muffinkę, uśmiechniętą Allison ściskającą Scotta za rękę, Scotta tańczącego ze mną, Scotta przytulającego mnie i dziękującego mi za zajęcie się jego mamą, Scotta, który uśmiecha się do mnie promiennie, Stilesa, który zwycięsko podnosi kij do lacrosse i uśmiecha się, Stiles, która ze mną tańczy na balu dobroczynnym, Stilesa, który tańczy ze mną dziki taniec na balu, Stilesa, który głaszcze mnie po włosach i pozwala sobie moczyć koszulę, Dereka, który obejmuję mnie troskliwie, Dereka, który krzyczy na mnie za moją nierozwagę, Dereka, który patrzy na trójkę swoich podopiecznych z niewyjaśnionym uczuciem, Lydię mrugającą do mnie porozumiewawczo, Lydię będącą ze mną na zakupach, Lydię śmiejącą się głośno na balu w pięknej sukience, Lydię robiącą mi i Isaacowi zdjęcie w restauracji i jeszcze obraz patrzącego z troską na mnie Isaaca. Widziałam rozmazany obraz siebie i Isaaca, całujących się po raz pierwszy. Widziałam każdy moment z Isaacem, naszą grę na Xboxie, taniec, kłótnie, poranek po starciu z alfami, noc, kiedy się kochaliśmy, nasze trudne początki, wspólny obiad z rodzicami. Widziałam za każdym razem czułość w jego oczach. Znów czułam jego bijące serce zupełnie jakby znajdowało się tuż obok mojego i ciepło przechodzące na mnie, rozgrzane usta i miękkie loki między moimi palcami.

Wybacz mi, obiecałam, że wrócę. Nie dotrzymałam obietnicy. Dotarło do mnie jedynie, że nie żałuję niczego… ani jednej minuty jako wilkołak, ani nawet jednej sekundy. W jednej krótkiej chwili wydałam ostatnie tchnienie i… odeszłam, moje ciało opadało swobodnie na dno. Nie czułam już strachu, poczułam jedynie spokój. Wiecie? Umieranie wcale nie boli, przestaje się tylko… czuć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Annie
Wilkołak
Wilkołak


Liczba postów : 1040
Punkty : 7
Join date : 03/07/2012
Age : 20
Skąd : Tajlandia ^^

PisanieTemat: Epilog   23/4/2013, 12:33

Epilog



ISAAC


Erica Reyes nie żyje. Choć słowa Scotta z trudem do mnie docierają to serce reaguje znacznie szybciej. Rozpadając się na milion kawałeczków niszczy mnie od środka. Dyszę ciężko, powtarzając uparcie, że to niemożliwe.
Przypomina mi się moja rozmowa ze Scottem, którą odbyliśmy u weterynarza. Tego dnia, kiedy uleczyłem tego psiaka i kiedy powiedziałem McCallowi, że jestem szczęściarzem, bo nie mam nikogo, kto by mnie potrzebował i wcale nie muszę zostawać z Derekiem. Byłem zły na Ericę, która chciała uciec i nie zdawałem sobie sprawy, że tak naprawdę to ona mnie potrzebuje. Miałem kogoś – JĄ. Tak bardzo się myliłem wypowiadając te słowa. Były głupie i całkiem nieprzemyślane. A właściwie przemyślane, powiedziałem je z premedytacją. Obecnie bardzo ich żałowałem.
Uratowałem tego psa… Pamiętam jak wyczułem, że ma coś w stylu raka. Po prostu zdychał. Zabrałem od niego trochę tej choroby, zabrałem jego cierpienie i ból. Skoro potrafiłem uzdrowić psa to czy nie mogłem uratować Erici? Mówię o tym Derekowi.
- Ona nie żyje, Isaac – szepcze mężczyzna. Zaciskam pięści i patrzę na niego niemalże wrogo.
- Derek! Straciliśmy już Boyda i Ericę, kto będzie następny? Ja, Ty, może Scott?
- Przestań Isaac… To nie moja wina.
- Nie?! Więc czyja?! Możesz mi powiedzieć czemu do cholery przegrywamy?
- Mówiłem ci z czym się to wszystko wiąże… Wam wszystkim. - Derek jest niemalże bezradny. Po raz pierwszy w życiu się broni i tłumaczy. Jako Alfa wcale tego robić nie powinien. Jest jednak tak samo przytłoczony jak ja. Stracił dwójkę wilkołaków ze swojego stada.
- Kochałem Ericę i straciłem ją… Dlaczego? Bo wróciła! Wróciła i w dodatku pobiegła za Stilesem, by go ratować! Scott, twoja jedyna nadzieja i twój pieprzony ulubieniec nie mógł sobie poradzić bez niej! A potem ją tam zostawił. Poświęcił ją! – krzyczę. Słowa same płyną. Jestem wściekły, złość nade mną dominuje.
- Dlaczego nie potrafisz tego zrozumieć? Ona wiedziała co robi. Rozumiała powagę sytuację. Natomiast ty… Ty zachowujesz się egoistycznie. Boli cię to, że ją straciłeś. Ale nie tylko ciebie… Nas wszystkich. Wszyscy odczuwamy stratę Ericii – przerywa na chwilę i łapie się za głową. Wydaje mi się w tej chwili jeszcze bardziej bezradny. – Straciłem część stada… I nawet nie wiesz jak ja się czuję.
Przełykam głośno ślinę. W mojej głowie pojawia się sentymentalny kalejdoskop. Początkowe kłótnie, gra na Xboxie, to, gdy została zraniona przez Jacksona i Stiles przyniósł ją do metra, wtedy jeszcze za nią tak bardzo nie przepadałem, ale już wtedy przeraziła mnie myśl, że w naszym stadzie może jej zabraknąć, później nasza rozmowa na cmentarzu, pocałunek w lesie oraz pobudzenie wszelkich uczuć do niej i cała reszta zdarzeń, które nie powinny były się wydarzyć. Kolacja z jej rodzicami, nasze głębokie rozmowy i posterunek… Będąc na komisariacie przez cały czas zastanawiałem się tylko czy jej nic nie jest i… to wszystko… I bal. Wspólnie spędzona noc, podczas której czułem się niezwykle, czułem, że ona jest wyjątkowa i jest tą jedyną na całe życie. I nasze pożegnanie, na które nalegałem, bo bałem się, że to ja zginę. JA! Nie ONA. Do końca jednak wierzyłem, że żadnemu z nas się nic nie stanie. A gdy Scott wracał, cieszyłem się jak głupi, bo łudziłem się, że może jednak będziemy razem. Do głowy mi nie przyszło, że to Erica po tym wszystkim nie przeżyje…
Kręcę przecząco głową. Wcale nie obchodzi mnie to jak on się czuje. Boli mnie to, że jej nie ma. To wszystko straciło już dawno sens. Wiem jedno – do końca życia będę obwiniał McCalla i Stilinskiego za to co się stało.



SCOTT

Nie chciałem jej zostawiać. Nie chciałem…
Nigdy nie przepadałem za nową Ericą. Tak przynajmniej na początku sobie wmówiłem, wtedy gdy zachowywała się… Tak jak się zachowywała. Pamiętam jej ostatni dzień bycia człowiekiem. Ten cholerny w-f i ściankę, na którą bała się wejść a później z niej spadła. A ja ją złapałem. Dostała wtedy ataku epilepsji. Było mi jej żal, wszyscy się z niej śmiali i wytykali palcami. I pamiętam jeszcze dzień, w którym została zaatakowana przez Jacksona. Wtedy też dostała ataku i to znacznie poważniejszego niż za bycia człowiekiem. Wiedziałem jak to jest chorować. Sam kiedyś miałem astmę i również było mi ciężko. Może nie tak jak jej, ale było. Lecz nigdy nie chciałbym zostać wilkołakiem tylko, dlatego by poczuć się mocniejszym i pozbyć się choroby. Nie zamieniłby z własnej woli nigdy swojego człowieczeństwa na coś tak absurdalnego jak wilkołactwo. Jednak rozumiem zachowanie Ericii. Ona od początku swojego istnienia szukała siły. I znalazła ją. Doświadczyła jej w pełni. W pełni, jak to brzmi...
Było wiele chwil, które warto zapamiętać, Erica w gruncie rzeczy zrobiła dla mnie sporo miłych rzeczy. Niejeden raz zachowała się względem mnie niemal jak… przyjaciółka. Jednak najbardziej w pamięci utkwił mi moment, w którym Erica zajęła się moją mamą, wtedy na komisariacie. Utrzymywała ją przy życiu i nie pozwoliła, by straciła zdrowy rozsądek na widok wilkołaków. A gdy wyszedłem z posterunku, to przytuliła mnie i nakazała porozmawiać z mamą o moim problemie. Dzięki niej ta rozmowa poszła nam łatwiej. Erica Reyes oddała za mnie życie. Tak za mnie, za Scotta McCalla. Jakbym był jakimś pieprzonym wybrańcem. Jak Harry Potter. Śmieszne i żałosne, że czułem się jak fikcyjna postać. Stiles co prawda uciekł dopiero wtedy, gdy go dogoniłem, ale to nie oznacza, że nie byłby w stanie tego zrobić gdybym poczekał na Ericę i pomógł jej. Nikt tego nie wie, a teraz mogę snuć tylko i wyłącznie domysły, co by było gdyby.
Przypominam sobie wiele momentów, za które mógłbym jej jeszcze powiedzieć „dziękuję”. Jednak to słowo to zdecydowanie za mało, by wyrazić moją wdzięczność.
Jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek wspomni Ericę Reyes jako słabą kobietę to osobiście przyrzekam, że dam mu w twarz.



LYDIA

Wkładam ręce do kieszeni swojej różowej bluzy i wsłuchuje się w błogą ciszę. Powinnam wracać do domu, ale wciąż czekam na jakiekolwiek wieści od Ericii. Obiecała mi, że gdy tylko uratują Stilesa napisze mi wiadomość.
Nagle słyszę odgłosy uderzenia dobiegające zza jakiegoś starego magazynu. Racjonalnie myśląc powinnam szybkim krokiem go ominąć. Jednak to, co słyszę wydaje mi się zbyt znajome. Podążam za magazyn i w oddali dostrzegam rozwścieczonego Isaaca, który kopie co popadnie i co chwilę uderza w ścianę z dzikim rykiem.
- Isaac! – krzyczę, ale chłopak mnie chyba nie słyszy. Podnoszę głos o oktawę – Lahey!
Isaac przestaje i odwraca się ku mnie. Powolnym krokiem do niego podchodzę i to, co widzę jest widokiem niebywałym. Po jego policzkach spływają łzy. Chłopak też dyszy ciężko.
- Co się stało? – pytam podchodząc jeszcze bliżej niego. Patrzę na niego ze zmartwionymi oczyma. Takie zachowanie jest do niego zbyt niepodobne. Zachowuje jednak dystans, Isaac bywa nerwowy i niekiedy działa odruchowo. Trzeba na niego uważać, tego nauczyła mnie Reyes. – Gdzie Erica i Scott? Czy udało im się uratować Stilesa?
- Tak.
- Co z nim?
- Mogło być gorzej – warczy nieprzyjemnie chłopak i wyciera rękawem oczy.
- Dlaczego…? Ty płaczesz? – pytam może trochę głupio. Sama nigdy nie oczekiwałabym tak durnej reakcji ze strony ludzi, ale zwyczajnie nie mam pojęcia jak inaczej go zagadnąć.
- Erica nie żyje – mówi oschle, z chrypą. Patrzę na niego ze zmarszczeniem brwi, jego słowa nie docierają do mnie od razu.
- Co chcesz przez to powiedzieć, Isaac?
- Lydia, ona nie żyje – mówi gorzko chłopak i wymija mnie. Za mną stoją jakieś kartonowe pudła, które Isaac kopie. Już ze znacznie mniejszą złością.
Siadam na ziemi. Siadam i patrzę przed siebie. Nie mogę wykrztusić ani słowa. Wpatruję się jak Isaaca ogarnia szał. Po chwili ustępuje. Chłopak uspokaja się i siada obok mnie. Nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie. Jest rozczulony do głębi, wściekły i niemal roztrzęsiony. Oddycha ciężko. Widzę jak jego klatka piersiowa faluje – unosi się i opada.
Erica nie żyje. Moja przyjaciółka zginęła. Straciłam ją. Nie… Poprawka. Zerkam na Isaaca. Straciliśmy ją.
- Wiesz co, Lydia? Naprawdę ją kochałem. Nie wiem, który to już raz dzisiaj się do tego przyznaję, ale naprawdę, pomimo tego, że ona zawsze wybrałaby Stilesa.
- Też byłeś dla niej ważny – pocieszam, choć nie mam tego w zwyczaju.
- Niewystarczająco. Gdyby tak było, żyłaby – mówi chłopak i wstaje.
Zaczyna odchodzić, ale nagle zawraca, bezradnie łapię się za głowę a potem wzdycha głęboko. Patrzy na mnie z góry.
– Czasem chciałbym to wszystko cofnąć. Wszystko. Jej przemianę, nawet swoją. Tak żeby nic się nie wydarzyło. Erica nadal byłaby dla mnie tylko dziewczynką z epilepsją, którą mijam na korytarzu a ja dla niej tym dziwnym chłopakiem, który stara się mieć dobry oceny, by nie dostać od ojca. Nigdy nawet nie spojrzelibyśmy na siebie dłużej niż kilka sekund. Och i wiesz co jeszcze? Nienawidzę was… Szczególnie Dereka. Gdyby nie Derek pewnie patrzylibyśmy tylko na dramaty miłosne Allison i Scotta oraz dziwne przypadki, które zdarzałyby się w naszym mieście. Ty dalej byłabyś ucieleśnieniem moich marzeń, a Erica podkochiwałaby się w Stilesie. A Boyd? Nadal jeździłby busem i nie miał przyjaciół, i pewnie nawet lepiej by na tym wyszedł. Wiesz czemu? Bo by żył. Tak samo Erica!
Wstaję gwałtownie i ciskam w niego błyskawicami widocznymi w oczach. Kompletnie się z nim nie zgadzam. Mam wrażenie, że zaraz wybuchnę i tak też się staje.
- Wiesz czego ja bym na twoim miejscu żałowała? Że nie potrafiłam jej utrzymać przy sobie! Wiem o was wszystko, mówiła mi. Miałeś swoją szansę i jej nie wykorzystałeś, wolałeś być jej przyjacielem i zignorować to, co do niej czułeś. Czego się bałeś? Że nie pokocha cię takiego jaki jesteś? Że nie jesteś wystarczający? Szczerze, Isaac? Bałeś się konkurować ze Stilesem? No błagam! Stiles całkiem ją ignorował, nawet powiedział jej, że to ja jestem jego całym światem. Ty dawałeś jej znacznie więcej i ona mogłaby to w końcu pojąć, wiesz? Gdybyś tylko się postarał. Coś między wami ewidentnie było. Powiedziała mi, że jesteś jej promieniem ciepła, czymś, do czego zawsze chce wracać… A potem co? Uniosłeś się dumną! Cholera, Lahey, nawet nie próbowałeś jej zatrzymać! Jak myślisz czemu nie uciekła z Boydem?
- Nie wiem tego… - mruczy niezadowolony i nieco zbity z tropu. Nie spodziewał się mojego wybuchu.
- A ja wiem. Wróciła po ciebie, bo nie chciała cię samego zostawiać i wtedy pojmali ją i Boyda. A ty nawet nie kiwnąłeś palcem, by ją uwolnić.
- Bo nie wiedziałem! – woła, ale całkowicie ignoruję jego tłumaczenie.
- Poza tym… Gdyby nie przemiana, ja nie zyskałabym przyjaciółki, a ty być może nigdy byś jej nie poznał i nie pokochał. Wiesz ile rzeczy, by się nie zdarzyło, gdyby nie ta głupia przemiana? – daję upust łzom. Nie potrafię ich już utrzymać, nie chcę. Zaciskam ręce w pięści. W końcu wszystko do mnie dotarło.



ALLISON

Wzrokiem szukam swojego chłopaka. Chcę być blisko niego. I nagle go dostrzegam. Ich wszystkich. Stoją wśród uczniów szkoły, lecz właściwie to w pierwszym rzędzie tłumu. Jackson obejmuje Lydię, która ma podkrążone i czerwone oczy, ale już nie płacze. Ubrana jest w skromną czarną sukienkę, obok niej stoi… Isaac, co wprawia mnie w lekkie zdziwienie i przez chwilę wpatruje się w niego z niedowierzaniem. Chłopak przez cały czas patrzy na trumnę nieobecnym i pustym wzrokiem. Trochę to przerażające. Obok niego stoi Scott, na jego widok odczuwam przyjemne ciepło w sercu, wiem, że zaraz się do niego przytulę i wszystko będzie dobrze. Nigdzie nie widzę Stilesa. Rozglądam się po twarzach zebranych i dopiero po chwili go dostrzegam. Wraz z jego tatą, szeryfem Stilinskim stoi obok rodziców Ericii Reyes. A gdzieś za nimi dostrzegam Dereka.
Nie cierpię pogrzebów. Otulam się bardziej kurtką i podchodzę do Scotta. Posyłam Lydii pocieszający uśmiech i biorę Scotta za rękę. Obojętnie patrzę na grób. Nie lubiłam jej, gdy była wilkołakiem. Po prostu jej nie cierpiałam, a na pogrzebie zjawiłam się dla Scotta i Lydii.
Zatem, wybacz mi Erica, ale nie potrafię za tobą tęsknić, nie potrafię powiedzieć, że mi przykro, że cię z nami już nie ma, nie potrafię zapłakać. Jedyne dlaczego jest mi przykro to, dlatego, że spotkał cię taki a nie inny los, choć po raz pierwszy chyba postąpiłaś dobrze. Poza tym Scott uważa, że zawdzięcza ci swoje życia. Dziękuję za Scotta i przepraszam, że nie potrafię cię dobrze wspomnieć. Żadnego z nas nie powinien spotkać taki los.



DEREK


Siedzę na kanapie w salonie państwa Reyes i zastanawiam się jak najlepiej przekazać wiadomość rodzicom Ericii, o tym, że ich córka była wilkołakiem. Wspólnie ze Scottem stwierdziliśmy, że powinni to wiedzieć. Jeszcze niedawno odbierałem od Alfy obcego stada jej ciało, a teraz muszę jej rodzicom to wszystko wytłumaczyć. Siedzimy, my w sensie: ja, Scott i Isaac. Stiles stoi nad nami i nerwowo przestępuje z nogi na nogę. Wszyscy zastanawiamy się jak ubrać w słowa to, co się wydarzyło. Cholera, trzeba było zabrać Lydię, ona by to jakoś mądrze przedstawiła. Zerkam na Isaaca i widzę jak go cała ta sytuacja niszczy od wewnątrz. Chyba nie tylko ja chciałbym to mieć za sobą.
Słyszę jak Scott chrząka znacząco.
- Chcieliśmy złożyć najszczersze kondolencje. I… powiedzieć jak bardzo nam przykro, że coś takiego w ogóle się przydarzyło Erice.
- Tak – dodaje z mocą Stilinski – ona na zawsze pozostanie w naszych sercach.
To było dziwne, usłyszeć takie właśnie słowa z ust Stilesa, chociaż one wcale nie brzmią ironicznie czy sarkastycznie. Zauważam, że Isaac drga i mam ochotę ciężko westchnąć. Chciałbym by to właśnie on porozmawiał z jej rodzicami, ale chłopak chyba nie jest w stanie się pierwszy odezwać. Rodzice Ericii również nie odzywają się ani słowa. Jej mama, piękna i pociągająca blondynka siedzi zalana łzami w ramionach jej ojca, który jest głęboko pogrążony w rozpaczy. Słyszę ich przyśpieszone, nerwowe bicia serca.
- Czego potrzebujecie, dzieciaki? – pyta pan Reyes starając się przybrać beztroski ton. Jest źle, stwierdzam w myślach.
- Cóż, panie Reyes, przyszliśmy tu dzisiaj w dość konkretnej sprawie – zaczynam nieco zbyt oficjalnym tonem. – Chcieliśmy coś wyjaśnić… W zasadzie ja chciałem. Nie wiem czy pan mnie kojarzy czy też nie, ale to ja rzekomo odnalazłem ciało Ericii. Tak naprawdę to nie znalazłem jej, Erica została mi oddana.
- Co ma pan na myśli? W ogóle kim pan jest? – pyta mocno zszokowana matka Ericii. Tego się niestety spodziewałem, szoku wymieszanego z przerażeniem. Wzdycham krótko i mówię:
- Jestem Derek Hale. I przez jakiś czas byłem kimś w rodzaju mentora państwa córki. Nie wiem jak mógłbym to inaczej powiedzieć, ale Erica pewnego dnia stała się wyjątkowa i… stało się to przeze mnie. To długa historia.
- Derek, nie chwaląc się wcale – przerywa mi zniecierpliwiony i nieco oburzony Stiles, na co bardzo chciałbym przewrócić oczyma, ale ze względu na powagę sytuacji powstrzymuję się – chciał powiedzieć, że dał Erice jakby nowe szanse i możliwości. Ale jednocześnie jej życie stało się odtąd bardziej ryzykowne i niebezpieczne.
- Tak, bo widzą państwo – dopełniam bez żadnych skrupułów Stilesa i mam wrażenie, że nasze mowy stają się jedną – Erica od jakiegoś czasu była wilkołakiem.
- Słucham?! – wykrzykują jednocześnie rodzice Reyes. Przełykam głośno ślinę i po raz kolejny tego dnia zastanawiam się czy dobrze robię, mówiąc im. Najwyżej uznają mnie za psychicznego. Chcę jedynie wyjaśnić tę sprawę jak najszybciej się da i najlepiej już nigdy więcej nie widzieć jej rodziców na oczy.
- Isaac, możesz mi wyjaśnić o czym ten człowiek mówi? – ojciec Ericii zwraca się niespodziewanie do Lahey’a, który do tej pory siedział cicho i wpatrywał się tępo w ziemię. Teraz jego wzrok unosi się na mężczyznę.
- Tak, mogę… Niestety, panie Reyes, Derek mówi prawdę. Erica była wilkołakiem, tak jak i ja, i ten chłopak, który zaginął, Boyd. Tak jak i Derek, i Scott. Przykro mi. – Głos Isaac jest tak pusty jak jeszcze nigdy. Państwo Reyes milczą, są jak skamieniali.
- Erica zginęła z ręki innych wilkołaków, tych złych, my jesteśmy ci dobrzy – oznajmia Scott i ciężko wzdycha. – Pod koniec życia zachowała się heroicznie i na zawsze będzie moją bohaterką.
- I moją – dodaje pośpiesznie Stiles. Widzę kątem oka jak Isaac zaciska pięści i zaciska zęby, powstrzymując się, by nie wszcząć kłótni.
Wtedy nagle, gwałtownie z kanapy zrywa się pani Reyes i mierzy palcem w Isaaca. Marszczę brwi mocno zszokowany, słysząc jej słowa:
- To twoja wina! To zawsze była twoja wina. A ja ci zaufałam! – krzyczy. Jej mąż stara się ją uspokoić i posadzić z powrotem na sofie. Ona jednak uparcie stoi, po jej policzkach spływają łzy. Isaac się nie broni, nie wymawia ani słowa.
- Jak mogłeś to zrobić mojej córeczce? Jak mogłeś?! – Już zamierzam stanąć w obronie mojego Bety, ale wtedy on samodzielnie przemawia:
- Przepraszam, pani Reyes…
Zaczynam żałować, że wyjawiliśmy im naszą tajemnicę, może lepiej by było gdyby żyli w niewiedzy? Podczas kolejnych kilkudziesięciu minut staram się namówić państwo Reyes, by opuścili Beacon Hills.



STILES

- Dziś jest rocznica. Pierwsza rocznica. Minął rok, uwierzysz Erica? Ja sam nie mogę w to uwierzyć. Długo zbierałem się na tą rozmowę. Zbyt długo. W zasadzie to rozmową tego nie nazwiemy, bo ty nie możesz mi odpowiedzieć. Chyba, że z zaświatów! – zaśmiewam się głośno. Boże, Stiles to było suche nawet jak na ciebie, myślę. Przełykam ślinę i odchrząkuje. – Lahey niedawno wyjechał, chyba poszukuje swojego miejsca na ziemi, poza tym jakoś bez ciebie nie potrafi normalnie funkcjonować. Iii nadal mnie nienawidzi, co chyba nigdy mu nie przejdzie, bo w końcu to Lahey. Jednak wróci. Zawsze tu wraca, chyba tylko ze względu na ciebie. Och! A Scott i Allison chyba zamieszkają razem. Nieźle, nie? Łowca i wilkołak pod jednym dachem, na pewno będzie ciekawie. Wyobrażasz sobie co by było, gdyby małe wilkołaczątka biegały po domu Argenta? Ale byłby ubaw! Derek pewnie też by się ucieszył. On i Chris zakopali topór wojenny, ale tego już pewnie mogłaś się domyślić jak jeszcze żyłaś… Co ja chciałem jeszcze… A! Lydia i ja jesteśmy parą. Poważnie! Wcale nie kłamię. To dlatego, ze Jackson wyjechał. Póki co cieszę się każdą chwilą z nią spędzoną – mówię. Stoję nad jej grobem i gadam do marmuru jak jakiś upośledzony matoł. Wzdycham głęboko. – Przepraszam, że przeze mnie zginęłaś. Boże, jak to głupio zabrzmiało! Ech! Lahey przy każdym spotkaniu nie omieszka mi tego wypomnieć. W sumie to ma rację. Powinienem to już dawno głośno przyznać. I przepraszam za to, że cię olewałem. To było okropne. Pewnie czułaś się tak jak ja za każdym razem, gdy Lydia mnie odtrącała. Tak często wysyłałaś mi sygnały, a ja nie potrafiłem ich odczytać… Byłem głupi, mogłem być milszy. Wybacz, zachowywałem się wobec ciebie jak palant. Mogłem chociaż być twoim kumplem. Spaprałem sprawę. Jak zawsze zresztą. Kurczę, pamiętam tyle naszych wspólnych momentów. Nieraz ratowałaś mnie z opresji i nawet… Nawet ten ostatni raz, to tobie zawdzięczam to, że przeżyłem.
Ostatnie słowa wypowiadam ciszej. Wraz z nimi, rzucam bukiet żółtych tulipanów na jej grób. Minęło sporo czasu a ja wciąż widząc w szkole lub gdziekolwiek indziej jakąś blondynkę, myślę, że to ona. I wiem, że nie tylko ja tak mam. Szczerze mówiąc, mnie też jej brakuje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: I am not alone.   Today at 21:20

Powrót do góry Go down
 
I am not alone.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Twórczość :: Opowiadania-
Skocz do: